Przed wyborami wszystko jest możliwe. Teraz to nawet węgiel i OZE są jak najlepsi koledzy

Od wczoraj nikt już z Polski węgla nie chce się pozbywać. Okazuje się bowiem, że doskonale współgra on z odnawialnymi źródłami energii. Co tego, że cały świat idzie inną drogą? Przecież my wiemy lepiej.

Wychodzi na to, że od czasów Szczytu Klimatycznego ONZ w Katowicach o 180 stopni zmienił się pogląd naszych polityków na temat przyszłości węgla w Polsce. Udało nam się wtedy zadziwić cały świat. Bo szykowano się na poważną dyskusję o zmianach klimatycznych i sposobie ich zapobiegania, a uczestników witała orkiestra górnicza.

Na dokładkę prezydent RP Andrzej Duda – w opozycji do reszty prelegentów – stwierdził, że węgiel jest dla Polski surowcem strategicznym i takim jeszcze długo pozostanie. Bo mamy jego zapasy nawet na 200 lat.

Zaproszeni do stolicy Górnego Śląska goście z całego świata przecierali oczy ze zdumienia. Kompletnie takiej postawy nie rozumieli reprezentanci Unii Europejskiej, która parę tygodni przed oenzetowskim szczytem ogłosiła neutralność klimatyczną od 2050 r., zakładając, że do tego czasu w Unii Europejskiej nie będziemy już używać bloków węglowych.

Węgla nie można żegnać, jak na Wiejskiej opony płoną.

Eksperci z całego świata są zgodni: uda się jeszcze powstrzymać gwałtowne zmiany klimatyczne,jeśli szybko zrezygnujemy z węgla. Tymczasem Polska jest wśród pięciu krajów UE, która w zeszłym roku zwiększyła emisję CO2. W całej Unii globalna emisja zmalała o 2,5 proc. Stanęliśmy znowu okoniem, na złość Brukseli, na własną szkodę,

Polska w ogonie UE. Znów emitujemy więcej CO2.

Bo kto to powie polskim górnikom? Przecież można ignorować żądania osób z niepełnosprawnościami, brać na wyczekanie lekarzy rezydentów i manipulować nauczycielami. Ale zadzierać z górnikami? Którzy w sporej kupie mogą zjawić się na Wiejskiej i dymem z palących opon zasłonić cały warszawski firmament? Nie może przecież być!

Wybory europejskie nie-jedno serce już zmieniły.

Polityka to nie tylko żądania i obietnice. To także taktyka, właściwie rozpisana w politycznym kalendarzu. A ten nieubłaganie kieruje nas najpierw do wyborów europejskich, a potem do Sejmu.

W ramach kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego w przestrzeni medialnej pojawia się coraz więcej informacji o zmianach klimatu i zalewających nas tonach plastiku. Przekaz był tak jednoznaczny, że musiał też w głowach polskich polityków zapalić czerwoną lampkę. No bo jak w tej konwencji dalej tak uparcie bronić węgla? Ale też przecież nie można zdenerwować górników. I tak źle i tak niedobrze.

Jest pomysł! Trzeba zmienić taktykę. Mówić jak najwięcej o dobrym OZE. I ani słowa o złym węglu. Bo od teraz to wcale nie dwa przeciwstawne światy. Tylko synergia, współpraca i wzajemne uzupełnianie się.

Taktyka na Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek

Przypadkowo niespełna dwa tygodnie przed europejskimi wyborami organizowany jest Europejski Kongres Gospodarczy, gdzie tematów o klimacie, węglu i OZE jest mnóstwo. No to gdzie i kiedy, jak nie właśnie podczas EKG najlepiej przedstawić nową taktykę, skrojoną pod wyborczy sukces?

I rzeczywiście zorganizowano prezentację raportu pt. “Współpraca konwencjonalnych źródeł węglowych i wielkoskalowego OZE”. Przygotowało go Polskie Stowarzyszenie Energia Wiatrowej i Dolnośląskiego Instytutu Studiów Energetycznych, a podczas jego przedstawiono go w obecności Grzegorza Tobiszowskiego, wiceministra energii.

Nie ma cienia wątpliwości, że odnawialne źródła energii w Polsce trzeba odpowiednio przedstawić, a cały proces związany przyspieszyć. Ale największym wyzwaniem było i ciągle jest połączyć coś z pozoru nie do połączenia. I ten raport pokazuje czarno na białym, że jest to jak najbardziej możliwe. Dlatego jedyną słuszną drogą jest jak najbardziej rozwój OZE, ale wraz z zabezpieczeniem źródeł konwencjonalnych – przekonywał zebranych Tobiszowski, jednocześnie podkreślając, że bloki węglowe w najbliższej przyszłości nadal będą gwarantem bezpieczeństwa krajowego systemu. Bo jak usłyszeliśmy na prezentacji, wiatr nie będzie wiał zawsze.

Ale, że coraz częściej palimy węgiel z Rosji, to cicho sza!

I jakoś dla bezpieczeństwa energetycznego Polski, którym rząd wyciera sobie twarz od lat, nie ma znaczenia, że coraz częściej palimy węglem rosyjskim, a polski leży na przykopalnianych zwałach. O tym wiceminister Tobiszowski nawet się nie zająknął. Tymczasem zjawisko jest coraz bardziej niepokojące.

W ubiegłym roku wydobyliśmy o 2 mln ton węgla mniej niż wcześniej. Eksport jest na najniższym poziomie od 15 lat. Ale za to import ma się jak najlepiej. Tylko w 2018 r. sprowadziliśmy z zagranicy 19,67 ton czarnego złota. Niepokojące jest zwłaszcza to, że aż 78 proc. całego importu pochodzi z Rosji, od której odkąd pamiętam uzależniamy się energetycznie.

Teraz na dokładkę okazuje się, że rosyjski oligarcha Michaił Gucerijew przejął pakiet kontrolny (67 proc.) Kuzbaskiej Kompanii Paliwowej  – jednego z największych importerów rosyjskiego węgla do Polski. Iwan Gepting, prezes KTK Polska, w rozmowie z „Pulsem Biznesu”, przyznaje, że w sumie wydobycie całej grupy ma wzrosnąć nawet do 40 mln ton. Już teraz z chęcią przyjmę zakłady, gdzie te dodatkowe tony czarnego złota trafią.

Od lat wyglądam polskiej Margaret Thatcher.

OZE jest fajne i trzeba je rozwijać. Ale węgiel też jest jak najbardziej w porządku, gwarantuje bezpieczeństwo energetyczne. Typowe rozmywanie tematu, żeby w okresie wyborczym przypadkowo nikomu się nie narazić. A taki komunikat ma zadowolić zwolenników ograniczenia do minimum emisji CO2 i też tych, dla których wykopany spod ziemi węgiel to jedyne właściwe źródło energii.

I nie ma żadnych szans, żeby cokolwiek się w tej materii zmieniło. Zmiany w górnictwie trzeba rozpisać nawet na kilkanaście lat, co najmniej na kilka kadencji politycznych, kiedy w Polsce w pierwszej kolejności następcy skreślają dorobek poprzedników. To może uda się wypracować wśród Polaków jedno zdania na temat węgla i jego przyszłości? Tak, z pewnością. Przecież jesteśmy znani jako kraj wyjątkowo zgodnych i niezawistnych ludzi. Wzajemnie szanujących się, nie bacząc na różnice między nami.

Niestety, ale droga jest tylko jedna. Trzeba mieć cojones i powiedzieć górnikom prosto w oczy, że już więcej czasu na ucieczkę przed głębokimi reformami po prostu nie ma. Potrzeba jest też odrzucenia wyborczego fałszu, który każe manipulować informacjami. Nawet jak jest się o co bić: przecież pensja europosła to już nie ma to tamto.

Za takim odważnym politykiem, coś na miarę Margaret Thatcher z połowy lat 80. ubiegłego stulecia, rozglądam się w Polsce od dawna. Chyba od czasu, kiedy od kolegi przyjmującego się do pracy na kopalni usłyszałem, że jest rozchwytywany przez kilkanaście związków zawodowych. Jedni obietnicami przebijają drugich byle to do nich a nie związkowców obok trafiła składka członkowska. 

Do ręki wziąłem nawet super lornetkę, ale nic z tego. Na horyzoncie żywej duszy. Dookoła tylko strach przed niezadowoleniem. Tylko, że z konsekwencjami tej bierności przyjdzie nam wszystkim żyć. Za chwilę. Po tych wyborach europejskich i następnych. I jeszcze następnych też. Ale co tam, po nas przecież choćby potop. A może popiół?