Media  / Felieton

Nowy Papież jest przeżyciem multimedialnym, ale bez idealnej symetrii

Jeżeli chcecie poznać moje zdanie na temat serialu The New Pope, przeczytajcie sobie liczącą już ponad 3 lata "recenzję" serialu The Young Pope, którą popełniłem na łamach Spider's Web. Kontynuacja to to samo, tylko gorzej, mniej spójnie i bliżej profanum. 

A skoro kwestie recenzenckie mamy już za sobą, mam nadzieję, że wybaczycie mi obecne w poniższym tekście spoilery.

Nowy sezon... rozczarowuje. Byłbym jednak zaskoczony, gdyby tego nie robił, ponieważ The Young Pope był czymś więcej, niż tylko serialem. Był przeżyciem multimedialnym, renesansowym dziełem sztuki malowanym w tempie 30 klatek na sekundę czy wreszcie powiastką filozoficzną, na którą składały się dziesiątki przypowieści.

The New Pope wszystko to próbuje naśladować, ale czasami mu się to udaje, a czasami niestety nie.

Odcinki są ze sobą niespójne, zaś serial przeplata na ekranie aż czterech różnych papieży. Pierwszy z nich - Franciszek II - zawłaszcza sobie zabawny i slapstickowy odcinek 1. Potem jest tylko gorzej, gdyż pretensjonalne i porcelanowe boje egzystencjalne kolejnego ojca świętego - Jana Pawła III - każą zastanawiać się nad tym co reżyser chciał przekazać nam w tym wzbudzającym zniecierpliwienie komunikacie. Wnioski jak dotąd pozostają nieodgadnione, bo przez grzeczność i szacunek do Sorrentino odrzuca się te najbardziej trywialne, banalne, pozbawione głębi - poza tą najbardziej oczywistą - i widoczne aż na dłoni, nawet jeśli ktoś przez pomyłkę odpalił odcinek zamiast trzeciego sezonu Spartacusa.

Trzecim z papieży, który w rzeczywistości dźwiga na swoich barkach sezon, jest nieznany z papieskiego imienia kardynał, pokazujący nam swoje wyrachowane polityczne oblicze, ale też troskę o instytucję, podopiecznych, sumienie, czy nawet jedyne dziedzictwo, na które pod rozmaitymi postaciami może liczyć po przywdzianiu sutanny. Voiello rośnie przez cały ten czas czerpiąc ze swoich poprzedników i dając widzowi do zrozumienia, że pomimo swoich licznych ułomności, wreszcie staje się gotowy. Wszystkie te dziwne rzeczy, cuda i znaki na niebie dobiegają końca. Watykan wraca do ustalonego i znanego od wieków porządku.

Czwarty papież to zagadka. I to udało się Sorrentino znakomicie. Zresztą powrót Piusa XIII jest jak łyk wstrzymywanego przez siedem odcinków powietrza. Ojciec czy syn, Bóg czy Duch Święty, człowiek czy Jezus? Od momentu otwarcia przez Lenny'ego Belardo oczu widz zastanawia się czy ten się tylko ocknął, czy już zmartwychwstał. A potem reżyser pogłębia przypuszczenia, bo przecież - zgodnie z podejrzeniami - wkrótce po zmartwychwstaniu, następuje wniebowstąpienie.

I to prawda, że muzyka znowu jest doskonała, że ktoś ponownie natchnął autorów zdjęć i montażystów. Ale tym razem zabrakło natchnienia w scenariuszu, który gubi się wraz z serialową Esther. Tam gdzie w Młodym Papieżu choćby zbędne wątki wydawały się niezbędne, tak Nowy Papież nawet istotnym kwestiom, wliczając w to egzystencjalną suwerenność tytułowego bohatera, nie potrafi nadać ponadziemskiego charakteru.

The New Pope to oczywiście bardzo dobry serial, jednak gdy nie ma z nami Piusa XIII, jest to serial zupełnie śmiertelny. To arcymistrzowska kopia Mona Lisy, którą zaczął malować sam Leonardo, jednak dokończona została rękami bardzo zdolnego fałszerza. Większość kadrów Nowego Papieża jest niemal dokładnie symetryczna, ale wyznawcy Młodego Papieża do pełni zadowolenia potrzebują symetrii idealnej.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst