Pixel 11 zachwycił mnie w trzech kwestiach. Byłam o krok od porzucenia Samsunga
Niemal dwa tygodnie spędzone z Pixelem 11 sprawiły, że prawie porzuciłam swojego Galaxy S25. Jednak entuzjazm pogrążyła zachowawczość Google'a.
W tym roku dość nieoczekiwanie przypadł mi zaszczyt spędzenia prawie dwóch tygodni z najnowszym smartfonem Google’a. Było to słodko-gorzkie doświadczenie, bo z jednej strony mogłam wreszcie odłożyć z mojego prywatnego Galaxy S25 i odetchnąć piersią konkurencji. Z drugiej Google jest obecnie w erze siedzenia na laurach, a podstawowy Pixel 11 - zgodnie z oczekiwaniami niemalże wszystkich zainteresowanych - dowozi marginalne zmiany względem poprzednika. Google, który w tym roku zastosował taktykę wyjątkowo zachowawczą, postawił przede wszystkim na dopieszczenie tego, co już wcześniej działało, zamiast na rzeczywiste odświeżenie swojego podstawowego Pixela.
Efektem tego jest Pixel 11, który w trzech aspektach sprawił, że zaczęłam wątpić w uczucie jakim darzę Samsunga. Ale po kolei
Pixela 11 aż chce się trzymać w dłoni
Wygląd smartfonów Pixel zawsze wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony uwielbiam mocno zaokrąglone rogi, które Google stosuje począwszy od Pixela 9, jestem prawdopodobnie największą fanką palety barw, z jakiej korzysta koncern przy wyborze wariantów kolorystycznych Pixeli, a jednocześnie absolutnie nie cierpię wyspy aparatów w tych telefonach. Jeszcze przed otrzymaniem Pixela 11 byłam pewna, że swoją opinię na temat smartfona rozpocznę od ostrej krytyki i nie pozostawię na nim suchej nitki. Jednak już w pierwszych sekundach po wyjęciu go z pudełka kompletnie zmieniłam zdanie.
Przede wszystkim wszystko, co lubiłam w Pixelu - kształt obudowy, kolory, zaokrąglenia rogów i krawędzi - wyglądało jeszcze lepiej na żywo. Zaokrąglenia sprawiają, że smartfon wręcz cudownie leży w dłoni i przez cały czas testów nie założyłam etui, bo po prostu uwielbiałam trzymać go w dłoni. Pixel 11 jest lekki niczym mój osobisty Galaxy S25, a zarazem ma od niego łagodniej wyprofilowane krawędzie, które sprawiają, że mogę go trzymać godzinami w dłoniach i nie odczuwać dyskomfortu. Spośród czterech wariantów kolorystycznych trafił mi się jasnoliliowy, co było lekkim zawodem bo liczyłam na bijącą po oczach fuksję. Jednak poczucie zawodu również szybko zniknęło, gdyż jasnoliliowy jest na tyle wyrazisty, że wyróżnia się w tłumie czarnych i szarych smartfonów, a z drugiej strony jest na tyle stonowany, że nie wygląda jak tania zabawka z plastiku.
Ale wracając do największej bolączki - wyspy aparatów: Google ją poprawił. Naprawdę ją poprawił. Wyspa odstaje minimalnie ponad bryłę telefonu, dzięki czemu wygląda on smuklej, leży niemal płasko na stole, ale przede wszystkim nie wygląda jak obrzydliwa narośl.
Wszystkie te cechy sprawiają, że Pixel 11 to telefon z charakterem, który przyciąga wzrok, ale jeszcze bardziej przekonuje tym, jak dobrze leży w dłoni. Można dyskutować o jakości oprogramowania i sprzętu Google'a, ale bezapelacyjnie producent wreszcie osiągnął prawdziwe piękno
Aparat, który wybacza
Nie będę ukrywać, że z fotografią mi nie po drodze i o ile mam już jakąś wprawę w fotografowaniu smartfonów i innych sprzętów do recenzji, o tyle robienie zdjęć świata wokół mnie przychodzi mi z trudem. Dlaczego o tym mówię?
Bałam się, że moje mierne umiejętności przełożą się na mierne zdjęcia, a te z kolei niesłusznie pogorszą moją ocenę Pixela 11. Jest kompletnie odwrotnie, bo Google wyposażył Pixela 11 wfunkcje, które pomagają amatorom i osobom mniej wprawionym w fotografowaniu
Mówię tu celowo funkcje, gdyż aparat Pixela 11 to w dużej mierze odgrzewany kotlet względem tego z poprzednika - jedyna widoczna zmiana w specyfikacji sprzętowej to większy sensor głównego aparatu, który urósł z 1/2 do 1/1,56 cala. Co oznacza, że w dużej mierze jest to ten sam dobry aparat, który znamy z Pixela 10.
Jednak w tym roku Google dorzucił kilka funkcji aparatu, takich jak Magiczne ujęcie, które analizuje ponad 400 klatek, aby znaleźć najlepsze ujęcie, czy Style zdjęć, pozwalające dostosować estetykę fotografii jeszcze przed jej wykonaniem. Do tego dochodzi 30-krotny zoom oraz znane już z Pixela 10 Najlepsze ujęcie, dzięki któremu każda osoba na zdjęciu będzie się uśmiechać. Dzięki każdej z tych funkcji - w mniejszym lub większym stopniu - byłam w stanie uzyskać fotografie o naprawdę dobrej jakości. I to wszystko pomimo mojego fotograficznego antytalentu.
Aspirujący twórcy docenią także Studio twórcy - zestaw funkcji dla osób pozostających w namiętnej relacji z przednim aparatem telefonu i pionowymi filmikami. Studio twórcy pozwala m.in. korzystać z telepromptera podczas nagrywania, organizować nagrań w foldery, użycie Storyboardu do łatwego przycinania i zmieniania kolejności klipów. Po raz pierwszy miałam też do czynienia z możliwością ustawienia nagrywania wideo jako domyślnego widoku po uruchomieniu aplikacji Aparat - drobnostka, ale osobie o niezgrabnych ruchach w dynamicznych sytuacjach zdecydowanie się przyda.
Pixel 11 to świetny wybór nie tylko dla amatorów fotografii, ale też dla początkujących twórców i wszystkich osób, które chciałyby nagrywać czy fotografować więcej, ale obawiają się, że efekt ich pracy będzie po prostu kiepski. Pixel 11 w dużej mierze bierze tę niepewność na siebie i robi naprawdę sporo, żeby końcowy efekt wyglądał lepiej, niż można byłoby oczekiwać po umiejętnościach osoby robiącej zdjęcie.
Google pokazuje, jak powinien działać Android
Jednym z powodów, dla których naprawdę mogłabym przesiąść się z Samsunga na Pixela 11, jest jego podejście do oprogramowania. I zanim ktoś mnie poprawi: nie, Pixel 11 nie ma "czystego Androida" w dosłownym znaczeniu tego słowa. Android na Pixelu to podstawowy Android z ingerencją Google'a, czego efektem jest interfejs bardzo bliski czystemu Androidowi. Google dokłada do systemu własną warstwę, ale ingeruje w podstawowe doświadczenie znacznie mniej niż jakikolwiek inny producent ze swoją własną nakładką

Jeśli chodzi o sam wygląd interfejsu, Pixel 11 stawia na spójność i charakterystyczny język projektowy Material 3 Expressive, zamiast oferować ogromną liczbę opcji personalizacji, którą znajdziemy u konkurencji. Google pozwala oczywiście dostosować wygląd systemu, m.in. kolory, motywy czy elementy ekranu głównego, ale nie daje takiej swobody jak Samsung w One UI. Co nie jest wadą - mogę powiedzieć, że to wręcz zaleta. Już od pierwszego uruchomienia animacje, gesty nawigacji i układ menu oraz ustawień tworzą doświadczenie, w którym nie trzeba długo zastanawiać się, gdzie czegoś szukać. Nie miałam też poczucia, że producent próbuje na każdym kroku dołożyć własną aplikację, usługę czy dodatkową warstwę funkcji. W dużej mierze moja konfiguracja Pixela 11 skończyła się w ciągu pierwszych 10 minut - nie miałam potrzeby zmieniać zbyt wiele, podczas gdy osiągnięcie mojego ideału na One UI to kwestia kilku godzin spędzonych z deinstalacją i wyłączaniem aplikacji, oraz konfiguracją elementów wizualnych.
Co ważne dla samego doświadczenia korzystania z systemu Android na Pixelu 11, Google zastosował tu procesor Tensor G6. Producent deklaruje, że nowy układ jest o 25 proc. szybszy podczas przeglądania internetu i zapewnia do 20 proc. lepszą efektywność energetyczną względem Tensora G5. Moje pierwsze doświadczenia sugerują, że nie są to deklaracje rzucone na wiatr, bo poza grami bo poza grami - w których Pixele od lat nie są najmocniejsze, co nie jest szczególnym zaskoczeniem - nie potrafiłam "zagiąć" mojego Pixela 11. Smartfon był niesamowicie responsywny, niesamowicie płynny, a każde polecenie wydawane Gemini czy funkcja oparta na AI działały zauważalnie szybciej niż na moim Galaxy S25.

Gdybym była power userem Gemini i całe moje cyfrowe życie było zbudowane wokół usług Google’a, takich jak Zdjęcia, Notatnik Gemini czy Dysk, Pixel byłby dla mnie niemal oczywistym wyborem
Ale czy rzeczywiście się przesiądę?
Moje doświadczenie z Pixelem 11 było zdecydowanie pozytywne. Poza niesamowicie powolnym ładowaniem przewodowym trudno mi powiedzieć coś złego o tym smartfonie. Przez prawie dwa tygodnie próbowałam wycisnąć z niego siódme poty i zobaczyć czy w Pixelu 11 jest coś, co sprawiłoby, że byłabym go w stanie przełożyć swoją kartę SIM na stałe. I powiem szczerze, że... nie.
Fakt, Pixel 11 jest dobry, ale to efekt niezwykle bezpiecznej gry Google'a, w której wszystkie nowości to tylko pudrowanie noska i dopieszczanie tego co Pixel 10 miał dobre, ale mógł mieć lepsze. Mowa tu o m.in. ładowaniu bezprzewodowym, zastosowaniu pamięci UFS4 w podstawowym modelu, smuklejszej wyspie aparatów czy dołożeniu lepszego czujnika do aparatu. Fakt, wygląd Pixela 11 jest zachwycający, Google dowiózł funkcje dla amatorów fotografii, a do tego "czysty" Pixelowy Android to system, który naprawdę można polubić i który zachęca mnie do korzystania z funkcji AI bardziej niż telefony konkurencji.
Ale to tylko tyle. Poza tym Pixel 11 to telefon okrutnie nijaki, który - po wyłączeniu Gemini, zorientowaniu się, że większość usług i produktów Google'a można i tak zainstalować na wszystkich pozostałych smartfonach oraz założeniu na obudowę plecków - jest kalką zeszłorocznego Pixela 10 i właściwie nie oferuje nic czego nie znajdziemy u konkurencji.
Sytuacji nie ratuje tu także oprogramowanie aparatu, bowiem jest ono bardzo nastawione na archetyp użytkownika fotografa lub influencera nowicjusza, który potrzebuje trzymania za rękę w kwestiach technicznych. Ale przy odpowiednim zaangażowaniu każdy nowicjusz wyrasta na użytkownika zaawansowanego, a tym samym wyrasta z Pixela i orientuje się, że teraz odpowiedzią na jego potrzeby są bardziej zaawansowane opcje konkurencji
Dlatego Pixel 11 - choć moim zdaniem zdecydowanie członek grona dobrych i udanych telefonów - nie jest smartfonem, dla którego porzuciłabym mój obecny i którego właściwie jestem w stanie polecić tylko wąskiemu gronu użytkowników. Werdykt brutalny, fakt, ale nie mniej brutalny niż cena jaką życzy sobie za niego Google - podstawowy Pixel 11 to wydatek ponad 4,3 tys. zł, co jest ceną zabójczą jak na telefon, który nawet na papierze ma bardzo ograniczoną liczbę usprawnień.
Jeżeli cena Pixela 11 spadnie poniżej 4 tys., będę skłonna pochylić się nad nim jeszcze raz. Jednak póki co zostaję przy Samsungu. Pixel 11 udowodnił mi, że Google jest już bardzo blisko stworzenia telefonu, który byłabym gotowa wybrać zamiast Galaxy. Ale na rozbicie tej relacji potrzeba czegoś więcej niż tylko trzymania się kurczowo sprawdzonych rozwiązań.
Redaktorka Spider's Web specjalizująca się w tematykach sztucznej inteligencji, smartfonów i oprogramowania. Jako sześciolatka powiedziała w wywiadzie dla lokalnej telewizji, że chce zostać dziennikarką. Dzisiaj jest absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Od dziecka pasjonuje się szeroko pojętymi grami i technologią, a w gimnazjum zapałała miłością do grafiki komputerowej i elektroniki użytkowej. Swoją pasję przekuła w działalność dziennikarską. Prywatnie miłośniczka psów, gotowania i literatury faktu.