Mamy "Lalki" dwie. Serialową, którą można już oglądać na Netfliksie, i kinową, która lada dzień trafi na wielki ekran. Do tego dochodzą oczywiście liczne wznowienia klasycznej i szkolnej powieści. Jak zauważył na łamach Dwutygodnika Łukasz Najder: "Wydawcy jednak, chcąc załapać się na efekt Netfliksa, wytwarzają dalej «Lalki», jakby był to niesłusznie zapomniany fenomen". Mamy więc nowe wydania: ilustrowane, varsavianistyczne, kolekcjonerskie, bryki. Zaraz się okaże, że w kraju, w którym w zeszłym roku ledwie 41 proc. przeczytało choćby jedną książkę, szkolna lektura stanie się tematem numer jeden. Zacznie się dyskusja, na ile Wokulski był stalkerem, a Łęcka zepsutą – nomen omen – lalką.
Ja proponuję inne odczytanie. Jeśli miłość w czasach algorytmów to tanie przerzucanie Pokemonów, to od razu odrzućmy wątek romantyczny. Gdybyśmy dziś odczytywali i uwspółcześniali "Lalkę", mielibyśmy opowieść o kresie starych elit, narodzinach nowych, spekulacji i cyfrowym uzależnieniu.
Czytaj także: To nie jest "Lalka" Prusa. Recenzja "Lalki" Netfliksa
Spekulant Wokulski
Gdyby Bolesław Prus żył dzisiaj, nie pisałby powieści w odcinkach do "Kuriera Warszawskiego", tylko kręcił rolki na TikToku i robił analizy ekonomiczne na LinkedInie. Spójrzmy prawdzie w oczy: XIX-wieczna Warszawa z jej kawiarnianym blichtrem, finansową spekulacją i feudalnymi przeżytkami to kropka w kropkę dzisiejszy polski kapitalizm. Stare się kończy, zaczyna nowe; nadchodzi wielka zmiana. Kto kumaty, ten złapie swoją szansę.
Współczesny Stanisław Wokulski nie dorabiałby się na dostawach dla rosyjskiej armii podczas wojny krymskiej. Prędzej sprowadzałby hurtowo tureckie drony bojowe dla ministerstw. Miałby oczywiście zapas bitcoinów, które kupił w 2009 roku, gdy kosztowały tyle co frytki. Pewnie gdyby miał bardziej krwiożercze zapędy, potęgę swojego holdingu ugruntowałby na bezwzględnej spekulacji maseczkami i respiratorami w trakcie pandemii. Nie bałby się relacji z półświatkiem, a nawet z politykami.
Na koniec dnia okazałoby się, że jest flipperem – skupuje udziały w kamienicy Łęckich za bezcen, podnosi czynsze i udaje, że robi to z miłości do rewitalizacji tkanki miejskiej. A może przerabia całą kamienicę na kwatery Airbnb. Łęcka może mieć udziały w modelu condo, ale tylko jeśli wcześniej zgodzi się na situationship. Umówmy się: małżeństwo Wokulskiemu się nie opłaca. Kobiety lubią 50/50 tylko w przypadku rozwodu, a nie gdy kelner przynosi kwitek. Wciąż jednak szama w AIOLI i drinki w Śnie wychodzą taniej niż "wycieczka przed ołtarz". Leasing, a nie zakup, moi drodzy, to credo biznesu.
Wokulski jest cwany, ale umie liczyć pod kreską. Mraczewskiego nie zwalnia za obrażanie Łęckiej (nawet jeśli młody subiekt, to znaczy zatrudniony na B2B kurier, wypisuje wulgaryzmy pod zdjęciami Izy), ale za siedzenie na TikToku w godzinach pracy. Z kolei biedny Wysocki nie kończy z padłym koniem na Powiślu, lecz kręci kilometry na Bolcie, modląc się o wyższy rating w aplikacji i dodatkowy napiwek od pijanego korpoluda.
Łęcka. Dziecko swoich czasów
Przejdźmy do posągowo pięknej Łęckiej. To klasyczna influencerka. Ignoruje Wokulskiego nie z powodu braku szlacheckiego rodowodu, ale dlatego, że jego profil na Instagramie nie przebił progu 100 tysięcy obserwujących. Facet z kryptowalutami i dronami? Fajnie, ale bez weryfikacji i zasięgów jest dla niej po prostu nudnym "boomerem z kasą". Takich jest na pęczki. Ona chce więcej. Przecież na Tinderze miała tysiace polubień, jest laską premium.
Łęcka woli, żeby Wokulski zainwestował w jej kanał na YouTubie, ale i tak nie wrzuci z nim relacji. Gra niedostępną, ma nawet profil jako tradwife, piecze chleb na zakwasie w estetyce clean girl i zgarnia monetyzację z wyświetleń od zachwyconych konserwatystów. Gorąca, ale niedostępna. To się klika. Nasza bohaterka rozważa także karierę na Niebieskiej Platformie – musi podjąć decyzję, czego bardziej pragnie internetowa gawiedź. Autentyczność to w końcu produkt, a sieć nie kocha niczego bardziej niż skandali, coming outów i nagłych zwrotów akcji.
Czytaj także: Z zapartym tchem czekaliśmy na nowy serial Netfliksa. Polska adaptacja podbije świat?
Startupowiec i LLeMing
"Lalka" to także drugoplanowi, ale ważni bohaterowie. W tym wszystkim najbardziej wzrusza mnie jednak stary Ignacy Rzecki – romantyk z dawnych czasów i idealista. Nie zauważył, że skończyła się „epoka brązu”, nie widzi zmian czasów, a wiedzę wciąż czerpie z telewizji. Nie jest jednak cyfrowo wykluczony. Nie pisze już pamiętników przy świecy, ale zapamiętale promptuje i wysyła głosówki do ChataGPT. Jest uzależniony od chatbota. Pyta go absolutnie o wszystko, nie dostrzega manipulacji ani sykfancji (tendencji chatbotów i modeli językowych do nadmiernego przytakiwania użytkownikowi i pochlebiania mu). Czy to z powodu pandemii samotności? Czy może lepiej wychodzi mu interakcja z maszyną niż z białkowymi interfejsami?
Z pewnością Rzecki to typowy LLeMing, czyli osoba, która bezkrytycznie deleguje myślenie oraz wszelkie wymagające wysiłku intelektualnego czynności na algorytmy sztucznej inteligencji. W nowoczesnej wersji Rzecki nie ma nawet psiecka – woli wirtualne byty. Czasem jeszcze tęsknie wspomina "stare, dobre czasy handlu tradycyjnego", zanim wszystko przejęły kasy samoobsługowe.
Mamy też profesora Geista, który nie szuka już lżejszego od powietrza metalu – stworzył po prostu algorytm uczenia AI o rzędy wielkości mniej zasobożerny niż dotychczasowe modele OpenAI. Zabiega u Wokulskiego o inwestycję, ale Wokulski, zamiast być aniołem biznesu, woli być crushem Łęckiej. Kupuje jej więc wydawnictwo, a Łęcka staje się redaktorką naczelną prestiżowego magazynu o modzie i stylu życia.
Epilog albo wpis na LinkedIn
W epilogu tej wersji historii nie ma jednak ucieczki w głąb Rosji ani dramatycznego znikania w ruinach zasławskiego zamku. Dzisiejszy Stach nie podkłada pod siebie dynamitu – to zbyt analogowe rozwiązania. Wokulski po kolejnym odrzuconym zaproszeniu do współtworzenia relacji i po tym, jak z przykrością odkrywa, że Izabela w pociągu do Mediolanu flirtowała w wiadomościach prywatnych z pewnym włoskim modelem, robi to, co zrobiłby każdy wypalony nowobogacki: wyprzedaje udziały w kryptowalutach, wyłącza powiadomienia i robi absolutny cyfrowy detoks. Znika z social mediów, zostawiając po sobie jedynie tajemniczy wpis o treści: "Non omnis moriar, ale zróbcie w końcu d-out", po czym ślad po nim ginie gdzieś w odosobnieniu na Bali.
Rzecki zostaje sam. Gdy serwery padają z powodu globalnego blackoutu, stary subiekt wpatruje się w pusty, czarny ekran smartfona. Jego ulubiony interfejs przestał odpowiadać. Pamiętnik, generowany przez lata w chmurze, bezpowrotnie przepadł w wyniku błędu bazy danych, a sam Ignacy uświadamia sobie, że algorytm nigdy go nie kochał – po prostu poprawnie przewidywał kolejne tokeny.
Polska się zmieniła, epoki przeminęły, technologia poszła do przodu, ale diagnoza Prusa pozostaje absolutnie niezmienna. Kapitalizm wciąż napędzają ten sam cynizm i ta sama absurdalna chęć zrobienia wrażenia na kimś, kto nawet na nas nie patrzy. Zmieniły się tylko narzędzia: zamiast karotki z melasy mamy tokeny, zamiast salonsów – feed na Instagramie, a zamiast kupowania posągu Wenus – opłacanie subskrypcji na OnlyFansie. Prus patrzy na nas z góry, przewija ekran i po prostu klika "skip".