Koniec taryfy ulgowej. Zanim zerkniesz na nowe rachunki za prąd, łyknij coś na uspokojenie

Pamiętacie jeszcze, że rządowa tarcza mająca nas chronić przed wzrostem ceny prądu przestaje działać z końcem roku? Za parę miesięcy nasze rachunki za energię mogą podskoczyć nawet o 40 proc. A wiadomo, że jak drożeje prąd, to w górę pójdzie wszystko.

Dla tych, którzy przespali ostatnie miesiące. Rok temu UE ogłosiła neutralność klimatyczną. Brukselscy urzędnicy założyli, że do 2050 r. 80 proc. energii elektrycznej będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych. Do 2030 r. Unia chce zmniejszyć emisyjność o 45 proc. Ale już wcześniejsze Porozumienia Paryskie pokazały, że jak poszczególnym państwom da się względem zmian klimatycznych zbyt dużo swobody, to więcej z tego będzie czczego gadania niż faktycznej roboty. 

Dlatego od początku, zwłaszcza dla gospodarek uzależnionych w sporym stopniu od węgla (dla Polski jest to ok. 77 proc.), zachętą do realnych i odczuwalnych zmian we własnym miksie energetycznym miał być handel emisją CO2, ustanowiony już 10 lat temu w ramach unijnego Pakietu Klimatycznego. Wszystko w teorii wyglądało na cacy, gdy za tonę emisji dwutlenku węgla trzeba było zapłacić 5-6 euro. Ale kiedy cena podskoczyła w krótkim czasie nawet pięciokrotnie, żarty się skończyły. I chociaż w późniejszym czasie cena emisji nieco spadła, to dzisiaj nie ma co wypatrywać powrotu do stawek poniżej 10 euro. Lepiej do tak wyrażanej neutralności klimatycznej UE po prostu się dostosować. 

Ceny prądu w górę – nie ma ucieczki

W tym roku klimatycznego skrętu UE jeszcze na własnej skórze nie poczuliśmy. Ale to kwestia czasu. Ochrona w postaci ustawy zagrażającej na czas ceny prądu za chwilę przestanie działać. Jak informuje RMF FM, państwowe spółki energetyczne przestały milczeć i otwarcie zaczęły mówić o podwyżkach od kilkunastu do nawet 40 proc.

Bizblog.pl poleca:

PGE, Energa, Tauron i Enea złożyły już wnioski do Urzędu Regulacji Energetyki. 

Do tego chóru dołącza również NBP, który przewiduje, że w przyszłym roku ceny prądu realnie pójdą w górę o ok. 8 proc. Na razie wiadomo, że z szefami spółek, które zapowiadają podwyżki ma spotkać się Jacek Sasin, minister nadzoru właścicielskiego.

Będziemy szukać takich możliwości, żeby firmy energetyczne były w stanie utrzymać dotychczasowe taryfy dla odbiorców

– zapowiedział.

A może rząd coś uszczknie z tłustych zysków spółek?

Efektem tej specjalnej narady, do której ma dojść w najbliższym czasie, nie będzie konkretna – jak rok temu – legislacyjna inicjatywa. Już w poprzednim przypadku na przepisy zamrażające ceny prądu mocno kręciła nosem Komisja Europejska i można z góry zakładać, że na powtórkę z chroniącej portfele Polaków ustawy nie ma co liczyć.

Ale nie wszystko stracone. Różnice między tym, ile państwowe spółki będą płacić same za energię, a ile otrzymają za to od odbiorców, można zasypać też w inny sposób. Wystarczy, jakby Jacek Sasin, najlepiej pod rękę z premierem Morawieckim, zerknęli na wyniki finansowe energetycznych tuzów nad Wisłą. 

I tak: PGE osiągnęła po trzech kwartałach 2019 r. wynik EBITDA na poziomie 6,1 mld zł, o 18 proc. większy niż rok wcześniej. W tym samym okresie PGE wypracowała zysk netto w wysokości 2,2 mld zł, czyli o 29 proc. wyższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. 

Teraz Tauron. W III kwartale 2019 r. przychody wyniosły 4,86 mld zł wobec 4,48 mld zł rok temu. W pierwszych trzech kwartałach 2019 r. koncern wypracował przychody ze sprzedaży na poziomie 15,26 mld zł wobec 13,3 mld zł rok wcześniej, co stanowi wzrost o 15 proc. rok do roku. EBITDA wyniosła 3 mld zł i była niższa o 1 proc. niż przed rokiem, zysk operacyjny wzrósł o 1 proc. do 1,32 mld zł z 1,3 mld zł w trzecim kwartale 2018 r.. W trzech kwartałach 2019 r. Tauron osiągnął zysk netto w wysokości 854,5 mln zł wobec 854,9 mln zł przed rokiem.

Jak po trzech kwartałach 2019 r. ma się sytuacja finansowa Energi? Też nie ma zbyt wiele powodów do narzekań. W trzecim kwartale br. przychody wrosły o 15 proc. do poziomu 2,9 mld zł. Po 9 miesiącach 2019 r. EBITDA Energi to 1,74 mld zł (o 10 proc. lepiej patrząc rok do roku), a przychody 9,06 mld zł, czyli o 19 proc. lepszy wynik niż zeszłoroczny.

ETS to nie ostatni gwóźdź. UE ma w ręku jeszcze parę

Czas pokaże, czy wystarczy politycznej odwagi, by państwowi potentaci energetyczni przeznaczyli część swoich zysków jako plaster na liczne rany, które powstaną zaraz po tym, jak ceny prądu ostro wyskoczą w górę. Pewniejsze jest raczej to, że UE jeszcze bardziej przykręci antywęglową śrubę i znajdziemy się naprawdę pod ścianą. 

Do handlu emisji CO2 bardzo szybko może dołączyć inny instrument, który też ma nakłaniać poszczególne państwa do wyganiania ze swojego miksu energetycznego czarnego złota. Chodzi o podatek węglowy. Zdaniem Banku Światowego jedynie 5,5 proc. światowych emisji gazów cieplarnianych jest objętych taką daniną, a kolejne 9,8 proc. mechanizmami handlu uprawnieniami do emisji. 

Podatek węglowy na początku miałby wynieś ok. 40 dolarów za tonę węgla. Ale zgodnie z przedstawionym harmonogramem w 2030 r. trzeba byłoby zapłacić z tego tytułu już 75 dol. W takiej sytuacji w ciągu najbliższych 10 lat rachunki za prąd skoczyłyby nawet o 43 proc. dla gospodarstw domowych. Wpłynęłoby to też na podwyżki cen paliw, benzyna zdrożałaby o ok. 14 proc.