Ojciec znowu wysłał mi ofertę wiertarki za 100 zł. Tak polują dziś na starszych ludzi
Seniorzy nie są teraz bardziej naiwni, niż kiedyś. To scamy stały się lepsze, tańsze i trudniejsze do odróżnienia od zwykłej promocji.

Chyba nie ma tygodnia, żeby ojciec nie podesłał mi zdjęcia albo linku do jakiejś genialnej okazji z sieci. A to wiertarka za stówkę, a to profesjonalny GPS do ciężarówki za ułamek normalnej ceny. Sprzęt wygląda na zdjęciach obłędnie, kosztuje podejrzanie grosze, a w tle leci wideo, na którym znany jutuber zachwala go pod niebiosa. Tyle że jego głos jest podmieniony przez AI w tak koślawy sposób, że ciężko mi uwierzyć, iż ktoś w ogóle może się na to nabrać.
Sęk niestety w tym, że dla starszego człowieka to wcale nie wygląda jak scam. To wygląda po prostu jak świetna promocja. I nie, mój ojciec wcale nie nabiera się na to dlatego, że jest naiwny. Nabiera się, bo internet stał się drapieżnym miejscem, w którym fałszywa reklama potrafi wyglądać sto razy profesjonalniej od prawdziwego sklepu, a głos znanego twórcy można dziś podrobić szybciej, niż senior zdąży w ogóle sprawdzić adres strony.
To nie naiwność. Dzisiejszy scam bardzo często wcale nie wygląda jak scam
Jeszcze kilkanaście lat temu oszustwo w sieci można było wyczuć dosłownie na kilometr. Kojarzyło się na przede wszystkim z fatalną polszczyzną z Google Tłumacza czy z mailem od księcia z Nigerii pisanym caps lockiem i linkami, które aż krzyczały, żeby w nie nie klikać. Te czasy już jednak minęły bezpowrotnie. Dziś scamy mają wykupione reklamy sponsorowane, śliczne grafiki, fałszywe sklepy i idealnie podrobione artykuły z popularnych portali informacyjnych.
Oszuści są tak naprawdę świetnymi psychologami i doskonale wiedzą, jak uśpić naszą czujność. Ta nieszczęsna wiertarka za 100 zł to nie jest zwykła oferta. To sprytny test na to, czy chęć zrobienia interesu życia wyłączy nasze logiczne myślenie szybciej, niż zdążymy zweryfikować sprzedawcę. Cena oczywiście nie może być wzięta z sufitu. Wiertarka za 19 zł od razu wzbudziłaby śmiech i podejrzliwość. Ale za 99 zł czy 100 zł? To już brzmi jak prawda: może wyprzedaż z okazji likwidacji magazynu, a może błąd cenowy w systemie, z którego trzeba szybko skorzystać?
Przed takimi właśnie pułapkami oficjalnie ostrzegają nawet polskie urzędy:
- UOKiK w swoim opracowaniu o zakupach wysokiego ryzyka ostrzega przed fałszywymi sklepami i nieuczciwymi pośrednikami, wskazując na klasyczne czerwone flagi: zaskakująco niskie ceny, bardzo atrakcyjne zdjęcia, pozornie profesjonalny wygląd strony oraz brak pełnych danych firmy.
- Z kolei KNF w poradniku dotyczącym fałszywych sklepów internetowych jako typowe cechy oszustwa podaje mocno zaniżoną cenę względem rynkowej, strony łudząco podobne do prawdziwych sklepów i brak bezpiecznych metod płatności (np. płatności przy odbiorze).
Najmocniejszą bronią współczesnych cyberprzestępców nie jest już jednak sama cena, ale dobrze znana twarz. Oszuści bezczelnie wykorzystują mechanizm autorytetu. Ministerstwo Cyfryzacji w kampanii o reklamach ze znanymi osobami opisywało ten mechanizm bardzo szczegółowo. Fałszywe reklamy udają artykuły albo materiały wideo ze znanych portali, a wizerunek popularnej osoby ma przekonać odbiorcę, że to w pełni bezpieczna i wyjątkowo opłacalna oferta.
Świetnym (i bardzo bolesnym) przykładem są tu influencerzy z branży transportowej. Dla zawodowego kierowcy ciężarówki taki twórca to swój człowiek – jeździ w trasy, testuje sprzęt, mówi ich językiem i doskonale zna ich problemy. Gdy na ekranie pojawia się jego twarz i słychać jego głos polecający supertaniego GPS-a do ciężarówki, starszy odbiorca po prostu całkowicie opuszcza gardę.
Fałszywa reklama z jutuberem nie kradnie tylko twarzy i głosu. Kradnie przede wszystkim lata zaufania, które twórca mozolnie budował ze swoimi widzami. Kiedyś, żeby kogoś wyrolować, trzeba było fałszować pieczątki i dokumenty. Dzisiaj wystarczy w kilka minut podrobić głos człowieka z internetu. Seniorzy wcale nie przegrywają z technologią dlatego, że są głupi. Przegrywają, bo ta technologia została z premedytacją użyta przeciwko ich zaufaniu.
Wiecie, co jest najgorsze? To, że platformy biorą kasę za reklamy i umywają ręce
Giganci technologiczni i wielkie platformy społecznościowe siedzą w tym procederze po uszy. Jeśli scam wyświetla się jako reklama sponsorowana na Facebooku, YouTube czy w Google, to w oczach zwykłego użytkownika dostaje z automatu pieczątkę wiarygodności. Skoro taki gigant jak Google czy Facebook mi to pokazuje, to przecież musieli to sprawdzić i zatwierdzić, prawda? Zgłoszenia użytkowników dotyczące fałszywych reklam bardzo często niestety nie są przez administrację wielkich platform rozpatrywane z należytą starannością.
Przeczytaj także:
Internetowi giganci nie mogą wiecznie udawać głuchych, inkasując miliardy za wyświetlanie takich cyfrowych pułapek. Ich algorytmy stały się smarem dla machiny oszustw, a systemy reklamowe bezkarną platformą do żerowania na ludziach, którzy nie mają szans w starciu z perfekcyjnym deepfejkiem. Najwyższy czas, by Dolina Krzemowa wzięła odpowiedzialność za ściek, który sama zmonetyzowała.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.