Ściągamy migrantów zamiast innowacje. Dlaczego polski model rozwoju musi się zmienić

Polska osiągnęła swój cel. Jesteśmy 20 gospodarką świata, częścią Zachodu, Niemcy nam zazdroszczą, a my kupujemy i korzystamy z życia. Polski Złoty Wiek osiągnął sufit i dlatego warto się zastanowić co dalej. Rozmowa z Jakubem Dymkiem, publicystą, dziennikarzem i autorem książki "Rewolucja ambicji".

Polska to brzmi dumnie. Według zagranicznych – zachodnich, co ważne – obserwatorów nasz kraj jest jedynym jasnym punktem europejskiej go­spodarki. Polska w ciągu jednego pokolenia przeszła drogę od postpeerelowskiego marazmu i głębokich kompleksów wobec mitycznego Zachodu, do miana dwudziestej gospodarki świata i pełnoprawnego członka elitarnego klubu G20.

Ściągamy migrantów zamiast innowacje. Dlaczego polski model rozwoju musi się zmienić

Mocne, prawdziwe, ale też niepokojące.

Sukces nie byłby możliwy bez szeregu czynników: korzystnej sytuacji geopolitycznej, ambicji i pracowitości Polaków, ich poświęcenia i determinacji. Udało się dzięki rozdmuchanym ambicjom, polityce społecznej, ale też –  a może przede wszystkim –  taniej sile roboczej. Dziś przy taśmach montażowych, na polach, w gastronomii i budowlance tyrają za nas migranci. W tym samym czasie sączymy sobie sojowe latte i latamy na citybreaki do Włoch. Przygarbionych i zmęczonych Polaków zastępują wyzyskiwani obywatele Ukrainy, Bangladeszu czy Filipin. Jednak ten model rozwoju nie jest do utrzymania. Przed Polską rysuje się bolesny, cywilizacyjny wybór, przed którym nie uciekniemy.

Czy wzorem azjatyckich tygrysów – jak Korea Południowa – postawimy na twardą politykę przemysłową państwa, płacąc za to drakońskim wyzyskiem, niszczącą psychikę rywalizacją i demograficzną katastrofą w imię technologicznej suwerenności? Czy wybierzemy bezpieczny, ciepły model europejskiego państwa dobrobytu, godząc się na to, że nasze mocarstwowe i innowacyjne skrzydła zostaną mocno przycięte?

Zapraszamy do rozmowy z Jakubem Dymkiem, współtwórcą podcastu i środowiska Dwie Lewe Ręce, autorem książki "Rewolucja ambicji", która okazała się nakładem wydawnictwa Port

Rafał Pikuła: Zacznijmy od kwestii fundamentalnej. Jesteśmy z tego samego rocznika, więc doskonale pamiętam przełom wieków na podkarpackiej prowincji: zamykane zakłady pracy, wszechobecny marazm i ten mityczny, wspaniały Zachód, który wydawał się nieosiągalnym punktem odniesienia. Francja, Niemcy czy Wielka Brytania były jak z innego układu słonecznego. Nagle okazuje się, że – mówiąc kolokwialnie – doczłapaliśmy się do tego elitarnego grona. Jeszcze dekadę temu chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy, że znajdziemy się w tym miejscu. Cytując klasyka: jak do tego doszło?

Jakub Dymek: Jedną z inspiracji do napisania tej książki była moja wizyta na Podlasiu. Uderzyło mnie tam, jak często od ludzi w naszym wieku, wykonujących skrajnie różne zawody, słyszałem uderzająco podobne narzekania na Zachód. Mówili: "Byłam na stypendium w Holandii", "Odwiedziłem rodzinę w Nowym Jorku", "Byłam na wakacjach w Hiszpanii – ale tam jest brudno, niebezpiecznie, ludzie jeżdżą gorszymi samochodami niż my, a usługi działają gorzej". Co najważniejsze, moi rozmówcy zauważali na Zachodzie brak woli życia: wysokie bezrobocie wśród młodych, kryzys migracyjny na ulicach i ogólny regres. Pomyślałem, że skoro takie emocje dochodzą do głosu na Podlasiu, które przecież wciąż ma swoje strukturalne problemy, chociażby ze słabo działającą koleją...

...i przez lata było synonimem zaściankowości.

Tak, choć mi jako nowemu warszawiakowi nie wypadało tego głośno powiedzieć! Skoro jednak ten region całkowicie wyzbył się kompleksów wobec reszty świata, to znaczy, że jako społeczeństwo znaleźliśmy się w radykalnie innym miejscu.

Jako reprezentant ściany wschodniej i Podkarpacia mogę to potwierdzić. Moi znajomi z Warszawy, kiedy odwiedzają moje rodzinne strony, są wręcz zszokowani tym, jak nowoczesny i zadbany jest to region.

I to jest kluczowe. Ci sami ludzie, którzy na co dzień słusznie krytykują dysfunkcje polskiego państwa, drożyznę mieszkaniową czy kulejące usługi publiczne, zapytani o to, gdzie chcieliby żyć – czy to w Łodzi, Bydgoszczy, Jeleniej Górze czy Białymstoku – odpowiadają niemal jednogłośnie: "Nigdzie indziej. Chcę mieszkać tutaj".

A jak do tego doszliśmy? Przede wszystkim dzięki korzystnym wiatrom globalizacji oraz temu, że każda poprzednia fala modernizacji – włącznie z tą PRL-owską, co w Polsce wciąż brzmi jak tabu i obrazoburstwo – przygotowała grunt pod dzisiejszy sukces.

Owszem, stwierdzenie, że w komunizmie było coś, co podłożyło podwaliny pod rozwój, wciąż budzi opór. W książce sporo miejsca poświęcasz temu, jak PRL stworzył społeczeństwo egalitarne.

W tym akurat punkcie przywołuję głośne tezy profesora Marcina Piątkowskiego. Mówiąc najkrócej: u progu III RP startowaliśmy z lepszej pozycji, niż nam się wydawało. Istniał głęboki konsensus społeczny – wszyscy chcieliśmy tego samego. Nasz sukces po 1989 roku był po prostu w interesie każdego gracza na szachownicy. Stąd wziął się ten Złoty Wiek, o którym pisał prof. Piątkowski. 

Nasz rozwój był w interesie globalnego kapitalizmu, który potrzebował nowych rynków zbytu, milionów wykształconych pracowników i otwierającej się, zliberalizowanej gospodarki. Był też potrzebny Niemcom i całej Unii Europejskiej – integracja dawnego bloku wschodniego domykała projekt polityczny zakończenia zimnej wojny, a gospodarczo dawała Europie potężny impuls. Zachodowi opłacało się nam pomagać, a czasami rozładowywać nasze wewnętrzne napięcia, na przykład poprzez otwarcie rynków pracy dla fali migracji z Polski.

Czasami nasze problemy – bezrobocie i aż nadto wykształcone pokolenie młodych ludzi wchodzącch na rynek pracy – były odpowiedzią na cudze potrzeby.

Globalny kapitalizm z ochotą wchłonął nadwyżkę wykształconych Polaków i ambitnych młodych ludzi z korzyścią dla obu stron. Wreszcie: ten sukces opłacał się nam samym. Byliśmy społeczeństwem niezwykle głodnym normalności. A normalnością były pełne półki, wielopartyjna demokracja i wolne media.

Ale przede wszystkim chodziło o to, by żyć dostatnio. O czystą, niczym nieskrępowaną konsumpcję. W swojej książce piszesz o potrójnej rewolucji: godności, aspiracji i ambicji. Zacznijmy od godności. Dlaczego to właśnie ona stała się główną siłą napędową zmian w ostatniej dekadzie?

Stawiam ryzykowną dla wielu tezę: to Prawo i Sprawiedliwość ostatecznie zakończyło w Polsce transformację ustrojową. Możemy nawet wskazać konkretną datę: 11 kwietnia 2016 roku, kiedy na konta bankowe polskich rodzin wpłynęły pierwsze przelewy z programu 500+.

Ta rewolucja polegała na włączeniu ofiar i ludzi pozostawionych na marginesie transformacji do społeczeństwa konsumpcyjnego. PiS – choć ówczesne salony polityczne i medialne histerycznie się z tego śmiały – trafnie rozpoznało, że szerokie grupy społeczne potrzebują podwójnej redystrybucji. Po pierwsze, materialnej: dowartościowania zapomnianych regionów, europejskiej polityki prorodzinnej i zerwania z dogmatem finansowym w stylu "pieniędzy nie ma i nie będzie". Po drugie, redystrybucji symbolicznej, ukrytej w języku. Tym ludziom trzeba było wreszcie powiedzieć: nie musicie się wstydzić, nie musicie wiecznie przepraszać, nie jesteście gorsi. Zakończenie transformacji nie było więc momentem przekroczenia jakiegoś arbitralnego wskaźnika PKB. Było zerwaniem z logiką, która przez ćwierć wieku wmawiała Polakom, że muszą gonić, nadrabiać, uczyć się od innych i wiecznie zaciskać pasa.

Ta dominująca narracja brzmiała: "jeszcze nie teraz, najpierw musimy ciężko pracować za 5 złotych za godzinę, a na owoce przyjdzie czas". Stawiam jednak roboczą tezę, że rewolucja godności nie udałaby się bez rewolucji technologiczno-narracyjnej. To lata 2014–2016 przyniosły w Polsce masowość mediów społecznościowych. Skończył się monopol wielkich telewizji czy "Gazety Wyborczej" na dyktowanie tego, co dobre i złe. Czy to właśnie algorytmy i nowe media nie dały paliwa tej zmianie?

Napisałem o tym całą poprzednią książkę, dlatego w obecnej ten wątek zszedł na dalszy plan, ale masz całkowitą rację. Upadek tradycyjnego porządku medialnego wywrócił do góry nogami dominację dotychczasowych elit symbolicznych i intelektualnych – i to w całym świecie zachodnim.

Mam wrażenie, że w Polsce stało się to nawet odrobinę wcześniej niż brexit czy wygrana Trumpa w USA.

Polska bywa pod tym względem trendsetterem. Krajowa prawica bardzo wcześnie dostrzegła w YouTubie, Facebooku i mediach tożsamościowych szansę na przełamanie monopolu "salonu". Świadomie lub nie, uchwycili się machiny cyfrowej, która przeorała tradycyjne kanały komunikacji. Bez załamania się tamtego hierarchicznego porządku medialnego rewolucja godnościowa byłaby o wiele trudniejsza, o ile w ogóle możliwa.

To fascynujące, bo zmiana mogła pójść w stronę czystego materializmu – Polacy dostają pieniądze i po prostu żyją lepiej. Tymczasem pojawiła się narracja: "bogacimy się wbrew dotychczasowym elitom, które nas oszukiwały, a te transfery to nasze symboliczne reparacje za lata wyrzeczeń". Donald Tusk proponował wcześniej "ciepłą wodę w kranie" i opowieść o "zielonej wyspie", ale to nie trafiało w głębokie emocje społeczne. Dopiero transfer finansowy połączony z transferem godnościowym odpalił polityczną bombę.

Dokładnie tak. Program 500+ stał się fundamentem dominacji PiS-u NIE dlatego, że dzięki wartym na początku  kilkanaście miliardów i obejmujących tylko część rodziców świadczeń rzekomo z dnia na dzień zmieniła się nasza cała gospodarka. Jak gdyby po wprowadzeniu programu podupadłe regiony zyskały nowe życie, a wczorajsi bezrobotni stali się od razu nową klasą średnią - a czasami taka absurdalnie przerysowana wizja też dochodzi w Polsce do głosu. Nie. 500+ nie uczynił z "Polski w ruinie" nowej europejskiej potęgi tylko dzięki sile tzw. socjalu i redystrybucji choć rzeczywiście wzmocnił już istniejące korzystne trendy. Stało się coś trochę innego. Program PiS-u zadziałał, i zakończył transformacyjną logikę ponieważ obalił dotychczasowe "święte prawdy" liberalnej ekonomii. Pokazał opinii publicznej, że rzekome obiektywne przeszkody blokujące politykę społeczną były jedynie kwestią braku woli politycznej elit. A skoro przeszkód nie było, a mimo to nikt wcześniej tych pieniędzy ludziom nie dał, to tym bardziej umocniło tezy prawicy o tym, że stare elity były cyniczne i należało je bezwzględnie wymienić. 

I jeszcze jedna rzecz, która musi wybrzmieć: sukces 500+ nie byłby tak wielki, gdyby nie siła oporu z jakim się spotkał i jaki przełamał. Paradoksalnie to krytycy 500+ uczynili z programu taki atut Kaczyńskiego.

Im bardziej liberalne autorytety grzmiały, że ten program zrujnuje budżet i doprowadzi do katastrofy, z tym większym hukiem te same autorytety upadły, gdy okazało się, że wskaźniki gospodarcze mówią coś owrotnego. Widać to we wszystkich badaniach europejskich: nie staliśmy się drugą Grecją, a raczej przeciwieństwem Grecji.

U nas płace rosły, bieda malała, a po wprowadzeniu 500+ dług do PKB spadał - czyli na odwrót niż u nich. Ta zmiana w języku, świadomości społecznej i w dyksusji o gospodarce utorowała drogę do zupełnie nowej polityki socjalnej, w którą musiał wejść każdy kolejny premier – od Morawieckiego po Tuska.

Dzisiejsza Platforma Obywatelska w zasadzie realizuje program socjalny dawnego PiS-u, co jest już oczywistością. Przypomina mi się fragment Twojej książki, w którym cytujesz Ryszarda Petru z tamtego okresu – potrafił w jednym wywiadzie skrytykować 500+ ze wszystkich możliwych stron, po czym program ruszył i zadziałał. Przejdźmy jednak do kolejnego filaru – rewolucji aspiracji. Mam wrażenie, że jest ona dzieckiem dwóch poprzednich. Dostaliśmy pieniądze (godność), uwierzyliśmy w podmiotowość (ambicja), więc chcemy aspirować wyżej. Chcemy patrzeć na Niemców jak na równych sobie, a nawet z góry. Dla wielu skończyły się czasy jeżdżenia "na szparagi". Pojawia się tu jednak element klasowy, o którym przez trzydzieści lat niemal nie rozmawialiśmy.

Moim zdaniem o klasie społecznej w Polsce wcale się jeszcze nie rozmawia otwarcie. Dlatego piszę, , że nad naszym życiem publicznym wisi raczej "widmo klasy", ponieważ za wszelką cenę próbujemy to pojęcie wyegzorcyzmować. Tyle że struktury klasowej nie da się zakpić zaklęciami.

Kwestia klasy tak naprawdę rządzi naszą polityką, choć niby po 1989 roku klasy miały zniknąć, a samo pojęcie odejść do przeszłości jako relikt marksizmu i leninizmu. To zabawne, bo stało się coś odwrotnego: klasa zyskuje na znaczeniu właśnie dlatego, że pod wieloma względami upodobniliśmy już się do rozwiniętych państw kapitalistycznych.

Mamy asertywną klasę średnią, która panicznie boi się degradacji. Choć jej przedstawiciele lubią myśleć o sobie jako o liberalnych i otwartych, w praktyce bywają głęboko egoistyczni – nie chcą podatków i tego by pieniądze trafiały do "dzieci patologii", wolą grodzone osiedla i niechętnie patrzą na migrantów, chyba że w roli anonimowej siły roboczej, ale z cała pewnością nie sąsiadów czy rodziców na wywiadówce w szkole ich dzieci. Mamy klasę wyższą, która z kolei uprawia specyficzny teatrzyk: polscy milionerzy ubierają się jak zwykli pracownicy biurowi, biegają i jeżdżą na rowerze, udają, że mają zwyczajne mieszkania i są po prostu "klasą średnią" – wszystko po to, by broń Boże nie kazać im bardziej solidarnie się dokładać do utrzymania państwa. Choć dodali ostatnio do repertuaru język patriotyzmu gospodarczego: "nasz polski milioner dobry, niemiecki zły, naszych polskich zostawmy w spokoju".

Jeszcze gdzieś na przecięciu tych grup mamy "batalion Alicante", czyli ludźmi z co najmniej jednym mieszkaniem za granicą, którzy otwarcie mówią, że wyjadą natychmiast, gdyby w Polsce działo się coś niedobrego i od państwa nie oczekują nic poza równą autostradą na Zachód, którą można uciec. Dla nich każda inna działalność państwa to już przemoc i groza, wojna wypowiedziana "zaradnym", takim jak oni.

To, co trafnie nazywa się czasem "cierpieniem polskich przedsiębiorców na pluszowym krzyżu".

Właśnie. No i na dole drabiny mamy klasę pracującą – milczącą większość, której nikt nie nazywa po imieniu, a która głosuje na partie etykietowane jako populistyczne, bo tylko one mówią językiem opisującym ich codzienność. Ponieważ odrzucamy język klasowy, debata publiczna karmi się mitami zastępczymi.

Z jednej strony mamy inteligencki mit o "najazdach Hunów" czy "sraniu na wydmach" – pożyczając określenie ze słynnego tekstu w "Newsweeku" – w którym rzekomo rozpuszczona socjalem, niewykształcona masa w sojuszu ze zdegenerowaną inteligencją ma lada chwila przynieść nam tutaj totalitaryzm - prosto z tej plaży ruszy za pięcset złotych szturmować Pałąc Zimowy albo dołączy do oblężenia Phnom Penh. Z drugiej strony funkcjonuje mit "oblężonej klasy średniej", która twierdzi, że zaraz zostanie ostatecznie zepchnięta w biedę, nikt nie będzie zakładał firm i wszystko runie, bo wszyscy - z góry i z dołu - robią zakusy na polskiego średniaka, któremu chcą coś zabrać. Wreszcie istnieje mit czystego konfliktu "ludu z elitą", serwowany masom przez polityków, którzy sami do tych elit przynależą, ale bardzo wygodnie im zarządzać nastrojami poprzez umiejętne sterowanie antyelitarną emocją. W ramach tego sporu jedna frakcja inteligencji spiera się z drugą, która lepiej reprezentuje interesy pogardzanych i ofiar systemu. Zabawne, prawda?

Dorobiliśmy się wreszcie klasizmu w najczystszej postaci, ale bez uprzedniej dyskusji o progresji podatkowej, prywatyzacji ochrony zdrowia czy kosztach migracji.

Jakub Dymek, autor książki "Rewolucja ambicji". Fot. Wojciech Gruszczyński

Przez lata zamiast o klasach rozmawialiśmy o "uczciwie pracujących przedsiębiorcach, którzy utrzymują ten kraj" oraz o "tych, którzy żyją z socjalu, biorą 500+ i symulują na L4".

Bo podziały klasowe w Polsce są niezwykle nieoczywiste i poplątane. Profesor uniwersytetu w Warszawie, piastujący prestiżową katedrę i mający gigantyczny kapitał symboliczny, może zarabiać mniej niż budowlaniec, który wykańcza mu łazienkę. Z kolei przedsiębiorca z małego miasteczka, mający własny warsztat, dom, trzy samochody i płacący minimalne podatki, uważa się za uciśnionego przez system, w którym rzekomo uprzywilejowana jest warszawska aktywistka czy dziennikarz pracujący w wielkich mediach za grosze na umowie śmieciowej.

Dokładnie tak to wygląda. Kiedy wracam w rodzinne strony na Podkarpacie, widzę rówieśników, którzy nie poszli na studia, zostali w regionie, zajęli się fachem lub pracowali za granicą i dziś mają dwustumetrowe domy oraz świetne auta. Tymczasem pokolenie, które wyjechało na prestiżowe studia do Krakowa czy Warszawy, gnieździ się w wynajmowanych mieszkaniach i dryfuje od śmieciówki do śmieciówki. To rodzi potężny zgrzyt poznawczy.

Poruszmy jednak inny fundament mitologii transformacyjnej: kult walecznego polskiego przedsiębiorcy. Zgodnie z tą opowieścią – dominującą chociażby na polskim LinkedInie – 20. gospodarkę świata zbudowali faceci, którzy w latach 90. handlowali kasetami wideo i skarpetkami z łóżek polowych, a potem wozili towar Polonezem. Kiedy "The Economist" dał Polskę na okładkę, środowiska biznesowe ogłosiły: "Oto nasz pomnik".

Jak kapitalnie ujęła to w mojej książce dr Zofia Smełka-Leszczyńska: Każda legenda potrzebuje swojego bohatera. My w Polsce tym bohaterem uczyniliśmy przedsiębiorcę, ponieważ prawdziwa historia sukcesu naszej transformacji jest o wiele mniej heroiczna, a znacznie bardziej prozaiczna.

Gdybyśmy chcieli uczciwie opisać polski sukces, musielibyśmy wskazać na: gigantyczną presję i wsparcie zagranicznych instytucji, doskonałe uwarunkowania geopolityczne, wejście w stabilne rynki zachodnie, ogromną mobilność społeczną, wysoki udział kobiet w rynku pracy oraz świetne, nieodpłatne wykształcenie ogólne społeczeństwa. Rola rodzimego wielkiego biznesu była w tym procesie marginalna. Tylko kto chciałby słuchać porywającej opowieści o czynnikach strukturalnych, prawda? [śmiech] To jest mało sexy, tego się nie da opowiedzieć na żadnym wiecu, gali ani w kampanii wyborczej. 

Spójrzmy prawdzie w oczy: na liście 500 największych spółek w Europie z Polski znajduje się zaledwie około dziewięciu podmiotów, z czegol wszystkie to spółki Skarbu Państwa. Gdyby zapytać publiczność, jaka prywatna polska firma o globalnym zasięgu realnie popchnęła naszą transformację do przodu, stworzyła najbardziej innowacyjne sektory czy dzięki wysokomarżowym miejscom pracy popchnęła rozwój całego kraju do przodu – zapadnie głęboka cisza.

Co jest polskim odpowiednikiem wielkich japońskich, koreańskich, niemieckich i amerykańskich tytanów przemysłowych, tak na serio? Jaka polska firma jest podrabiana i imitowana na całym świecie? Zderzmy czasami naszą retorykę i oczekiwania z rzeczywistością. Nie mówię tego z pogardą wielkomiejskiego inteligenta wobec biznesu. Chodzi o odarcie naszej historii z infantylnego mitu. Jesteśmy w G20 nie dlatego, że ktoś trzydzieści lat temu handlował pirackimi grami albo podróbami butów sportowych na bazarze. Ten mit służył jedynie zabezpieczaniu interesów politycznych środowisk biznesowych, wymuszaniu ulg podatkowych i zmuszaniu każdego kolejnego rządu do bicia pokłonów przed sektorem prywatnym - “naszą wolność zbudowali przedsiębiorcy”. Bzdura - polską transformacją kierowali nie przedsiębiorcy, a inteligenci, politycy i urzędnicy, a do tego lobbyści zarówno w kraju, jak i w globalnych instytucjach. I to ich trzeba chwalić albo winić, za sukcesy i porażki, jak kto woli. Prawda jest brutalna: motorami napędowymi tego procesu były zaś kapitał zagraniczny, geopolityka i pracownicy, czyli ocean taniej, a zarazem zdolnej, zdeterminowanej i wykwalifikowanej - przepraszam za to słowo - “siły roboczej”.

Skoro jesteśmy przy strukturze gospodarki: często bywam na konferencjach technologicznych i w kuluarach regularnie powraca to samo pytanie. Jak to możliwe, że będąc 20. gospodarką świata, jesteśmy tak mało innowacyjni? Nie stworzyliśmy żadnego globalnego tech-giganta, żadnego spektakularnego "unicorna" (start-up wyceniany na co najmniej miliard dolarów - przy. red). Swoje jednorożce mają Estonia, Finlandia czy Rumunia. My mamy genialnych programistów pracujących w OpenAI czy Eleven Labs, ale nad Wisłą nie powstało nic, z czego moglibyśmy być dumni na świecie jako z marki Made in Poland. No bo umówmy się – paczkomaty Rafała Brzoski, choć przedstawiane jako innowacja wszech czasów, chyba nie do końca wyczerpują nasze narodowe ambicje.

Zanim przejdę do krytyki, powiedzmy jasno: zrealizowaliśmy fundamentalne marzenie z 1989 roku. Chcieliśmy być bogatym społeczeństwem konsumpcyjnym, w którym zwykły człowiek nie musi zazdrościć Niemcowi czy Belgowi poziomu życia, samochodu i pełnych półek. Mamy dokładnie to, o co wnioskowaliśmy. Dzisiejszy paradoks idealnie opisuje angielskie powiedzenie: be careful what you wish for – uważaj, o co grasz, bo możesz to dostać. U progu III RP nikt nie zakładał budowy gospodarki opartej na innowacjach,autorskich rozwiązaniach, agresywnej polityce przemysłowej, lecz gospodarkę dobrobytu rynkowego i imitacji Zachodu. I to się udało.

Zgoda, ale czasy się zmieniły. Dziś mam wrażenie, że rozpaczliwie szukamy tego polskiego jednorożca, polskiego Revoluta czy OpenAI. Chcemy czegoś, co podbuduje nasz prestiż.

Trafiłeś w sedno. Czy potrzeba posiadania polskiego tech-giganta wynika z realnych potrzeb naszego modelu gospodarczego, czy wyłącznie z głodu prestiżu?Może okazać się, że odpowiedź brzmi: wyłącznie z prestiżu. Niewykluczoe, że nasz model ekonomiczny wcale takiego jednorożca nie potrzebuje, wbrew temu, co opowiadają eksperci na prestiżowych konferencjach.

I tu płynnie przechodzimy do tytułowej rewolucji ambicji. Chcemy czegoś wielkiego: elektrowni jądrowej, pociągów typu Shinkansen, Centralnego Portu Komunikacyjnego, własnego auta elektrycznego czy globalnej aplikacji. Dlaczego? Ponieważ potrzebujemy namacalnego, fizycznego dowodu sukcesu, który zastąpiłby nudne tabelki Eurostatu i pochwalne artykuły w "The Economist". Tabeli PKB nie pokażesz rodzinie z zagranicy, by zaimponować.

Ta sama emocja stoi za gigantycznymi kontrowersjami wokół nowego gmachu Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Ludzi w gruncie rzeczy mało obchodzi, czy architektura tego budynku ma sens i czy wystawiana tam sztuka jest dobra. Są wściekli, bo dostali minimalistyczny biały klocek, którym w ich poczuciu nie da się pochwalić przed światem.

Czujemy, że mamy Blika (którym za granicą też chyba nikomu nie zaimponujesz), mamy Wiedźmina i Tokarczuk – ale to wciąż za mało. Ile można jechać na micie Jana Pawła II?

Ta ambicja łączy się z lękiem: świat stał się niebezpieczny, nieprzewidywalny, a współczesna globalna architektura władzy i przepływów premiuje suwerenność. Stąd nagle powszechne żądanie: potrzebujemy polskiego atomu, polskich dronów, własnej konstelacji satelitarnej. W efekcie cała dzisiejsza klasa polityczna ściga się na obietnice, kto wybuduje nową Gdynię na miarę XXI wieku.

Jakub Dymek, autor książki "Rewolucja ambicji". Fot. Jan Rospond

Jeszcze pięć lat temu, gdy pisałem o suwerenności cyfrowej, mało kto rozumiał temat. Dziś opinia publiczna oburza się, że 95 proc. polskiej infrastruktury państwowej wisi na Microsoftach, Google’ach czy AWS. Chcemy polskiej chmury, polskiego narodowego modelu językowego (LLM). Czy to nie jest wyraz racjonalnego pragmatyzmu? Awarie globalnych systemów pokazują, że uzależnienie od USA bywa niebezpieczne. Choć pewnie pod spodem znów kryje się kwestia tożsamości – chcemy grać jak Francuzi.

Lata temu rozmawiałem z jednym z polskich ministrów odpowiedzialnych za innowacje. Powiedział mi wtedy wprost, oczywiście off the record: "Panie Jakubie, patrząc realnie na polską gospodarkę, największą innowacją byłaby dla nas nowa, o 5 procent wydajniejsza metoda mieszania betonu albo masowego obierania jabłek. To dałoby polskiemu PKB potężniejszy impuls niż jakikolwiek startup, który inkubujemy za publiczne pieniądze".

Te słowa idealnie obrazowały, na czym naprawdę stoi nasz dobrobyt: eksport mebli, przetwórstwo mięsa i nabiału, okna, opony i podzespoły do niemieckich samochodów. Pytanie brzmi: czy jakikolwiek rewolucyjny startup oparty na AI jest w stanie wyrwać tak skonstruowaną gospodarkę z pułapki średniego rozwoju? Moim zdaniem nie. Gdyby Wietnam albo Tajlandia nagle stworzyły świetny model AI, czy z automatu stałyby się globalnymi imperiami? No nie.

Po drugie, czy spektakularne skoki technologiczne są możliwe w kraju, który koncertowo pogrzebał badania podstawowe i głodzi finansowo naukę?

Chiński skok technologiczny nie wziął się z genialnej aplikacji stworzonej w garażu, ale z taśmowego produkowania milionów inżynierów na setkach państwowych uczelni, którzy potem wdrożyli tę wiedzę w realnych procesach przemysłowych, podlewanych oczywiście strumieniem dotacji i w realiach bezdusznej konkurencji chińskiego modelu eksportowego. Tego nie da się załatwić jednym konkursem grantowym ani efektownym hackathonem. Do tego potrzebna jest twarda polityka przemysłowa państwa, rozpisana na dekady i kosztująca setki miliardów złotych.

Ale my produkujemy wybitne talenty! Polscy programiści i naukowcy są rozchwytywani w Dolinie Krzemowej czy w laboratoriach w Paryżu. Problem w tym, że u nas elity i rodzimi miliarderzy wolą inwestować w bezpieczny beton – w nieruchomości i mikrokawalerki – zamiast ryzykować kapitał w innowacje. Startupy nad Wisłą finansują głównie zagraniczne korporacje, jak Google czy Procter & Gamble. Państwo dopuściło do gigantycznego drenażu mózgów.

I tu dochodzimy do największego paradoksu. Wszyscy w Polsce bez przerwy perorują o konieczności wdrożenia nowego modelu rozwojowego, ale w rzeczywistości nikt go nie chce. Może przesadzam z tym "nikt". Powiedzmy, że mało komu naprawdę zależy na "nowym modelu rozwojowym Polski". 

Jego zaistnienie wymagałoby bowiem natychmiastowego zdemolowania dotychczasowej struktury podatkowej, która pozwala bezkarnie i z gigantycznym zyskiem parkować kapitał w nieruchomościach, zamiast inwestować w badania i rozwój (B+R). Musielibyśmy zerwać z modelem konkurowania tanią pracą, który państwo polskie wciąż ordynarnie dotuje na życzenie całych branż za pomocą mechanizmu, który w książce nazywam "prywatyzacją migracji" (ściągania tanich rąk do pracy z zagranicy, byle nie podnosić pensji Polakom).

Jeżeli jesteś prezesem dużej, świetnie zarabiającej polskiej firmy, która doskonale żyje z obecnego Kodeksu pracy, korzysta z unijnego eksportu, a w razie kryzysu dostanie kroplówkę z tarcz osłonowych państwa, to z jakiej racji miałbyś żądać nowego modelu rozwoju? Modelu, który zamiast bezpiecznej renty zacząłby premiować wysokie ryzyko, gospodarkę wysokich marż i wysokich płac? Dobrze ustawionym grupom interesów w Polsce jest po prostu potwornie wygodnie w tym status quo. Podobnie jak globalnym korporacjom technologicznym czy platformom typu Uber – one również nie mają żadnego interesu w tym, by Polska wybiła się na cyfrową suwerenność, bo to uderzyłoby w ich lukratywne rynki.

Podsumowując: potężne grupy interesów blokują zmiany, ale dotychczasowy model oparty na taniej pracy i konsumpcji na kredyt na dłuższą metę jest nie do utrzymania w dynamicznym, niebezpiecznym świecie. Amerykanie czy Francuzi ładują dziś biliony w suwerenność technologiczną, bo wiedzą, że to kwestia przeżycia. Czy nie grozi nam scenariusz, w którym wygoda i dobrobyt, które tak ciężko wywalczyliśmy przez ostatnie 30 lat, zostaną nam po prostu brutalnie odebrane?

Nie obawiałbym się nagłego, spektakularnego krachu polskiego dobrobytu. Ryzykiem jest raczej wejście na jałowy bieg, na którym od lat kręcą się dojrzałe, stare gospodarki Europy Zachodniej. Dopada nas ten sam miks problemów: zmiany demograficzne, starzejące się społeczeństwo, drastycznie rosnące koszty utrzymania systemów socjalnych i ochrony zdrowia oraz potrzeba ściągania imigrantów przy jednoczesnej potężnej, społecznej niechęci do masowej migracji.

W takim układzie każdy kolejny rząd - widać to w UK, Niemczech, Francji - obiecuje wielki przełom, po czym natychmiast kapituluje, bo wyciągnięcie jakiegokolwiek klocka z tej kruchej układanki grozi zawaleniem całości. Wygodniej jest więc nic nie zmieniać i jedynie administrować ciepłą wodą w kranie.

Biznes sam z siebie nigdy nie wymyśli asertywnej polityki przemysłowej – to się nie wydarzyło w żadnym punkcie historii świata. Taki model zawsze narzuca silne państwo albo wymuszają go skrajne okoliczności zewnętrzne, najczęściej wojny – kinetyczne lub handlowe.

Nowy model rozwoju nie narodzi się z debat w think-tankach, publicystyki na YouTubie czy z tego, że mądrzy ludzie w telewizji zdiagnozują koniec dotychczasowych możliwości. Albo państwo polskie weźmie stery w ręce, zidentyfikuje strategiczne cele (własne satelity, atom, cyberbezpieczeństwo, zbrojeniówka) i wykreuje na nie popyt, zmuszając biznes do dostosowania się, albo zostaniemy zmieceni przez deficyt handlowy z Chinami i dezindustrializację wywołaną przez globalny "chiński szok 2.0". Protekcjonizm stanie się wtedy kwestią przetrwania, a nie wyboru.

Jakub Dymek, autor książki "Rewolucja ambicji". Daniel Remian dla Poszetka.com

Na koniec porozmawiajmy o wektorach rozwoju. Nie zostaliśmy – wbrew obietnicom Wałęsy czy Tuska – drugą Japonią ani drugą Irlandią. W książce rzucasz trzy inne kierunki: możemy być drugą Koreą Południową, Turcją albo... Rosją. Scenariusz rosyjski odłóżmy na bok, ale ta Korea mocno działa na wyobraźnię elit. Tyle że koreański sukces i potęga technologiczna zostały ufundowane na drakońskim wyzysku, bezwzględnej kulturze pracy i gigantycznych nierównościach społecznych. Czy cena za skok innowacyjny musi być tak wysoka? Mniej na socjal, więcej na twardą naukę i bezlitosny rynek?

W XX wieku nikomu nie udał się spektakularny skok rozwojowy bez państwowego zamordyzmu albo wygenerowania potężnych nierówności i plag społecznych. Polsce przez ostatnie trzy dekady udawało się, z lepszym bądź gorszym skutkiem, dryfować tak, by tych skrajności unikać. Ale ten czas bezkarności się kończy.

Obecna fascynacja części naszych elit modelem południowokoreańskim wynika z uświadomienia sobie, że za cenę gigantycznych wyrzeczeń można kupić sobie margines realnej suwerenności, bezpieczeństwa i autonomii technologicznej. Tylko że ta fantazja o "drugiej Korei nad Wisłą" natychmiast zderza się z faktem, że Polacy pokochali europejski model państwa dobrobytu i za nic nie chcą z niego zrezygnować.

Doskonale widzieliśmy to w kampanii prezydenckiej: każdy kandydat obiecywał wyborcom, że będziemy mieć największą armię w NATO, najbardziej innowacyjną gospodarkę w Europie i potęgę atomową, a jednocześnie zagwarantuje najniższe podatki, głęboką deregulację, jak najwięcej dni wolnych od pracy, niski wiek emerytalny i hojne nawet jak na UE świadczenia rodzinne, czy jak powiedzieliby niektórzy "socjal". Powiedzmy sobie wreszcie otwarcie: to jest niemożliwe.

Albo wybieramy drogę azjatyckich tygrysów – płacąc za to kompletną alienacją jednostek, plagą samotności, brutalną, niszczącą psychikę rywalizacją na rynku pracy i w edukacji oraz ostatecznym załamaniem demografii...

...czyli totalnym zwrotem egoistycznym.

Tak, opartym na dławieniu oszczędności obywateli na rzecz wielkich czeboli i projektów państwowych. Albo idziemy w stronę stabilnego, europejskiego modelu społecznego: z wysokimi emeryturami, niskim wiekiem emerytalnym, darmową ochroną zdrowia, edukacją i spokojniejszym życiem, ale godząc się na to, że nasze ambicje mocarstwowe i technologiczne zostaną mocno przycięte.

Jako publicysta nie mam ambicji dekretowania, którą ścieżkę powinniśmy wybrać. Moim zadaniem w tej książce było pokazanie, że właśnie dobiliśmy do ściany, przy której podjęcie tego trudnego i bolesnego wyboru stanie się absolutną koniecznością.

Tytułowa ilustracja: Gemini AI.