Porady

Odpaliłem samochód z powerbanka. Przeżyłem, żeby opowiedzieć wam moją historię

Porady 09.12.2023 67 interakcji

Odpaliłem samochód z powerbanka. Przeżyłem, żeby opowiedzieć wam moją historię

Piotr Barycki
Piotr Barycki09.12.2023
67 interakcji Dołącz do dyskusji

Jak odpalić samochód z powerbanka? Czy jest się czego bać? Czy można powiedzieć żonie, że tu ma powerbanka i jak nie będzie odpalało, to niech sobie poradzi, nie zostawiając jej żadnej instrukcji? Poznałem odpowiedzi na te wszystkie pytania.

Jeśli ktoś nie lubi zbyt długich tekstów, to odpowiedzi brzmią kolejno: łatwo, nie, tak, ale na własne ryzyko.

A jak ktoś lubi dłuższe teksty – ale nieprzesadnie, bo nie ma co o tym pisać książki – to zapraszam dalej.

Czym postanowiłem odpalać samochód i jaki to był samochód?

Jeśli chodzi o powerbank, który posłużył mi do tego ratowania życia eksperymentu, to był to wypożyczony na testy sprzęt marki Baseus, a dokładniej – cytując z pudełka – Super Energy Car Jump Starter Pro. Kosztuje około 400 zł i choć mogłaby to sugerować przydługawa nazwa – występuje tylko w wersji Pro, amatorom wstęp wzbroniony.

Parametry techniczne? Oczywiście pojawia się magiczne miliard 12 000 mAh, ale producent ładnie podaje już na opakowaniu wszystkie niezbędne parametry – pojemność znamionowa 7900 mAh, 3,7 V, 44,4 Wh, napięcie rozruchowe 12 V, prąd rozruchowy 600 A (szczytowy – oczywiście TYSIĄC)Zgodnie z opisem z opakowania, taki pakiet ma pozwolić odpalić auto z martwym akumulatorem, nawet jeśli ten akumulator na co dzień musi obsłużyć 6-litrową jednostkę benzynową albo 3,5-litrowego diesla.

Niestety – ku mojej niegasnącej rozpaczy – żadnego takiego samochodu na swoim podjeździe akurat nie mam. Mam za to Alfę Romeo 159 z dwulitrowym dieslem i permanentnie zabijanym, a potem jeszcze dobijanym akumulatorem (80 Ah), która doskonale nadawała się na pacjenta testowego, bo wielokrotnie już nie odpaliła – właśnie z powodu akumulatora. Oczywiście można byłoby po prostu kupić nowy akumulator, ale to by było nudne. Ach – Alfy na zdjęciach już nie ma, bo trafiła tam, gdzie trafiają wszystkie Alfy. Na szczęście tylko na chwilę i nie chodzi wcale o złomowisko.

O samym powerbanku poza funkcjami rozruchowymi trudno jest napisać wiele.

Jest… szary. Do tego dość sporawy i raczej nie nadaje się do noszenia w kieszeni, tym bardziej, że ma masę niemal pół kilograma, więc u mnie pełnił rolę awaryjnej ładowarki samochodowej, wykorzystywanej – jeśli z autem nie było problemów natury elektrycznej – do ładowania… drona.

Niestety tutaj trochę smutna informacja – ten powerbank nie oferuje przesadnie szybkiego ładowania. Z „dużego” USB wyciągniemy najwyżej 12 W (5 V, 2,4 A), natomiast z USB-C – 15 W (5 V, 3 A). Samego powerbanka też nie naładujemy zbyt szybko, bo maksymalna moc ładowania to 15 W.

Trudno mi przy tym którąkolwiek z tych cech uznać za wielką wadę, tym bardziej, że jest to powerbank, którego przeznaczeniem jest raczej bycie wrzuconym do bagażnika albo innego schowka i jeżdżenie tam, aż będzie potrzebny. Na dobrą sprawę nie chciałbym wytracić zgromadzonej w nim energii na ładowanie innych sprzętów, żeby potem w górach zostać bez opcji odpalenia samochodu, gdyby ten miał jakiś kaprys. Trzeba się więc pogodzić, że to głównie jumpstarter, a nie powerbank i ładowanie z niego innych sprzętów można traktować raczej awaryjnie, a nie-szybkość tego ładowania dodatkowo do tego zachęca.

Dużo ważniejsze jest raczej to, że przy takim przewożeniu i nieużywaniu powerbank nie traci zauważalnych zapasów energii, więc można go wrzucić i na dłuższy czas o nim zapomnieć. Aczkolwiek o tym jeszcze za chwilę.

Ach, bym zapomniał – powerbank ma jeszcze ekranik, na którym wyświetla poziom naładowania, a także przycisk, który aktywuje ten ekranik oraz – po dłuższym przytrzymaniu – jeden z dwóch trybów świecenia. Tak, jest tutaj dioda, a nawet dwie, stylizowane zresztą na reflektory samochodu. Oceniam niestety, że to trochę przerost formy nad treścią, bo z racji takiego ukształtowania „okienek”, ten efekt świecenia jest dość dziwny – światło ma wyraźne, bardzo ostre odcięcie, a do tego jest dość „wąskie” i układa się w dziwną kombinację liter „V”. Z kompletnie nieznanych mi powodów uznano też, że najlepiej, żeby oświetlenie miało nie tylko dziwny kształt, ale też koszmarny kolor – miejscami fioletowy, miejscami żółty.

No ale dam plusa, bo to mimo wszystko całkiem znośne źródło światła w obliczu alternatywy w postaci ciemności. Oraz da się włączyć funkcję błyskania, jakby faktycznie coś poszło nie tak.

Dobra, to jak się odpala samochód z powerbanka?

W tym przypadku całkowicie banalnie. Na początek otwieramy zaślepkę obok gniazd USB i naszym oczom ukazuje się odpowiednie złącze. To złącze jest o tyle sprytne, że jest odporne na użytkownika i nie da się do niego włożyć odpowiedniego akcesorium odwrotnie – chyba że wykażemy się jednocześnie nadzwyczajną siłą i uporem.

Element, który musimy podłączyć do powerbanka, wygląda natomiast tak:

I nie, nie myli was wzrok, również i ten element stylizowany jest na samochód:

Na odwrocie mamy też pełną instrukcję obsługi w języku angielskim, której postanowiłem nie czytać:

Zamiast tego dopasowałem klocki wtyczki do powerbanka:

Położyłem taki pakiet na silniku, a „krokodylki” podpiąłem do odpowiednich punktów na akumulatorze – oczywiście bez zdejmowania tego, co już było do niego przymontowane (nie wiem dlaczego, ale ludzie o to pytają).

Sytuacje, w których odpalałem w ten sposób samochód, były dwie.

Sytuacja pierwsza – prawie się udało, ale czegoś się nauczyłem.

„Prawie się udało” dotyczy tutaj nie samego odpalania z powerbankiem, a tego, że samochodowi prawie udało się samodzielnie pokręcić rozrusznikiem tak, żeby całość zaskoczyła. Niestety pierwsza i druga próba zakończyła się niepowodzeniem, nieprzyjemnym i przerwanym przedwcześnie „zzzZZZzzz” w zwolnionym tempie oraz ogólnokabinowym przygasaniem wszystkiego, co podświetlone. Nie zmierzyłem niestety napięcia akumulatora w tym przypadku, ale można uznać, że to było zadanie z kategorii łatwych.

Pospinałem więc wszystkie elementy powerbanka, podpiąłem, co trzeba, poczekałem na sygnał sugerujący, że można się już odpalać (zielona dioda plus piknięcie, jest też zabezpieczenie przed odwrotnym podłączeniem), poprosiłem żonę, żeby odpaliła samochód i pyk – poszło od strzału.

Czego się nauczyłem na tym przykładzie? Głównie tego, żeby lepiej przemyśleć to, na czym układamy powerbanka w momencie rozruchu, szczególnie jeśli mamy diesla. I że może trochę bardziej cieszyłbym się z bardziej cegłowatej estetyki tego urządzenia, bo łatwiej byłoby je gdzieś „zaczepić” – w swojej obecnej, obłej formie aż się prosi, żeby latać po całej komorze silnika.

Natomiast cały proces był kompletnie bezstresowy i bezproblemowy. Na dobrą sprawę nie dało się go przeprowadzić źle. Auto odpaliło i pojechało jak trzeba.

Sytuacja druga – tu już byłem trochę bardziej pro, ale za to nastąpił mały zgrzyt.

Sprawdziłem, że napięcie akumulatora wynosi dość żenujące 10,7 V – szans na to, żeby auto odpaliło o własnych siłach, nie było żadnych. Podpiąłem powerbanka jak trzeba, ułożyłem go sprytniej w komorze silnika, po czym odpaliłem bez najmniejszych problemów.

Gdzie więc zgrzyt? W tym, że przy poprzednim rozruchu akumulator wskazywał 84 proc. poziomu naładowania (i takie było naładowanie przed odpaleniem) i po drugim starcie wskazywał… dokładnie tyle samo. Wiem, że te wskazania nie są zbyt precyzyjne, a i producent podaje, że można tak odpalić auto „nawet 50 razy”, ale jednak zwłaszcza tutaj, gdzie kręcenia było dużo więcej, wolałbym zobaczyć jakąś zmianę.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się w momencie, kiedy kilka dni później z samochodu miała skorzystać żona. Dostała torbę z powerbankiem i przewodami i powiedziałem, że to nic trudnego, ma sobie poradzić, potrzebne mi to do recenzji. Jak się nie uda – niech mnie obudzi.

Nie obudziła mnie i cała dumna z siebie dowiozła Alfę na umówiony serwis, co świadczy o tym, że naprawdę nie da się z tego urządzenia skorzystać źle, ale dużo dziwniejsze były najnowsze wskazania poziomu naładowania. Dla przypomnienia – przed pierwszym startem było 84 proc. po pierwszym starcie było 84 proc., po drugim – również 84 proc., natomiast po trzecim, które niespecjalnie różniło się od drugiego – już 62 proc. Sam poziom zużycia nie jest raczej przerażający, jeśli podzielić go na w sumie 3 starty i poziom naładowania początkowego, ale podejrzewam, że może się zdarzyć sytuacja, w której mógłbym się zdziwić różnicą między wskazaniem a faktycznym poziomem naładowania, gdyby został zachowany taki lag.

Czy warto?

W sumie jeśli nigdy nie mieliście sytuacji, w której samochód nie odpalił z poziomu rozładowanego akumulatora i nie spodziewacie się tego – raczej nie. Bardzo błyskotliwa porada z mojej strony, wiem.

W moim przypadku jednak – nawet zakładając, że wymienię akumulator – tych kilkaset złotych wydaje się całkiem rozsądnym wydatkiem. Zdarzają się całe miesiące, kiedy nie korzystam z prywatnego samochodu albo korzystam z niego ultra sporadycznie, a kiedy bardzo go potrzebuję – oczywiście nie odpala. Tak, można go podładować, ale to trwa długo. Tak, można po prostu odpiąć akumulator, ale przypominam sobie o tym przeważnie już zdecydowanie po fakcie. Więc u mnie niestety taki sprzęt zdecydowanie trafi do samochodowego niezbędnika – aczkolwiek ładowanie innych sprzętów pozostawię raczej innym powerbankom, po tego sięgając głównie wtedy, kiedy prądu będzie potrzebował samochód.

Na plus:

  • po prostu działa;
  • jest w stanie odpalić diesla z dużawym akumulatorem (80 Ah);
  • ma lampkę z trybem migania;
  • jest całkowicie użytkowniko-odporny, nie da się tutaj nic zrobić źle;
  • jak trzeba, to naładujemy też coś przez duże USB albo USB typu C;
  • napisałem już, że robi swoją robotę?
  • kazałem żonie odpalić auto bez żadnych instrukcji i dała sobie radę.

Na minus:

  • doceniłbym coś tańszego np. o 50-100 zł, ale mniej stylizowanego;
  • przez przestylizowanie obudowy LED-y świecą dziwnie i nie tak, jak by mogły;
  • tylko „szybkawe” ładowanie powerbanku (liczcie ze 4 godziny) i z powerbanku;
  • wskaźnik poziomu naładowania powerbanka chyba nie zawsze nadąża za faktycznym stanem naładowania.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać