Dzieci w chmurze. "Patoedukacja opakowana w błyszczący marketing"

Stworzyliśmy systemowego potwora, nad którym nikt nie ma kontroli. Ludzie żyją w bańce, iluzji którą wzajemnie podtrzymują. Edukacja domowa to nie edukacyjny Disneyland, lecz biznes polegający na sprzedawaniu wolności, za którą zapłacą dzieci – mówi w rozmowie z Magazynem Spider’sWeb Plus Iwona Dudzik, autorka książki "Dzieci w chmurze". 

fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn

Edukacja domowa z roku na rok jest coraz bardziej popularna wśród uczniów i ich rodziców. Obiecuje wolność od szkolnej rutyny, brak stresu i rywalizacji, więcej czasu na rozwijanie pasji, zrozumienie dla dzieci o specjalnych potrzebach. Czy to dobra odpowiedź na problemy tradycyjnej szkoły?

To w książce "Dzieci w chmurze" próbuje ustalić Iwona Dudzik, której córka również zapisała się do popularnej Szkoły w Chmurze. Autorka po początkowym entuzjazmie nabiera jednak coraz większych wątpliwości. Wreszcie postanawia w dziennikarskim śledztwie przyjrzeć się temu modelowi nauczania. Na łamach książki pokazuje orędowników edukacji domowej, ale też rodziców, którzy się przekonali, jak trudno pogodzić pracę z uczeniem własnych dzieci. Rozmawia z nauczycielami i psycholożkami. Analizuje dokumenty, przepisy i dane, by sprawdzić, jak marketingowe hasła kolejnych „nowatorskich” szkół mają się do rzeczywistości.

FOT IWONA DUDZIK

Rozmowa z Iwoną Dudzik, autorką książki „Dzieci w chmurze”, która 30 września ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarne.

Marek Szymaniak: Jesteś dziennikarka od lat, specjalizujesz się w tematach medycznych. Jak to się stało, że zajęłaś się edukacją domową? 

Iwona Dudzik: Właściwie ten temat sam do mnie przyszedł. Moja córka chciała uczyć się w edukacji domowej. 

Dlaczego?

Córka była na początku drugiej klasy warszawskiego publicznego liceum, działającego w tradycyjnym modelu. Nauka w nim kulała. Wciąż brakowało nauczycieli, zajęcia przepadły, marnowało się mnóstwo czasu. Nagle córka gdzieś w sieci usłyszała o nowej szkole. I przyszła do mnie z alternatywą, czyli edukacją domową i Szkołą w Chmurze.

Na czym ta alternatywa miała polegać?

Na nauce własnej, w domu przez platformę. Na samodzielnej organizacji czasu. Na jego oszczędności zamiast nieraz bezsensownego siedzenia w ławkach. Większej swobodzie na realizację programu, ale i większej odpowiedzialności. Przekonała mnie, żeby spróbować. 

Co wtedy o tym modelu wiedziałaś?

Przyznaję, że na samym początku niewiele albo zupełnie nic. Byłam przekonana, jak pewnie większość rodziców wchodzących w ten świat, że wszystkie kluczowe pytania zostały już zadane, a system przez tyle lat jest dobrze przetestowany, skoro coraz więcej uczniów się w nim uczy. Tymczasem z biegiem miesięcy zaczęły pojawiać się we mnie coraz większe wątpliwości.

Wtedy mama nastolatki zamieniła się w reporterkę drążącą system i prowadzącą własne dziennikarskie śledztwo?

Z początku wszystko wyglądało niepozornie i entuzjastycznie.  Córka miała wtedy piętnaście, zaraz szesnaście lat. Obserwowałam, jak z jednej strony się uczy, a z drugiej zaczyna dorabiać w galerii handlowej. Jak pracuje z dorosłymi kobietami, wystawia faktury, przyjmuje zwroty w sklepie i zarabia pierwsze pieniądze. Dla szesnastolatki to potężny zastrzyk dorosłości. Cieszyłam się z tego, że sobie radzi. Widziałam też, że działa w harcerstwie, opiekuje się zuchami, ma czas na spotkania rówieśnicze. Wszystko wyglądało tak, jakby ten model działał idealnie. Jednak stopniowo obudziła się we mnie czujność, bo pojawiały się pierwsze wątpliwości.

Dlaczego?

Bo zaczynałam dostrzegać, że rzeczywistość skrzeczy. Coraz mocniej widzieć przepaść między marketingową obietnicą edukacji domowej a rzeczywistością. 

W czym się ta przepaść objawiała? Co Cię zaniepokoiło najbardziej?  

Pierwszy sygnał alarmowy zapalił mi się wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że jako rodzic jestem całkowicie pozbawiona wglądu w proces edukacyjny. Mam sytuację, że zbliża się matura, a ja nie mam pojęcia, co naprawdę dzieje się na edukacyjnej platformie, z której uczy się moja córka.

Jak ona działa?

Uczeń się loguje i widzi estetyczne wykresy, kolorowe kółka pokazujące, ile materiału zostało zrealizowane. Ale to widzi uczeń, nie rodzic. Żeby sprawdzić postępy własnego dziecka, musiałabym prosić je o login i hasło, stać nad nim, zaglądać przez ramię. Stajesz się we własnym domu petentem albo kimś w rodzaju podglądacza. W tradycyjnym systemie jest chociażby Dziennik elektroniczny, są powiadomienia, uwagi, zestawienia ocen i obecności. Tutaj tego nie ma.

Co jeszcze Ci przeszkadzało?

Druga kwestia to brak jakiegokolwiek obowiązku. Uczniowie mogą się uczyć, ale właściwie nie muszą. W rzeczywistości niewiele się od nich wymaga, dlatego zderzenie ze rzeczywistością następuje zwykle późno i za późno, czyli w czasie egzaminów państwowych – ośmioklasisty albo na maturze. To była trzecia, najważniejsza rzecz, która uderzyła we mnie z całą siłą: wielu uczniów niewiele robi do matury, bo nikt nic od nich nie wymaga, prześlizgują się z roku na rok do kolejnej klasy, a kiedy przychodzi prawdziwy test, to jest za późno. A to przecież ma ogromny wpływ na ich całe życie.

Okładka książki "Dzieci w chmurze" fot. Wydawnictwo Czarne
Okładka książki "Dzieci w chmurze" fot. Wydawnictwo Czarne

W Szkole w Chmurze nie ma kartkówek, sprawdzianów ani bieżących ocen?

Tak, w tym systemie przez cały rok uczeń nic nie musi. Nie chodzi na lekcje, nie pisze prac kontrolnych, nie dostaje ocen. I nagle dochodzimy do jedynego momentu w roku, który ma być rzetelnym sprawdzianem, ale takim nie jest. W rezultacie tylko utrwala piękną iluzję, w której tkwią zarówno uczniowie Szkoły w Chmurze, jak i ich rodzice.

Chwileczkę, bo nie dowierzam. Uczniowie nie są na bieżąco sprawdzani z tego, czy przyswoili daną partię materiału?

W tym modelu edukacja wygląda zupełnie inaczej. Żeby zdać do następnej klasy łączysz się na egzamin przez internet z całą, ogromną grupą innych uczniów. Ktoś tam wprawdzie czuwa nad przebiegiem, ale jest to tylko nadzór czysto techniczny. Sprawdza się, czy platforma się nie zawiesiła i czy wszyscy mogą się podłączyć. Kiedy przypadkiem odkryłam jak to działa, to już nie były sygnały, lecz dzwony alarmowe, bo okazywało się, że cały ciężar odpowiedzialności spoczywa na uczniu, tym, że będzie systematyczny, zmotywowany, że sam wszystko zrozumie i przerobi materiał. Może są takie dzieci, nieliczne wyjątki, ale zdecydowana większość nastolatków po prostu taka nie jest. Nauka staje się fikcją. 

A jak zmienia się codzienność nastolatka, gdy nie ma szkoły, kolegów, koleżanek, nauczycieli?

Z dnia na dzień dostajesz pełną wolność i zero narzuconej rutyny, hierarchii, obowiązków. Zaczyna się od tego, że możesz spać do dwunastej. Zbierając materiał do książki rozmawiałam o tym z wieloma uczniami. U wielu z nich po krótkim czasie dochodzi do całkowitego odwrócenia rytmu dobowego. Dzień zamienia się z nocą. Nastolatki mają tendencję do późnego chodzenia spać, więc skoro nikt od nich niczego nie wymaga rano, zaczynają siedzieć w sieci do trzeciej czy czwartej w nocy, a wstają w południe.

W tym momencie cała odpowiedzialność spada na rodziców, bo formalnie to oni, nie szkoła, nadzorują naukę. A rodzicom często brakuje czasu, ale też wiedzy, aby zwyczajnie merytorycznie weryfikować wiedzę np. z chemii czy matematyki.

Miałaś z tym problem?

Nie tylko ja. Wielu rodziców go ma. Nie wszyscy są umysłami ścisłymi. Ja jestem dziennikarką, pracuję ze słowem, a i tak miałabym ogromny problem, żeby rzetelnie ocenić, czy maturalna rozprawka z języka polskiego mojej córki została napisana dokładnie tak, jak wymaga tego klucz maturalny. A co dopiero mówić o przedmiotach, tematach, które są mi odleglejsze? Co z chemią, matematyką, z równaniami czy rachunkiem prawdopodobieństwa?

I powtarzam: to nie tylko mój problem, lecz wielu rodziców. Decydując się na ten model myślimy: „dziecko dostało nowoczesną platformę, to sobie poradzi”. To naiwność. Gdyby młodzież potrafiła sama zorganizować swój proces uczenia się i opanować pełny program bez wsparcia i egzekwowania wiedzy, wszyscy mówilibyśmy płynnie w dziesięciu językach z mandaryńskim włącznie. Profesjonalni pedagodzy mają z tym trudności, a wymaga się tego od dzieci i nieprzygotowanych do tej roli rodziców.

A jednak statystyki pokazują, że do edukacji domowej przechodzą kolejne tysiące uczniów. Z czego wynika ten coraz szerszy odwrót od tradycyjnej szkoły?

Ten trend mówi brutalną prawdę o naszym tradycyjnym systemie edukacji. Jest on skrojony pod absolutnego średniaka. Jeśli ktoś odstaje w górę, czyli np. ma wybitne uzdolnienia, unikalne pasje albo z drugiej strony odstaje w dół, bo ma problemy zdrowotne, emocjonalne czy trudną sytuację rodzinną, to tradycyjna szkoła nie potrafi mu pomóc. Nie oferuje lekcji wyrównawczych ani indywidualnego podejścia. I wtedy pojawia się edukacja domowa, która wita ich z otwartymi ramionami i składa obietnice bez pokrycia.

A może to rzeczywiście ucieczka przed opresyjnym systemem?

Powody są bardzo różne. Część uczniów po prostu nie radziła sobie z nauką w tradycyjnej szkole, więc rodzice przenieśli ich do modelu, gdzie mają łatwiej. Inni uciekali przed przemocą rówieśniczą, wykluczeniem, hejtem czy odrzuceniem przez grupę. I w edukacji domowej ci ludzie dostają natychmiastową receptę: problem znika z dnia na dzień. Ktoś bał się chodzić do szkoły, bo każdego rana bolał go brzuch z nerwów. Nagle zostaje w domu i stresujący czynnik znika. Wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale nikt nie pyta, co stało się pod spodem.

Tylko czy taka ucieczka rozwiązuje problem?

Niekoniecznie. Jeśli dziecko ma zaburzenia lękowe, to powinno się je diagnozować i poddać terapii, a nie izolować. Psychologia wyraźnie mówi, że lęki leczy się poprzez stopniową ekspozycję na bodziec pod opieką specjalisty, a nie poprzez ucieczkę od bodźca. Tymczasem w edukacji domowej ci młodzi ludzie słyszą zewsząd, że wszystko jest z nimi w najlepszym porządku i że to system był zły i opresyjny. 

Pachnie mi to sekciarskim nimbem czy się mylę?

To oczywiście częściowo prawda, że tradycyjny system ma wiele wad. Ale gdy uczeń, który z roku na rok miał problem ze zdobyciem trójek, a teraz nagle dostaje piątki i szóstki, to coś jest nie tak. A tymczasem tutaj wszyscy się wzajemnie przekonują, że tak właśnie powinno być.

Może już nie stresuje go nauczyciel albo uciekł od przemocy rówieśników i zwyczajnie ma przestrzeń i czas, aby się uczyć?

Są pewnie i takie przypadki. Jednak dla zdecydowanej większości nauka w tym modelu brzmi jak spełnienie marzeń: zero stresu, zero wymagań i same szóstki na świadectwie, bez faktycznej nauki. 

fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn
Czy edukacja domowa przygotowuje do wyzwań rynku pracy? fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn

Tyle tylko, że za tymi świetnymi ocenami zazwyczaj nie stoi nic albo prawie nic. Niewielka wiedza. To nie jest ani sprawiedliwe ani moralnie w porządku, że jeden uczeń ciężko pracuje w szkole stacjonarnej, walczy o każdą trójkę i rzetelnie realizuje program, a ktoś inny ledwie zagląda do materiału, klika odpowiedzi na platformie i ma same szóstki.

Z drugiej strony, oceny w szkole nie zawsze przekładają się na sukces w dorosłym życiu. Nierzadko kluczowe okazują się kompetencje miękkie, inteligencja emocjonalna oraz praktyczna zaradność.

Poważnie? Przecież bycie systematycznym, odnajdywanie się w grupie, czyli to wszystko, co przyczynia się do sukcesu w szkole, pomaga też potem w dorosłym życiu.

Oczywiście, można być szkolnym prymusem i później fatalnie radzić sobie w życiu. Albo być trójkowym uczniem i mieć spektakularne sukcesy. Ale gdy sprzedaje się to jako dowód na to, że szkolna wiedza jest zbędna, nie kupuję tego. Kiedy mówimy, że "oceny nie gwarantują sukcesu", to zgoda. Ale mam problem, kiedy robi się z tego: "w takim razie po co dziecku wiedza, wymagania i szkoła"? Dla mnie to największe przekłamanie w opowieści, którą często serwuje się w edukacji domowej. Nie trzeba wybierać: wiedzą czy zaradność, rozwój poznawczy czy emocjonalny. To fałszywe alternatywy.

No dobrze. Tak czy siak na końcu drogi zarówno jednych, jak i drugich uczniów jest sprawiedliwy, bo taki sam dla wszystkich, egzamin państwowy. 

Tak, i wtedy następuje zderzenie ze ścianą. Bolesne, brutalne, ale weryfikujące, ile faktycznie warte były te piątki i szóstki.

Ale przecież Szkoła w Chmurze chwali się uczniami, którzy sobie radzą. Pokazuje, jak ten model pozwala im nie tylko mieć świetne wyniki, ale i daje czas na rozwijanie pasji, uczenie samodzielności.

Grupa dzieci, które pasują do tego obrazka, bo osiąga sukces w sporcie, sztuce czy nauce, jest starannie wyselekcjonowana. Ale ja pytam wprost: czy to jest zasługa tego modelu, czy może raczej wynik ogromnego wysiłku rodziców, prywatnych trenerów i korepetytorów? Czy ten sukces dokonuje się dzięki edukacji domowej, czy raczej pomimo niej?

I jak myślisz?

Jestem pewna, że to wycinek spośród ponad 30 tysięcy wszystkich uczniów Szkoły w Chmurze. Te dzieci istnieją, więc można je wykorzystać w przekazach promocyjnych. Widzimy w końcu te ładne filmiki o dziewczynie wchodzącej na Mount Everest albo o chłopcu grającym na rzadkim instrumencie. Piękne, poruszające historie. Tylko ile ich jest? Kilkanaście? Kilkadziesiąt? A w samych chmurowych szkołach mamy rocznie trzydzieści tysięcy ludzi! Co dzieje się z tą całą resztą? Co te dzieci robią w swoich domach, kiedy opadnie pierwszy entuzjazm? Niestety ich rzeczywistość zwykle wygląda zgoła inaczej.

To znaczy?

Szkoła w Chmurze obiecuje, że dzieci będą rozwijały się w sposób naturalny, że ujawnią się w nich nieodkryte pokłady talentów. A przecież każdy, kto ma nastolatka w domu, wie dokładnie, jak to wygląda w rzeczywistości. Dzisiaj jest fascynacja jedną rzeczą, jutro drugą, a systematyczna nauka stoi w miejscu. Zaległości narastają w przerażającym tempie. Po kilku miesiącach pasje zamieniają się w bezmyślne przeglądanie smartfona i wirtualny świat, a luka edukacyjna staje się tak wielka, że powrót do tradycyjnego systemu okazuje się niemal niemożliwy.

Czy można powiedzieć, że ten model nauki jest nastawiony na produkcję masowych świadectw, a nie na weryfikację umiejętności?

Dokładnie tak. Daje się papierek ze godłem państwowym. Tylko co to świadectwo dzisiaj znaczy, skoro stoi za nim zerowy wysiłek? 

To model dla tych, którzy chcą oszukać system?

Na pewno państwo nie powinno dopuszczać do sytuacji, w której oficjalny dokument poświadczający wykształcenie staje się fikcją. Ten model wypluwa ludzi z dyplomami ukończenia szkoły średniej, którzy nie posiadają elementarnej wiedzy.

To pułapka dla uczniów?

Niestety często tak. Młodzi ludzie zostają zamknięci w powierzchownej narracji, że stworzyli dla siebie wspaniałą alternatywę. Alternatywa byłaby wtedy, gdyby te same cele edukacyjne i rozwojowe były realizowane w inny, skuteczny sposób. A to, z czym mamy do czynienia w wielu przypadkach, to po prostu edukacyjna szarlataneria. Patoedukacja opakowana w błyszczący marketing.

Mocne słowa.

Ale prawdziwe! Stworzyliśmy systemowego potwora, nad którym nikt nie ma kontroli. Ludzie żyją w bańce, iluzji którą wzajemnie podtrzymują wspierając się na grupach społecznościowych i powtarzając formułki: "Jest cudownie, przestaliśmy się stresować, nie ma przemocy, uczymy się na własnych warunkach, tak wygląda edukacja przyszłości".

To też nieprawdziwy obraz?

Są na pewno jakieś przypadki, że to jest prawda, ale dla większości samodzielna nauka nie sprawdza się.  Szkoła w Chmurze składa obietnicę spokoju psychicznego, braku stresu. Tylko że człowiek jest istotą społeczną. Życie nie polega na unikaniu każdego dyskomfortu. Normalny rozwój polega na tym, że poprzez codzienne, drobne problemy zyskujemy kompetencje do ich rozwiązywania. Z jedną osobą się pokłócimy, z drugą pogodzimy. Nauczycielka potraktuje nas niesprawiedliwie, ale nauczymy się tę sytuację rozpoznawać, bronić swojego stanowiska albo szukać kompromisu. Za chwilę zafascynuje nas inny nauczyciel. To jest prawdziwe życie. Życiem nie jest pseudo-platforma.

Brak życia społecznego, odcięcie od rówieśników, to faktycznie jeden z najczęstszych zarzutów stawianych edukacji domowej. Czy ten model nie pogłębia problemu izolacji i zamknięcia w cyfrowym świecie, z którym i tak zmagają się dzisiejsze dzieci?

Oczywiście, że pogłębia! Wciskamy dzieci przed monitory, zamykamy drzwi do pokoju i mówimy: "A teraz ucz się sam, bądź za siebie odpowiedzialny". To nie jest rozwiązanie, lecz wymaganie od dziecka rzeczy niewykonalnych. Taki tryb pracy przerasta możliwości przeciętnego nastolatka.

A co do relacji: media, popkultura chętnie budują narrację, której ulegają rodzice, że podwórko czy szkoła stacjonarna to środowisko patologiczne, gdzie przeklina się, bierze narkotyki i stosuje przemoc. Więc mówią: "w domku z mamusią i z babcią będzie najlepiej". Ale kończy się to tym, że zamykają dziecko w złotej klatce.

Bez kontaktu z prawdziwym życiem?

Kiedy przeglądam grupy internetowe dla rodziców w edukacji domowej, to aż kipi tam od poczucia samotności. Matki próbują skrzykiwać się na jakieś kooperatywy, organizować wspólne wyjścia, ale dzieci często stawiają opór. Czytałam niedawno post matki 11-latka: syn nie chce chodzić na żadne spotkania, nie chce się uczyć od innych, woli siedzieć sam w pokoju. A matka pyta na forum, czy mu na to pozwolić?

Niestety efekt często jest taki, że dziecko w sobotni wieczór zostaje wyłącznie z komórką i komputerem, bo zatraciło umiejętność wchodzenia w bezpośrednie relacje.

Relacje społeczne to część przygotowania człowieka do dorosłego życia, a więc i pracy. Czy ten model nauki przygotowuje do dorosłości i realiów rynku pracy?

Obawiam się, że tworzy pokolenie ludzi nieprzygotowanych do starcia z rzeczywistością. Większość uczniów w tym systemie nie uczy się terminowości, obowiązkowości, przebywania z ludźmi, których się nie lubi, czy podporządkowania pewnej hierarchii, która w pracy przecież istnieje.

fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn class="wp-image-5943124"
Edukacja domowa ma wiele wyzwań fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn

Jeśli uczeń przez cztery lata liceum przechodzi po linii najmniejszego oporu, klikając testy na platformie, to obawiam się, że polegnie w zderzeniu z pierwszym powierzonym zadaniem w dorosłym życiu, z koniecznością załatwienia sprawy w urzędzie czy z krytyką ze strony szefa.

Zabraknie mu odporności czy wiedzy? Rodzice w edukacji domowej często powtarzają argument: „po co uczyć się tych wszystkich szczegółów, skoro w dorosłym życiu i tak się wszystko zapomina?”.

To jest porażająca głupota i kolejny mit budowany na poparciu dla własnego lenistwa. Idąc tym tokiem myślenia: po co mam czytać książkę, skoro za dziesięć lat nie będę pamiętała każdego rozdziału? Oczywiście, że z przeczytanej dekadę temu lektury pamiętamy zarys, ale sama czynność czytania i przyswajania złożonych treści kształtuje nasz mózg, uczy krytycznego myślenia, buduje schematy pojęciowe i wrażliwość.

A nie jest tak, że część osób jednak sobie poradzi? Bo pochodzi z bogatych domów, mających zasoby kulturowe, pieniądze na korepetycje, kontakty biznesowe.

Tak, ale zdecydowana większość takiego kapitału z domu nie wyniesie. To jest pole do rosnących nierówności w edukacji.

W książce opisujesz przejmujące przykłady rodzin, w których ten eksperyment zakończył się dramatem edukacyjnym.

Bo ten system wyjątkowo mocno bije w osoby najsłabsze. Dzieci zamożni rodziców, z kapitałem kulturowym i finansowym, raczej sobie poradzą, bo mają pomoc, poduszkę bezpieczeństwa. Rodzice zatrudniają korepetytorów, przypilnują, wyślą na prywatne lekcje. Ale platformy edukacyjne stały się powszechne wśród rodzin uboższych, samotnych matek pracujących na dwa etaty czy rodzin z problemami.

Takich, gdzie dziecko nie jest w centrum uwagi?

Z różnych powodów, czasem chęci są najlepsze, ale brakuje zasobów, czasu, pieniędzy czy wiedzy.

Pamiętam matkę, z którą rozmawiałam. Aż serce mi pękało z żalu, gdy słuchałam jej historii. Jej córka miała trudności w tradycyjnej szkole, była trochę odrzucana przez grupę. Matkę skusiły opowieści o wolnej nauce z platformy. Myślała, że odpadną wydatki na bilet, strój, wycieczki, a dziecko samo w pokoju ze wszystkim sobie poradzi. Dziewczynka siedziała nad materiałem godzinami, robiła wszystko potwornie wolno, nie rozumiała zadań z matematyki czy biologii i zaczęła narastać w niej ogromna frustracja. A matka, zamiast zrozumieć, że system zostawił dziecko bez wsparcia pedagoga, zaczęła szukać winy w córce. Mówiła: „innym dzieciom na grupach tak cudownie idzie, a moja taka nieporadna, coś jest z nią nie tak”. To jest zbrodnia na psychice tego dziecka.

A co na to wszystko państwo? W końcu mamy obowiązek szkolny.

Państwo w pewnym sensie abdykowało ze swoich podstawowych funkcji. Gdzie są prawa dziecka do rzetelnego wykształcenia? Gdzie jest prawo do ochrony przed odizolowaniem? Skąd wiedzieć, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami domu, w którym uczeń spędza całe miesiące?

Zwolennicy tego systemu w tradycyjnym wydaniu oburzą się na te pytania. Patrząc z góry przekonują, że pielęgnują w domach "wyższe wartości" niż te przekazywane w systemie, przy którym ciągle coś majstrują politycy. Ale prawo i standardy edukacyjne są jedne dla wszystkich i powinny chronić każdego młodego człowieka.

Nie jest tak?

Oficjalne instytucje udają, że problemu nie ma: rodzice wzięli odpowiedzialność, podpisali papiery, więc umywamy ręce.  

Czy mimo tak krytycznej oceny edukacji domowej widzisz w tym modelu jakiekolwiek pozytywy? Coś cennego, co tradycyjna szkoła mogłaby przejąć?

Sama idea indywidualizacji procesu nauczania , oczywiście tak. Serdeczna atmosfera, traktowanie uczniów podmiotowo, jak ludzi, a szkoły, jak fajnego miejsca – również tak. Ale przy tym wymagajmy rzetelnej, systematycznej pracy. Wykorzystajmy niż demograficzny, zmniejszmy klasy, dajmy nauczycielowi więcej czasu dla konkretnego ucznia. Przygotujmy kadry do pracy z dziećmi w spektrum i z różnymi trudnościami. To jest zadanie szkoły. Nie musimy do tego wszystkiego dzieci wyprowadzać z systemu.

Technologia może pomagać. Ale nie zastąpi człowieka. Komputer jest narzędziem. Ale nie może stać się substytutem relacji z nauczycielem i rówieśnikami.

Gdybyś mogła cofnąć czas i stanąć przed decyzją swojej córki z początku drugiej klasy liceum, to co byś zrobiła?

Drugi raz nie dałabym się tak łatwo uwieść tym pięknym obietnicom. Przedstawiłabym córce chłodną analizę za i przeciw. Zresztą ona nigdy nie zżyła się ze społecznością Chmury. Nie zaprzyjaźniła się z nikim stamtąd, nie afiszowała się też swoim wyborem. Być może dlatego, że "typowy chmurowicz" zaczął być kojarzony z kimś, kto jest trochę inny, kontrowersyjny, niezbyt dobrze rozumiany przez otoczenie, a do niej taki wizerunek nie pasował.

W pewnym momencie chciała nawet wrócić do tradycyjnego liceum, ale w klasie maturalnej powrót okazał się niemożliwy. Publiczne licea szerokim łukiem omijają uczniów z epizodem Chmury.

Historia Twojej córki kończy się jednak szczęśliwie. Dostała się na wymarzony kierunek studiów.

Tak, dostała się i to jest dla nas dobre zakończenie.

Niemniej tych dramatycznych zakończeń nie brakuje. Wyniki matur uczniów z chmury są o wiele niższe niż tych z tradycyjnych szkół, więc wielu nie dostaje się na wymarzone studia. Co więcej, aż 27 procent w ogóle nie podchodzi do matury, kiedy w tradycyjnej szkole to 4 procent. To jest przepaść i nie przypadek, że tak to wygląda.

Gdyby dziś przyszła do Ciebie przyjaciółka i pytała, czy puścić dziecko do szkoły w chmurze to, co byś jej poradziła?

Powiedziałabym: najpierw dobrze sprawdź, na co się decydujesz. Szczerze odpowiedz sobie, czy twoje dziecko naprawdę tego potrzebuje. Jeśli szkoła jest trudna, nudna, a wszyscy w niej jacyś nie tacy, to zdejmij różowe okulary. Edukacja domowa to nie edukacyjny Disneyland. Szkoła w Chmurze to biznes, który polega na sprzedawaniu wolności. Rachunek może się okazać znacznie wyższy, niż zakładałaś na początku. I nie zapłacisz go ty. Zapłaci go twoje dziecko.