Pamiętam swój pierwszy Wimbledon na żywo. To były ćwierćfinały, grała akurat Iga Świątek (niestety, wtedy przegrała), a ja byłem podekscytowany niczym małe dziecko – do czasu, aż zdałem sobie sprawę, że oglądanie tenisa z trybun to zupełnie inna bajka. Nagle zniknął komentarz (który przecież ma uatrakcyjniać widowisko), straciłem wgląd w powtórki, a co najważniejsze – cała gra wydała mi się znacznie wolniejsza.
Telewizja potrafi jednak czynić cuda. Na ekranie nawet najmniejsze przerwy są maskowane powtórkami czy zbliżeniami, co nadaje meczowi niesamowitą dynamikę. Reżyseria robi wszystko, by widz ani przez moment nie poczuł znużenia i nie przełączył kanału.
Na żywo natomiast co kilka punktów trzeba było czekać, aż zawodniczki napiją się wody, zmienią ręcznik, poprawią coś w stroju albo po raz kolejny zastanowią się przy serwisie. Mają do tego pełne prawo, nie łamią żadnych zasad – tak po prostu wygląda ten sport (kto sam grał, ten wie). Mimo to po pewnym czasie na Wimbledonie poczułem znużenie. Miałem wrażenie, że nieustannie wchodzę i wychodzę ze stanu skupienia. Mecz w jednej chwili zapraszał mnie do pełnego zaangażowania, by za moment wyrzucić mnie poza nawias – w efekcie myślami byłem już zupełnie gdzie indziej. Stwierdziłem wtedy, że tenis na żywo chyba nie jest dla mnie.
To samo uczucie zmęczenia i lekkiego poirytowania, które pamiętam z meczu Świątek, wróciło po latach podczas oglądania tegorocznego mundialu. We wszystkich 104 meczach mistrzostw świata postanowiono wprowadzić przerwy na picie i krótki odpoczynek. Powód? Warunki pogodowe w Stanach Zjednoczonych – w teorii to argument, z którym nawet nie wypada dyskutować (choć jeszcze do tego wrócę). Pamiętajmy, że podobne rozwiązanie było testowane także podczas minionych mistrzostw w Katarze.
Po kilku obejrzanych spotkaniach i zaliczeniu tych wszystkich przerw poczułem, że zaczyna się jakiś koszmar. O ile w telewizyjnym tenisie ten rodzaj reżyserii jeszcze się broni – starcia bywają żywsze, a reklamy dają nam chwilę odetchnąć – o tyle dzisiejsze oglądanie mundialu przypomina tamten tenis na żywo. Szczególnie przy meczach, które rozczarowują i dają z siebie znacznie mniej, niż obiecywały. Nie dość, że samo spotkanie ciągnie się jak flaki z olejem, to jeszcze jest sztucznie wydłużane.
Czy to kwestia naszego problemu ze skupieniem uwagi, czy może coś faktycznie jest na rzeczy?
Kibice kontra attention span
Cała dyskusja wokół mundialowych przerw na picie sprowadza się między innymi do naszej skróconej współcześnie zdolności skupienia uwagi. Czy to naprawdę to taki problem, że dwa razy w meczu, na niespełna trzy minuty, obejrzymy blok reklamowy i na chwilę odetchniemy od boiskowych wydarzeń? W zasadzie – tak. To właśnie wtedy mecz piłki nożnej zaczyna przypominać nieszczęsny tenis na żywo. Piłkarze potrzebują przecież czasu, by wejść na odpowiednie obroty. Niekiedy jednak taka przerwa pozwala piłkarzom odpocząć, przeogranizowac się i ustawić szyki.
Z punktu widzenia kibicia jednak każda taka przerwa bezlitośnie zabija widowisko. I tak na ekranie nie dzieje się zbyt wiele, a w nagrodę dostajemy jeszcze bloki reklamowe. Podręcznikowym przykładem tego, jak taki antrakt potrafi popsuć mecz, było starcie Portugalii z Demokratyczną Republiką Konga. Przerwy techniczne za każdym razem całkowicie wybijały piłkarzy z rytmu, a samo spotkanie i bez tego pozostawiało mnóstwo do życzenia. Plus tego typu rozwiązań była taki, że można zawsze było wyjść do kuchni po przekąski.
Rację ma jeden z brytyjskich kibiców: w rozmowie z BBC stwierdził, że w futbolu liczy się "flow", które – przy każdej przerwie tego typu – zostaje w jakiś sposób wstrzymane, wręcz odwleczone na później. To nie do końca jest kwestia attention spanu: nawet jeśli nie będzie ono najlepsze u współczesnego widza, to jednak te przerwy zaburzają mecz pod kątem czysto sportowym. Z drugiej strony znajdziemy dyscypliny (m.in. siatkówka), w których takie przerwy istnieją i są na porządku dziennym. Niekiedy będą one potrzebne, bo dzięki nim sportowcy mają czas, aby sobie wszystko poukładać. Może to jedynie kwestia przyzwyczajeń? W końcu sport nieustannie ewoluuje: gdy wprowadzano VAR, również pojawiały się liczne głosy sprzeciwu. Mówiono, że zabija to ducha sportu, romantyzm piłkarskich zmagań miał zniknać.
Kiedy piłkarze wracają na boisko, to potrzebują czasu, by raz jeszcze w ten mecz wejść; by na nowo się w nim odnaleźć. Wtedy czekamy wraz z nimi, by wreszcie (!) coś się zadziało. Są, rzecz jasna, wyjątki, jak ostatnio mecz Anglii z Chorwacją, w którym już w trakcie pierwszej połowy padły aż cztery bramki i tak naprawdę nikt nie wiedział, jak zakończy się ten pojedynek. Tyle że na tym mundialu praktycznie nie było tak intensywnych spotkań.
Przy takiej liczbie meczów i własnych obowiązkach nie wszyscy mają komfort, by w ogóle oglądać większość tych spotkań, skoro odbywają się one w zupełnie innej strefie czasowej. Ręce opadają, gdy jeszcze przed pierwszą połową doliczane jest około dziesięciu minut, bo gra była nieustannie przerywana (i tak dalej). To samo w drugiej części spotkania: ostatnie trzydzieści minut lepiej sobie nagrać, aniżeli męczyć się do upadłego. Nawet jeśli od 80 minuty mamy największe emocje, to poranny budzik do pracy i tak może wygrać w tej rywalizacji. Już od dawna odbiorcy rozrywki nie czuli takiego zniesmaczenia reklamami. Narzekamy na 15-minutówki w kinie, ale te po prostu można ominąć, przyjść później na film. Tu natomiast nikt z nas nie ma takiego luksusu. Można wręcz kąśliwie napisać, że to Mundial z Polsatem właśnie ze względu na te przerwy.
Amerykański turniej zaczął przypominać piłkarskiego Netfliksa z reklamami. Różnica jest tylko jedna i w gruncie rzeczy kluczowa. Kiedy przykładowo platforma streamingowa wrzuci ci reklamę w trakcie np. kluczowej sceny akcji, to ta sama sekwencja (w tym samym rytmie) będzie kontynuowana po reklamie, niezależnie od tego, jak długa by ona nie była. Tu natomiast reklama w namacalny sposób wpływa na sportowy pierwiastek, dotychczas naruszany jedynie przez błędne i niefortunne decyzje sędziów.
Dla wielu technologia (i pycha) w końcu triumfują. To jak hollywoodzki film, tyle że ze złym zakończeniem.
Być może cała ta frustracja wynika z cen: faktu, że aby w ogóle dostać się na te mistrzostwa (i przy okazji zostać wpuszczonym do trumpowskiej idylli), trzeba się nieźle wykosztować. I nie chodzi już tylko o podróż. Ceny samych biletów zostały nieźle wywindowane w górę, a przecież futbol to sport wszystkich klas. Ogromnej liczbie kibiców pozostaje oglądanie mundialu z kanapy, co nie jest kompromisem, a raczej pogodzeniem się z zaistniałą sytuacją. Tylko garstka może cieszyć się turniejem na żywo.
Mundial trwa już tydzień i widać jak na dłoni, że to mistrzostwa dla elit, choć mowa o sporcie, który uprawiają i oglądają masy. Ta dysproporcja to jeden z największych grzechów tego mundialu. I, jakby nie patrzeć, nie ostatni.
Bezsensowna przerwa na picie
Zastanawiamy się nad własnym komfortem, ale w tym dyskursie czasami przemawia nasze ego. A przynajmniej tak jest w teorii. Na popularnym portalu facebookowym "Ekstraklasa Trolls" znajdziemy masę komentarzy krytycznie wypowiadających się na temat tych przerw: tam nikt zbytnio nie przejmuje się komfortem piłkarzy (a przecież część z nich docenia tego typu możliwość). To właśnie pokłosie wspominanej wcześniej frustracji: rzeczy dziejące się wokół tego mundialu tak bardzo nam nie pasują, że ta animozja zaczyna się objawiać dosłownie na każdym kroku.
Wielu zawodników nie jest zbyt przychylnych wobec podziału meczu na cztery kwartały. Holenderski obrońca Virgil van Dijk skrytykował przerwy na picie, przyznając, że nie jest ich fanem; dla van Dijka nie są one dobre dla idei spektaklu emitowanego w TV. Trenerzy zaś są w stanie wykorzystywać te przerwy na swoją korzyść. Przy stanie 1:1 z Curaçao Julian Nagelsmann postanowił zmienić taktykę i porozmawiać z piłkarzami… właśnie w trakcie tych trzech minut. Efekt? Niemcy wygrały 7:1. Czy wynik byłby inny, gdyby nie ta przerwa?
No ale właśnie: czy rzeczywiście każdy mecz musi składać się z tych przerw? Okazuje się, że bardziej niż o komfort piłkarzy, sponsorzy dbają o emisję reklam. W tej dyskusji zawodnicy używani są wyłącznie jako pretekst. Wystarczy chwilę poszperać w sieci, aby dowiedzieć się, że mecze w południe odbywają się w klimatyzowanych placówkach z zamkniętym dachem, W tych przypadkach przerwy na picie nie mają większego sensu (a wciąż się przecież odbywają). Na 16 stadionów, 5 jest w stanie poradzić sobie z upałami. Ale nawet na nich przerwy i tak mają miejsce, choć w teorii nie są tam realnie potrzebne.
Buntu wobec obecnego stanu rzeczy raczej nie będzie, bo sportowo turniej wciąż się broni. To modern football, nowy rodzaj piłki. Dochodzą półautomatyczne spalone, a ostatnio furorę robi POV głównego sędziego, czyli widok z jego perspektywy, przez co dokładne i dynamiczne powtórki pozwalają nam na chwilę stać się częścią danej akcji, jak w grze video.
Wizualne usprawnienia, które dotychczas mieliśmy w popularnych grach EA Sports, powoli stają się integralną częścią otaczającej nas rzeczywistości. Te powtórki urozmaicają doświadczenie seansu, nawet jeśli mecz oglądamy jedynie w salonie.
Nie oszukujmy się: tzw. "hydration breaks" są jedynie czubkiem góry lodowej, większego problemu wokół tego mundialu. Dla organizatorów to dobry pretekst, by odwrócić naszą uwagę od znacznie ważniejszych kwestii. Bo przecież taka forma "odpoczynku" nie zrekompensuje piłkarzom (oraz, nomen omen, całemu środowisku) licznych podróży lotniczych, przez które ci muszą teraz przechodzić, by w ogóle dotrzeć na mecz. Ktoś mądry wpadł na pomysł, by sam mundial miał miejsce aż w trzech krajach na raz, na całym Kontynenecie. Logistycznie nie miało to większego sensu.
Dziś piłkarze są jedynie figurami, pionkami w marketingowej grze organizatorów i ich sponsorów. Ilustracja: Shutterstock.
Mundial wg. Trumpa
Inna sprawa to kolejny już zwrot w stronę polityki. To nowy rodzaj mundialu, taki według samego Donalda Trumpa. Jeśli uważaliśmy, że mundial w Katarze to całkowite zepsucie zarówno futbolu, jak i człowieczeństwa (według obliczeń około 6500 imigrantów zginęło w trakcie budowy stadionów i organizacji imprezy), to należy Trumpowi potrzymać piwo i na własne oczy zobaczyć, co aktualnie dzieje się na XXIII Mistrzostwach Świata. To najlepsza antyreklama piłki nożnej, jaką mogliśmy sobie wyobrazić.
Ostatnio głośno było m.in. o reakcji Viniciusa Jr., który odmówił udzielenia wywiadu, schodząc do szatni na przerwę. Oburzony dziennikarz zarzucił mu, że ma to w kontrakcie i będzie musiał zapłacić karę. Sam jednak stoję po stronie piłkarza: zamiast posłuchać uwag trenera, zawodnik musi udzielić wywiadu, choć nierzadko przecież nie ma nic do powiedzenia.
Dziś piłkarze są jedynie figurami, pionkami w marketingowej grze organizatorów i ich sponsorów. Kiedy oglądaliśmy mecz otwarcia (Meksyk kontra RPA), zastanawialiśmy się, dlaczego większość graczy na boisku biegała w podobnych różowych butach. Taka jest teraz moda i tak nakazał im sponsor. Piłkarze są jak manekiny, którzy zakładają na siebie reklamy i sprzedają je w ciągu 90 minut na boisku.
W ramach mapy skojarzeń na myśl przychodzi sytuacja Mai Chwalińskiej, która na Roland Garrosie grała we własnych ciuchach, bo na tamtą chwilę nie miała żadnego sponsora. Kiedy na konferencji prasowej została zapytana o swój styl, nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. "Tu nie ma żadnej historii", tłumaczyła, konstatując, że to jej własne ubrania sportowe. Bardzo możliwe, że był to ostatni wielkoszlemowy turniej, na którym miała taką swobodę i wolność wyboru. Teraz na pewno znajdą się sponsorzy, a komfort finansowy zastąpi jej stres związany z brakiem finansowania. W Paryżu Chwalińska na początku miała trudności, by przedłużyć swój pobyt o tydzień: z pomocą przyszła firma Oshee. Niemniej Chwalińska znajdzie się w podobnej sytuacji jak piłkarze na mundialu: będzie podległa kontraktom i wszelkim zobowiązaniom. W profesjonalnym sporcie wielkie gwiazdy nie mają innego wyjścia.
Dziś mało sportu w sporcie. Głównie liczy się interes, przez co pewien aspekt wolności zostaje na zawsze utracony.
No i nie zapominajmy o Omarze Artanie, który miał zostać pierwszym somalijskim sędzią na mundialu, ale nie został wpuszczony do Stanów. Prawdopodobnie ze względu na swoje pochodzenie. Takie sytuacje udowadniają, że to impreza pełna paradoksów. Zgoda, mundial jest bardzo ważny dla Trumpa wizerunkowo, ale prezydent nie robi kompletnie nic, by cokolwiek ugrać organizacją tej imprezy. Michał Okoński o tej sytuacji pisze w następujący sposób:
Nic to, że poszczególne reprezentacje w sportowej rywalizacji wywalczyły sobie prawo do udziału w mistrzostwach, a kibice z tych krajów chcieliby im towarzyszyć; nic to, że kontynentalne federacje mają prawo wydelegowania na mundial najlepszych sędziów – ostatecznie o wpuszczeniu ich na teren USA decydują amerykańskie służby. Nawet jeśli najlepszy arbiter z Afryki jest Somalijczykiem, a władze afrykańskiego futbolu chcą go wysłać do Ameryki – i tak nie ma tu czego szukać.
I trudno się z tą obserwacją nie zgodzić: wszystko i tak sprowadza się do decyzyjności gospodarzy. Gdyby Trump chciał, to USA nie wpuściłoby żadnych piłkarzy, a Stany zostałyby pierwszym w historii mistrzem Stanów. Czy FIFA zrobiła cokolwiek w sprawie somalijskiego sędziego? W jakiś sposób zareagowała? Teoretycznie tak: zapłacą mu całą kwotę, jaką miał zarobić za sędziowanie na mistrzostwach. Ale to pokazuje, że oni sami spłycają sam problem, nie rozumiejąc, że chodzi tutaj o prestiż turnieju, spełnienie zawodowego marzenia i reprezentowanie własnego kraju. FIFA, niczym państwo totalitarne, rozwiązuje sprawy za pomocą przelewów. Kasa wszystko załatwi.
Wszystko w tym mundialu jest jakoś do góry nogami; pokręcone niczym w starej dobrej czeskiej komedii. To nie jest piłka nożna, do której przyzwyczaiły nas ostatnie dekady. I to chyba nie jest też sport, na który wszyscy zasługujemy – ten jest pełen kalkulacji, hipokryzji i niezrozumiałych decyzji. Łudziliśmy się, że zwiększenie liczby zespołów będzie największą bolączką tegorocznej imprezy. A w tym momencie myślę, że skoro jeszcze miesiąc mistrzostw przed nami, to USA oraz FIFA jeszcze kilkukrotnie nas zaskoczą.
Zamiast sportu liczy się kalkulacja. Zamiast emocji – pewność, że wyznaczona ilość reklam zostanie wyemitowana. Raz, oglądając mecz na brytyjskim ITV, byłem świadkiem sytuacji, w której produkcja praktycznie nie wyrobiła się z ostatnią reklamą. Dlatego to jedynie kwestia czasu, kiedy jakaś akcja (lub nawet i bramka) umknie widzom na rzecz przerw. Polscy widzowie mogą być wdzięczni, że np. TVP Sport zrezygnowało w tym czasie z pokazywania reklam. Dzięki temu nie opuszczamy boiska i możemy obserwować, w jaki sposób obie drużyny przygotowują się do dalszej gry.
Futbol zawsze triumfuje
Futbol obroni się jako sport: na przestrzeni kolejnych tygodni jakość meczów pewnie się poprawi i prawdopodobnie będzie już tylko lepiej, choć na pewno nie obejdzie się bez niespodzianek.
Na mundialu szanse są całkiem wyrównane. W ligach takich jak Premier League już dawno doszło do gentryfikacji futbolu, przez co niektóre kluby wzbogaciły się na tyle, że teraz co roku uznawane są za faworytów. Co z resztą zespołów? Te co sezon walczą o utrzymanie i zadowalają się środkowym miejscem w tabeli, uznając je za ogromny sukces. Trenerzy i zarząd wiedzą, że nie mają szans w starciu z najlepszymi (czytaj: najbogatszymi).
Tutaj zaś większość zespołów ma stosunkowo wyrównane szanse: w tym roku w szczególności pojawia się coraz więcej czarnych koni, a na ten moment faworyci z Europy rozczarowują praktycznie na każdej linii. Nagle okazuje się, że Hiszpanie remisują z Republiką Zielonego Przylądka, a 40-letni bramkarz Vozinha przez swój fenomenalny występ staje się ogólnoświatową sensacją, w przeciągu kilku dni zdobywając ponad 13 milionów obserwujących na Instagramie. Dzięki temu uda mu się spełnić marzenie i uzyskać wizy dla swojej rodziny, aby ta mogła przylecieć kibicować mu przy reszcie rozgrywek. Takich historii na tym mundialu nam potrzeba. Właśnie za to kochamy mistrzostwa świata – za ich nieprzewidywalność.
Tyle że cała ta otoczka wokół trochę nam je obrzydza. Turniej, który miał łączyć pokolenia i ludzi z całego świata, co prawda to robi, ale jest to jakiś kolektywny konsensus, że w gruncie rzeczy nic tu nie gra. No, może poza samymi piłkarzami, którzy wciąż wyczyniają i będą wyczyniać cuda. Idąc za Piotrem Sadzikiem, należy raz jeszcze powtórzyć, że:
W świecie postępującego powszechnego sformatowania, w którym szczytem zaskoczenia okazuje się ciąg słów wyplutych przez halucynujące AI w odpowiedzi na naszego prompta, piłka przywraca walor inwencji, niedającej się zaprogramować nieprzewidywalności, wskrzesza nieprzewidziane, którego tak bardzo nam brakuje.
Inwencja wciąż trwa, a Ameryka może i znów jest "wielka", bo wszyscy przecież o niej teraz mówią. Ale robią to w kontekście samego futbolu – tym sposobem piłka zawsze zwycięży, choćby z najbardziej skrajną głupotą i brakiem organizacji. Za cztery lata kolejny mundial: jakoś to będzie, byleby przetrwać do następnego. Może akurat jeszcze się miło zaskoczymy. Ponad 70 meczów jeszcze przed nami.