REKLAMA

Przetestowałem nowość w mObywatelu i działa świetnie. Koniec z kolejowym absurdem

Dowód jest - pyta załoga konduktorska, choć przy tradycyjnym bilecie sprawdzanie tożsamości konieczne nie jest. Pod tym względem cyfrowy bilet dalej jest tym gorszym. Są sposoby, by to jednak zmienić. 

koleo
REKLAMA

Gdyby stworzyć ranking najbardziej niewygodnych rzeczy na świecie, konieczność pokazywania dowodu podczas kontroli biletów w pociągu raczej nie trafiłaby na podium. Mimo wszystko bycie gdzieś w środku stawki to i tak wysoka pozycja. Tym bardziej że mówimy tutaj o czynności dziwnej, archaicznej i zwyczajnie lekko niesprawiedliwej - potwierdzać muszą się jedynie ci, którzy kupili bilet w sieci. 

REKLAMA

Niby internetowi podróżni mają wygodniej, ale jak widać tylko do czasu. Może i nie trzeba było stać w kolejkach, lecz spokojnie, każdy musi swoje trudy odbębnić. I na nas przychodzi pora, kiedy to przy kontroli wyciągamy dokumenty lub przeklikujemy się przez aplikacje. Wtedy tradycyjny pasażer może się pod nosem uśmiechnąć. Swoje odstał, ale teraz pokazuje kwit i ma z głowy. Coś za coś, wszystko ma swoje plusy i minusy, nawet w wagonie musi być sprawiedliwie. Każdemu po równo utrudnień. 

"Ale dlaczego?" - już od lat zastanawiają się pasażerowie. Powód przewoźnicy mają konkretny i jest nim bezpieczeństwo. Tradycyjny bilet ma ponoć solidne zabezpieczenia i nie da się go łatwo podrobić. Tego samego o cyfrowym już powiedzieć się nie da. 

REKLAMA

Personalia są konieczne, by przeciwdziałać nadużyciom. Bilety w wersji elektronicznej nie zawierają zabezpieczeń uniemożliwiających ich skopiowanie. Wystawiane są jako pliki PDF, a więc mogą być kopiowane, przesyłane albo drukowane dowolną liczbę razy - tak kilka lat temu PKP Intercity wyjaśniało powody serwisowi interia.pl.

Nigdy to wytłumaczenie do końca mnie nie przekonywało

Papierowy bilet można z kolei zgubić albo stracić w wyniku kradzieży. Drukowaną wejściówką też można się w teorii dzielić i jeśli konduktor nie ma pamięci do twarzy - co raczej jest niemożliwe - na jednym bilecie mogłaby przejechać więcej niż jedna osoba, a do wymiany z rąk do rąk dochodziłoby na peronie. A skoro podrobić można mObywatela, to i ta forma ochrony nie jest skuteczna. Może więc lepiej darować sobie ten podział i uznać, że podróżni w zdecydowanej większości są uczciwi lub po prostu udoskonalać własne systemy, by nie dały się tak łatwo przechytrzyć? 

REKLAMA

Walka z przepisami trwa natomiast od lat. Niektórzy pasażerowie powoływali się na RODO, ale Urząd Ochrony Danych Osobowych stanął po stronie przewoźników, zgadzając się, że jakoś przed oszustami bronić się trzeba. 

I chociaż dziś większość biletów sprzedaje się już cyfrowo, a nie w kasach, to zostaliśmy z tym reliktem przeszłości. "Wielka mi rzecz, ludzie są naprawdę zbyt leniwi" - westchnie ktoś głośno, irytując się, że robi się z igły widły. Ale skoro kupowanie biletów przez internet ma nam ułatwiać życie, to po co utrudniać je sobie zbędnymi kontrolami? 

REKLAMA

Na szczęście pomoc przyszła. Koleo współpracuje z mObywatelem 

Pilotaż ruszył już jakiś czas temu. Nowa opcja testowana jest w pociągach Kolei Dolnośląskich i Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. Konto w Koleo można powiązać z mObywatelem, dzięki czemu odpada konieczność wyciągania dowodu czy przełączania się na rządową aplikację, aby pokazać kontrolerowi mDowód. 

Pilotaż trwa od kilku tygodni, ale dopiero teraz miałem okazję sprawdzić go w praktyce. Wcześniej albo jechałem pociągami innych przewoźników, albo to nie ja kupowałem bilety. Teraz mogłem przekonać się, jak to działa. 

REKLAMA

Kiedy pokazuje się aplikację do kontroli, nad kodem QR widoczna jest ramka ze zdjęciem oraz imieniem i nazwiskiem właściciela biletu. Do tego dochodzi informacja, że pasażer jest zweryfikowany przez mObywatela. Proste, konkretne, szybkie. Kontroler skanuje kod, widzi fotografię z mDowodu i wie wszystko. 

fot. Koleo

REKLAMA

To z jednej strony przede wszystkim ułatwienie dla samych kontrolujących. Nie muszą czekać, aż nieprzygotowany pasażer sięgnie po dowód czy odpali aplikację, lub wierzyć mu na słowo. Mniej więcej połowa moich kontroli tak właśnie wyglądała - niektórzy sprawdzający domagają się pokazania dowodu lub aplikacji, innym wystarcza odpowiedź na pytanie, że dokument jest. Wszyscy więc zdajemy sobie sprawę z tego, że przepis jest niedzisiejszy, więc trzeba jakoś sobie radzić. 

I dla mnie była to jednak wygoda - niby to tylko kilka kliknięć mniej, ale szybciej można wrócić do własnych spraw i myśli.

REKLAMA

To naprawdę logiczne posunięcie, bo właśnie od takich rzeczy jest mObywatel

Nowa funkcja jest wygodna i macie czego żałować, że wciąż nie jest dostępna w całym kraju. 

To może być jednak kwestia czasu. Widziałem, że nie tylko ja zdążyłem skorzystać z takiej opcji i staje się ona coraz popularniejsza. Koleo w ten sposób pozwala potwierdzić nie tylko tożsamość, ale zniżki - np. studencką. 

REKLAMA

O wdrożenie takiej opcji posłanka Paulina Matysiak pytała w interpelacji już sześć lat temu. Długo musieliśmy czekać na tę nowość. Na dodatek wciąż jest ona dopiero testowana i dotyczy tylko jednej aplikacji oraz wybranych przewoźników. 

PKP Intercity idzie w innym kierunku 

Nie obraziłbym się, gdyby mObywatela dało się powiązać z innymi kolejowymi aplikacjami, w tym programem PKP Intercity. Wydaje się, że przewoźnik ma odmienny sposób na poradzenie sobie z kontrolami. 

REKLAMA

W wybranych pociągach Pendolino już trwają testy samodzielnej odprawy, na wzór tej samolotowej. Konduktor nie będzie podchodził do pasażera widząc, że ten odznaczył się już w systemie sam. 

Cyfrowy bilet może stać się więc wygodniejszy, porzucając jedną ze swoich największych bolączek. Tymczasem jeszcze łatwiej będzie kupić też ten… papierowy. Na dworcach stawiane są uniwersalne biletomaty, w których dostępne mają być bilety wielu przewoźników. 

REKLAMA

Zdjęcie główne: bieszczady_wildlife / Shutterstock

Adam Bednarek
Redaktor

W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.

REKLAMA
REKLAMA