PlayStation porzuca płyty. A my porzucamy zdrowy rozsądek
Coraz śmielej oddajemy filmy, seriale i koncerty w ręce streamingu - choć treści z chmury można zmienić lub usunąć w sekundę. Kupujemy telewizory za 10 tys. zł tylko po to, by oglądać skompresowane „prawie 4K”.

Decyzja PlayStation o rezygnacji z wydawania gier na płytach zmienia wszystko. Coś, co jeszcze niedawno było oczywistością - fizyczne nośniki, pudełka, krążki, półki z kolekcją - zaczyna znikać. I choć mówimy o grach to tak naprawdę chodzi o znacznie więcej. Bo jeśli branża gamingowa właśnie przestawia zwrotnicę na tor „chmura albo nic” to filmom, serialom i koncertom grozi podobny los
Bo tak, to prawda: streaming jest wygodny, szybki, wszechobecny. Niestety też potencjalnie katastrofalny. Wideo w chmurze to nie tylko brak pudełka, ale brak kontroli. A kupowanie topowego telewizora i soundbara, by potem oglądać skompresowany strumień wideo, jest trochę jak kupowanie Ferrari, żeby jeździć wyłącznie po parkingu podziemnym.
Czytaj też:
Wideo w chmurze: cudowne, dopóki nie przestaje istnieć
Streaming jest jak fast food. Wygodny, tani, dostępny wszędzie. Ale każdy, kto choć raz porównał jakość obrazu z Netflixa do tego, co oferuje płyta UHD Blu-ray, wie, że to trochę jak porównywać burgera z sieciówki do porządnego steka. Niby oba są „jedzeniem”, ale różnica jest tak duża, że aż głupio udawać, że jej nie ma.
Weźmy liczby. Typowy film na UHD Blu-ray ma bitrate w okolicach 60-100 Mb/s, a w scenach szczególnie wymagających potrafi skoczyć jeszcze wyżej. Netflix w 4K? Około 15 Mb/s. Disney+? 12-18 Mb/s. Amazon Prime Video? Bywa różnie, ale zwykle w podobnych widełkach. To oznacza, że streaming dostarcza obraz czterokrotnie, pięciokrotnie, a czasem nawet dziesięciokrotnie bardziej skompresowany. I to widać. W ciemnych scenach, w szybkich ujęciach, w detalach, które na płycie są ostre jak brzytwa, a w streamingu wyglądają jakby ktoś je przejechał mopem.

Dźwięk? Jeszcze gorzej. Na płytach mamy Dolby TrueHD czy DTS:X z bitrate’ami sięgającymi 4-8 Mb/s. W streamingu dostajemy Dolby Digital Plus, zwykle w okolicach 0,7 Mb/s. To nie jest „prawie to samo”. To jest zupełnie inny poziom jakości. Jeśli ktoś kupuje soundbar za 4000 zł albo zestaw kina domowego za 10 tys. zł, a potem ogląda filmy wyłącznie na streamingu, to trochę tak, jakby kupił maszynę do espresso za 5000 zł i parzył w niej kawę z kapsułek z dyskontu.
Streaming to nie „posiadanie”. To wypożyczenie z opcją cofnięcia w dowolnym momencie
Największy problem nie jest jednak techniczny. Jest filozoficzny. Streaming zmienia sposób, w jaki konsumujemy kulturę. Kiedy kupujesz płytę, masz ją na półce. Możesz ją obejrzeć za 20 lat. Możesz ją pożyczyć znajomemu. Możesz ją sprzedać. Możesz ją zachować jako pamiątkę. Możesz ją mieć.
Streaming? To nie jest „posiadanie”. To jest „dostęp”. A dostęp można wyłączyć. Można zmienić. Można edytować. Można usunąć.
Już dziś widzimy, jak platformy VOD potrafią wycinać sceny, zmieniać dialogi, poprawiać efekty specjalne, usuwać całe filmy i seriale, bo „nie opłaca się trzymać”. HBO Max (wtedy jeszcze pod starą nazwą) usunęło dziesiątki produkcji, w tym własnych, żeby zaoszczędzić na podatkach. Disney+ potrafi zmieniać montaż klasycznych animacji. Netflix usuwa filmy, które jeszcze wczoraj były „na zawsze”.
A teraz wyobraźmy sobie koncerty. Wersje live, które dziś są dostępne na Blu-ray, jutro mogą być dostępne tylko w streamingu. I mogą zniknąć. Mogą zostać „zremasterowane” w sposób, który niekoniecznie będzie zgodny z intencją artysty. Mogą zostać ocenzurowane. Mogą zostać zastąpione inną wersją. Mogą zostać wycofane z powodu licencji.
To nie jest czarnowidztwo. To jest rzeczywistość, którą już widzimy w grach, filmach i serialach. PlayStation rezygnuje z płyt. Xbox już dawno przestał traktować fizyczne wydania poważnie. Wideo w chmurze jest wygodne, ale jest też ulotne. A ulotność kultury to coś, co powinno nas niepokoić.
Po co nam telewizory za 10 tysięcy, skoro oglądamy jak na YouTubie?
Rynek elektroniki użytkowej żyje w schizofrenii. Z jednej strony producenci telewizorów prześcigają się w marketingu: 4000 nitów jasności, 97-calowe OLED-y, procesory obrazu z AI, dźwięk przestrzenny z wirtualizacją, obsługa Dolby Vision, HDR10+, IMAX Enhanced, Filmmaker Mode. Z drugiej strony większość użytkowników konsumuje treści, które nie wykorzystują nawet połowy możliwości tych urządzeń.

To trochę jak kupić najnowszego Samsunga S95H, ustawić go w salonie, odpalić Netflixa i oglądać film, który ma tak skompresowany obraz, że w dynamicznych scenach telewizor musi zgadywać, co właściwie powinno być wyświetlone. Albo kupić soundbar za 5000 zł i słuchać ścieżki dźwiękowej, która została skompresowana do poziomu, który czasem przywołuje wspomnienia za VHS-ami.
Płyta UHD Blu-ray to jedyny format, który pozwala wykorzystać pełnię możliwości współczesnych telewizorów. Streaming jest wygodny, ale jest jak jazda sportowym autem w korku. Możesz mieć 600 koni mechanicznych, ale i tak jedziesz 12 km/godz.
Czy jest dla nas jeszcze ratunek?
Nie chodzi o to, żeby demonizować streaming. To fantastyczna technologia, która zmieniła świat. Ale jeśli branża idzie w kierunku pełnej rezygnacji z fizycznych nośników - tak jak właśnie zrobiło PlayStation - to warto zadać sobie pytanie, czy nie powinniśmy zacząć walczyć o równowagę.
Może fizyczne wydania powinny wrócić do łask. Może płyty powinny być traktowane jak edycje kolekcjonerskie, które zapewniają najwyższą jakość i trwałość. Może powinniśmy zacząć mówić głośno, że streaming nie jest „wystarczająco dobry”, jeśli ma być jedyną formą dostępu do kultury.
Bo jeśli pozwolimy, żeby wszystko było w chmurze, to musimy zaakceptować, że wszystko może z niej zniknąć. A kultura, która znika, przestaje być kulturą. Staje się usługą. A usługi są tymczasowe.
Może więc warto czasem wrócić do półki z płytami. Do fizycznych wydań koncertów. Do filmów, które można mieć naprawdę, a nie tylko „w ramach abonamentu”. Bo jeśli PlayStation właśnie zamknęło drzwi do fizycznych wydań gier, to może powinniśmy zadbać, żeby ktoś nie zamknął nam drzwi do fizycznych wydań wszystkiego innego.
Redaktor Spider's Web - ekspert w tematykach Microsoftu i RTV. Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.