Felietony

Pytanie na niedzielę: z jaką usterką można jeździć?

Felietony 16.12.2018 122 interakcje
Grzegorz Karczmarz
Grzegorz Karczmarz 16.12.2018

Pytanie na niedzielę: z jaką usterką można jeździć?

Grzegorz Karczmarz
Grzegorz Karczmarz16.12.2018
122 interakcje Dołącz do dyskusji

Pytanie na niedzielę pada znowu, jak hamulce w Polonezie. Pora zastanowić się z jaką usterką można jeździć, a jaka od razu wymaga naprawy. Pytamy, gdzie przebiega cienka granica między racjonalnym podejściem do napraw, a byciem tzw. januszem.

Miałem kiedyś niezbyt młode auto. Było piękne, francuskie. Nic by się w nim nie psuło, gdyby nie to, że ktoś kiedyś przepiłował je na pół, długo namaczał w solance i z zamkniętymi oczami skleił z powrotem. Naprawiałem to auto właściwie cały czas, co bardzo szybko zabiło ekonomiczny sens jego posiadania. I jeszcze ten coroczny dreszczyk emocji, czy przejdzie przegląd. Z częścią wad nauczyłem się żyć, a niektórych typów usterek do dziś nie potrafię ignorować.

Przyznaję się, cały czas jeździłem z dziurawym zbiornikiem paliwa. Dziurka była malutka jak łepek od szpilki i by paliwo nie ciekło, wystarczyło samochód tankować zawsze do połowy. Próbowałem prowizorycznych rozwiązań, cyklicznie zalepiając dziurę masą z włókna szklanego. Czasami więc bak nie ciekł, bezpieczniej było jednak skromnie tankować. Niewidoczne z zewnątrz uszkodzenie nadwozia nie pozwalało porządnie opuścić baku, a jego ewentualną wymianę obarczało sporym prawdopodobieństwem powtórzenia usterki.

Dłużej tego nie udźwignę, trzeba to sprzedać.

Jeździłem tak przez cały okres użytkowania pojazdu, zanim sprzedałem go koledze dużo poniżej kosztów zakupu i napraw. Sam chciał kupić i też nie tankował do pełna. Ta mała dziurka nie stwarzała problemów na badaniu technicznym, wystarczyło przyjechać na rezerwie. Nerwowo było tylko, gdy świeżo po tankowaniu ktoś w pobliżu odpalał papierosa.

peugeot 205 white
Nie mam takich miłych wspomnień.

Wybaczcie, to błędy młodości i pustego portfela.

Oczywiście, miałem nim różne przygody w trasie, jak Michał, który musiał dojechać do domu z niesprawnym układem hamulcowym. Kilka osób krytykowało go w komentarzach za powodowanie zagrożenia na drodze. Zapewne wszyscy odżegnujący go od czci i wiary, mając do przejechania kilka kilometrów po pustym mieście, od razu dzwoniliby po lawetę. Odwiozłaby ich pod dom, potem rano zamówiliby drugą by dojechać do mechanika. Wydaliby połowę wartości pojazdu, zamiast przez chwilę bardziej skupić się na drodze.

To są jednostkowe wypadki, gdy trzeba jakoś dotoczyć się do domu. Można przejechać cały kraj z zerwaną linką sprzęgła. Gorzej, gdy ktoś uparcie jeździ zepsutym samochodem. Zdarza się tak, że naprawiać się nie opłaca, sprzedać nie bardzo jest jak, a w dodatku, samochód wciąż się toczy. Jednak jeżdżenia z niektórymi usterkami nie da się zaakceptować mimo, że za wartość naprawy można kupić inne auto.

Większość długotrwałych usterek powinny eliminować kolejne badanie techniczne.

Niestety, często tak się nie dzieje i po drogach poruszają się przeróżne efekty pseudoracjonalnego podejścia do naprawiania samochodów. Część usterek nie sprawi żadnych problemów na stacji kontroli pojazdów, ale wiąże się ze sporą utratą komfortu w użytkowaniu pojazdu. Łatwo przekroczyć niewidzialną granicę i traktować samochód gorzej niż parę kaloszy jeżdżąc dalej, nawet gdy do środka leje się woda. Poniżej kilka przykładów zdrowego i zbyt oszczędnego podejścia.

Jestem rozsądnym użytkownikiem i nie trwonię pieniędzy na zbędne usprawnienia.

Zepsuty mechanizm opuszczania szyby – żaden problem, jeśli tylko nie chodzi o szybę w drzwiach kierowcy. Tylko ta jedna ma poprawnie działać, cała reszta jest zbędna. A narzekanie na uchylne tylne szyby w Citroenie C4 Cactus jest zupełnie niepoważne.

Trzy różne kluczyki do jednego samochodu – rzecz zupełnie normalna. Włamania do samochodów potrafią generować niespodziewane koszty w postaci rozwierconych wkładek. Ich wymiana to zbędny wydatek. Najczęściej kierowca jeździ sam, a do bagażnika zagląda rzadko. Pobrzękujące w kieszeni klucze to drobna niedogodność.

Zablokowane drzwi – kiedyś, po próbie włamania, nie otwierały mi się drzwi od strony kierowcy. Trzeba było otwierać z drugiej strony i w ciasnym aucie przeciskać się na właściwy fotel lub głęboko sięgając, odblokować te właściwe. To już niedogodność, z którą teoretycznie nie się długo żyć, ale traktując ją w kategoriach sportu, można się przyzwyczaić.

Nawiew działający tylko na niektórych biegach – w porządku jest tylko wtedy, gdy działa pierwszy lub drugi bieg. Reszta może być niedostępna, na odparowanie szyb możemy chwilę poczekać. Inne konfiguracje zepsutych biegów nie pozwalają na normalną jazdę.

Ślizgające się sprzęgło lub stukające koło dwumasowe – to niezbyt przyjemne, ale do przeżycia. Krótkoterminowo można jeździć, ale już zbierając pieniądze na wymianę całego kompletu sprzęgła.

Stukające zawieszenie i luzy na kierownicy – niby można jeździć, ale ja nie dałbym rady. Przy jakichkolwiek odgłosach, z miejsca umawiam się do mechanika na wymianę wszystkiego co tylko wypatrzy. Im więcej, tym lepiej. Ma być cicho, a samochodowe radio nie służy do akustycznej naprawy szwankującego zawieszenia. Janusz podgłośni i jedzie dalej.

Miło mi, mam na imię Janusz. Nie dam się naciągnąć i nie wydam nawet złotówki na rzeczy, bez których da się obejść.

Awaria klimatyzacji – Dam radę bez klimy, i tak jest niezdrowa. Kompresor klimatyzacji to najczęściej rzecz droga, ten wydatek łatwo odpuścić, bo oznacza tylko utratę komfortu. Nic to, że właściciel, przed awarią, korzystał z niej zawsze tak, jakby musiał zmrozić kieliszki do szampana. Od jeżdżenia bez klimatyzacji jest już blisko do zaniechania naprawy pompy wspomagania. Kierownica chodzi nieco ciężej, ale przecież się kręci, więc o co chodzi.

Wycieki płynów – Kapie, bo to stare auto, z nowego to może i nie kapie. Niezależnie co cieknie, ma przestać. Dozwolona jest tylko nieszczelność zbiorniczka płynu do spryskiwaczy. Plamy pod samochodem nikomu nie przystoją.

Święcąca się kontrolka check engine – Napchali do tych samochodów tyle elektroniki, że teraz w kółko coś się świeci. Niektórzy łatwo się przyzwyczajają do jej widoku. Samochód jedzie do przodu, tyłu i na boki, nie ma sensu iść do mechanika i się stresować. To silnik, to może wyjść drogo. Lepiej jeździć dalej i udawać, że nic się nie dzieje. Tak myśleć nie wolno.

Przypadki skrajne.

Witam.Mam pytanie odnosnie przewodu hamulcowego w renault laguna 2.0, rok 1994.Problem jest taki ze mam wyciek plynu chładzającego z cylinderka z tyłu bebna.Dlatego nie mam chamulców.Auto za miesiac idzie na szrot, ale do tego czasu musze nim jeszcze troche pojezdzic,z drugiej strony nie chce w niego juz nic inwestowac.Prosze podpowiedzcie mi co mozna byloby zrobic, aby odłaczyc tylni hamulec. DZIEKI

Ludzie naprawdę pytają o takie rzeczy na internetowych forach.

Odłączanie tylnych hamulców – Ile za ten zacisk? Kogoś tu zdrowo porąbało. Te z przodu hamują dostatecznie dobrze, więc po co przepłacać i inwestować w te z tyłu? Pedał hamulca i tak jest z przodu. O takich przypadkach jak zaślepianie przewodów hamulcowych, chyba nie trzeba pisać. Tu powinniśmy być zgodni.

Jakie usterki można tolerować na co dzień, a jakie trzeba naprawić od razu? Wasza kolej.

 

Zdjęcie główne: Photo by plong on Visualhunt.com / CC BY

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie