Uber na krawędzi. Kluczowi pracownicy lądują na bruku, a Kalifornia wbija firmie nóż w plecy

Uber sypie się na naszych oczach. Od czasów debiutu giełdowego wyrzucił na bruk przeszło tysiąc pracowników. Oczywiście wśród nich niemałą część stanowi dział marketingu, który amerykańskiemu startupowi jest dzisiaj nieszczególnie potrzebny. Ale wśród lądujących na ulicy znajdują się też ludzie, którzy pracowali nad koncepcją autonomicznego samochodu, a to każe się nad kondycją Ubera mocno zastanowić. Tym bardziej, że od przyszłego roku w Kalifornii w życie wchodzi skrajnie niekorzystne dla niego prawo.

Uber szykuje się już do ogłoszenia wyników za III kwartał. W II kwartale zanotował rekordowe 5 mld dol. straty. Drugi raz do takiej katastrofy nie może dopuścić. Inwestorzy zjedliby go żywcem, tym bardziej, że od momentu IPO kurs spółki i tak zleciał już o ponad 10 dolarów.

Kolejna runda zwolnień

Uber robi co może. Najnowsza fala zwolnień obejmuje 350 pracowników. Według firmy FactSet to mniej więcej 1,5 proc. spośród wszystkich zatrudnionych w spółce. Informacje na temat stanu zatrudnienia Uber po raz ostatni podał pod koniec czerwca 2019 r. (26799 osób). Od tego czasu redukcje mają jednak miejsce w zasadzie miesiąc w miesiąc.

Z początku chodziło głównie o dział marketingu. We wrześniu i w październiku poleciały również głowy osób odpowiedzialnych za działy inżynieryjne. A to dość ciekawy fakt. Uber wraz z Volvo pracuje przecież w pocie czoła nad dopracowaniem autonomicznego samochodu. Lada chwila zacznie testy taksówek na ulicach Dallas. Przedstawiciele platformy wielokrotnie powtarzali, że w przyszłości kierowcy staną się zbędni.

Nic zresztą dziwnego, że tak mówili. W ubiegłym roku Uber wypłacił kierowcom 81 proc. z 37 mld dol., jakie zarobił na przewozach. Dodajmy do tego wysokie wydatki na akcje promocyjne oraz reklamę i okazuje się, że core business spółki po prostu nie może być rentowny. W skrócie: wszystko udałoby się „gdyby nie ci wścibscy kierowcy”. Uber główkuje więc, jak się ich pozbyć. To jego jedyna szansa na to, by pewnego dnia po ogłoszeniu wyników kwartalnych, na twarzach udziałowców zamiast przerażenia odmalował się błogi uśmiech.

Biorąc pod uwagę, trudna sytuacją finansową Ubera tłumaczenie, że koncepcja samojeżdżącego auta jest już tak zaawansowana, że nie musi się na niej koncentrować aż tak duża liczba pracowników, raczej nie wchodzi w grę. Wygląda raczej na to, że startup jest pod ścianą i szuka oszczędności tu i teraz. Nie zastanawia się przy tym, jak wpłynie to na rozwój technologii, która jest jego jedyną szansą, by w przyszłości zarabiać na przewożeniu ludzi.

Nowe prawo nie spodoba się Uberowi

Zanim Uber pozbędzie się kierowców na dobre, być może będzie musiał ich zatrudnić. Spółka unika tego jak ognia od początku swojej działalności, podkreślając, że nie wykonuje usług przewozowych, a tylko łączy kierowców i ich pasażerów za pomocą swojej aplikacji. Z tego wynika, że osoba, która nas wozi jest jednoosobową firmą taksówkarską, a Uber nie ma z tym nic wspólnego.

Takie podejście ukróciła niedawno Kalifornia. 1. stycznia 2020 r. w życie wejdzie prawo, które zagwarantuje kierowcom Ubera prawo do minimalnego wynagrodzenia, urlopu, emerytury czy opieki zdrowotnej. Startup bronił się przed tym rękami i nogami. Serwis The Next web pisał, że Amerykanie wydali 90 mln dol. na lobbing i byli gotowi zapłacić 100 dol. każdemu kierowcy, który dołączy się do protestu przeciwko ustawie.

Żeby zrozumieć, co właściwie się stało, trzeba wiedzieć, gdzie Uber robi dzisiaj największe obroty (bo przecież nie zyski). Wśród pięciu miast, które generują dla niego 25 proc. przychodów, dwa leżą właśnie w Kalifornii. To Los Angeles i San Francisco. Decyzja władz stanowych mocno uderzy więc Ubera po kieszeni.

Na domiar złego konkurencja Ubera nie śpi. Lyft zapowiedział, że w ciągu kilku tygodni pokaże nową wersję aplikacji, która będzie integrować różne środki transportu. Stanie się czymś w rodzaju skrzyżowania apki do przewozów z jakdojade.pl.

To może oznaczać, że część amerykańskich pasażerów zacznie skłaniać się właśnie ku wyborze Lyfta. Jak zareaguje Uber? Ano pewnie rzuci kolejną transzę obniżek i superpromocji, by powstrzymać odpływ klientów. Czyli przepali kolejne dziesiątki albo setki miliony złotych.

Nadszedł czas decyzji?

CEO firmy Dara Khosrowshahi musi mieć potężny ból głowy, kiedy zastanawia się, jak z tego wybrnąć. Po wejściu na giełdę żarty się skończyły. Inwestorzy chcą efektów, a zabawianie ich historiami o firmie-która-cały-czas-dynamicznie-rośnie i kolejnymi wodotryskami w rodzaju UberHelikopter nie będzie działać w nieskończoność.

Z drugiej strony, czemu by nie spróbować?

Całą tę sytuację można przecież zinterpretować w zupełnie inny sposób:

Udowodniliśmy, że jesteśmy nie tylko jedną z najbardziej ambitnych i innowacyjnych firm na świecie, ale także jedną z najbardziej prężnych. Zawsze przeżywaliśmy trudne czasy i wychodziliśmy z nich jako lepsza i silniejsza firma – to sprawdzi się jutro i każdego kolejnego dnia – napisał CEO Ubera w liście do pracowników.