Mój telefon przypomniał mi, że 4 lata temu nic się nie zdarzyło. Jestem mu za to wdzięczny
Uwiecznianie codzienności popłaca, choć wcale się nie spodziewałem aż takiego efektu.

Wróć myślami do 13 lipca 2022 r. - mniej więcej w ten sposób zachęciła mnie do kliknięcia dobrze znana funkcja w telefonie. Już miałem usunąć powiadomienie, jak to zwykle robię, ale fotka przykuła moją uwagę. Zdjęcie przedstawiało… nic szczególnego. Gdyby spróbować zrobić graficzny odpowiednik słynnego artykułu o libacji na skwerku, moja fotografia sprzed czterech lat byłaby godnym kandydatem. Tu też nic się nie zdarzyło.
Ciekawe, o co mi chodziło. Na zdjęciu widać chodnik na osiedlu, na którym wtedy mieszkałem. Czy chciałem uwiecznić jego nierówność? Czy miał być to dowód w sprawie, jak trudno żyje się pieszym? A może chodziło o te ławeczki, na których akurat nikt nie siedział, ale mógłby? Można obstawiać, że celem było wieczorne, letnie niebo - fotografię zrobiłem kilka minut po 19:00, było pochmurno, niezbyt spektakularnie, ale faktycznie ładnie.
Pytania się mnożą, na żadne nie znam odpowiedzi. Najbardziej satysfakcjonowałaby mnie jedna, brzmiąca: nie chodziło mi o nic.
I może faktycznie tak było.

13 lipca 2022 r. nie działo się u mnie nic
Zwykle funkcja przypominania zdjęć jest przeze mnie lekceważona
Owszem, lubię rzucić okiem na fotografie z wyjazdów. Zdarzy się jakieś zdjęcie z koncertu. Tego typu wspomnienia są tyleż przyjemne, co bolesne - ach, być tam znowu, słyszeć szum fal, widzieć wodospad, szwendać po wciąż nieznanym mieście. Gdy telefon nie trafi z momentem i przypomni o radosnym momencie w chwilach zmęczenia, robi się nieciekawie. Można wtedy nawet pomyśleć, że czyni to celowo, nadając nowe znaczenie powiedzeniu o złośliwości rzeczy martwych.
Czasami jest po prostu zabawnie. Wspomnieniom nadaje się pompatyczną otoczkę. "Czy uwierzysz, że minęło już pięć lat?" - pyta telefon, podrzucając zdjęcie przepisu. Nie, nie uwierzę, że pięć lat temu chciałem zrobić obiad, jak ten czas leci! Albo że trzy lata temu uwieczniłem przepełniony kosz na śmieci albo płytę, którą wystawiałem na serwis z ogłoszeniami. Ten kontrast zwykłej czynności opisywanej jako coś spektakularnego, godnego wspominek, niejednokrotnie rozbawiał.
Ale teraz podrzucone wspomnienie naprawdę mnie ucieszyło. Cztery lata temu nie wydarzyło się nic. Mogłem wracać ze sklepu, z przystanku tramwajowego, z parku. Zwykła droga do domu. Nic specjalnego. I ta szara, zwykła codzienność została uchwycona. Przez przypadek? Trudno powiedzieć, bo dawna motywacja już się ulotniła, a została esencja, tamta rzeczywistość.
Jakiś czas temu zachęcałem do częstszego fotografowania, wyciągania telefonu przy każdej okazji. Miałem wówczas na myśli, że tego typu zdjęcia mogą uchronić przed zapomnieniem miejsca, które raczej prędzej niż później znikną z miejskiego krajobrazu. Chodziło mi o stare kamienice, ruiny fabryk, biurowce, centra handlowe, nawet budynki uczelni - nigdy nie wiemy, kiedy ktoś postawi na nich kreskę.
Takie fotografowanie ma swój cel, konkretną motywację. Moja przypadkowa osiedlowa fotka pokazała mi, ile przyjemności może dać uchwycenie niczego specjalnego. Tego, co dobrze znane, a więc pomijane i niegodne uwagi ze względu na swoją powszechność.
Nie sądzę, by ta okolica jakoś specjalnie się przez te cztery lata zmieniła, ale kto wie - może za jakiś czas niepozorne zdjęcie zyska wartość historyczną. Póki co to nieistotne i można cieszyć się zwykłością momentu.
Co ciekawe, już lata temu zauważono tę dziwną moc kryjącą się w codziennych sytuacjach. W 2014 r. na łamach "Psychological Science" opublikowano badania przeprowadzone przez naukowców z Harvard Business School. Badacze postanowili sprawdzić, które zdarzenia będą wspominane milej - te spektakularne, z wakacji, głośnych imprez, radosnych spotkań, czy może, paradoksalnie, te bardziej zwykłe. Studenci mieli zapisywać wydarzenia i własne przewidywania na temat tego, jak będą oceniane za kilka miesięcy. Okazało się, że niepozorne momenty były niedoszacowane, zaś te typowane jako nadzwyczajne, nie robiły aż takiego wrażenia.
Moja reakcja na fotografię jest tego doskonałym dowodem. Być może to po prostu efekt zaskoczenia. Wystarczył mi rzut oka na zdjęcie z wakacji, by wiedzieć, że tam było przyjemnie. I już, nie musiałem się przenosić w czasie. A tutaj dostałem prawdziwą niespodziankę. Zastanawiałem się, o co mi chodziło, dlaczego akurat ten kadr, to ujęcie. Siłą rzeczy celebrowałem zwykłą chwilę. Coś, co wypada z pamięci, ma później fory.
Kilka lat temu sporą popularnością cieszyła się aplikacja Be Real
Użytkownicy musieli robić zdjęcia w określonym czasie, o losowych porach. Fotografię należało wykonać w ciągu dwóch minut od powiadomienia, a znajomym przekazywano zarówno obraz z przedniej, jak i tylnej kamery. Oznaczało to, że powiadomienie mogło przyjść zarówno na koncercie, ale też podczas spaceru po bułki. Albo tuż po przebudzeniu, kiedy ma się zaspane oczy, a w pokoju jest rozgardiasz.
Z jednej strony Be Real stawiało na autentyczność - w krótkim czasie trudniej jest idealnie zapozować, przygotować scenerię. To była zaleta aplikacji. Z drugiej strony wymagała działania na zawołanie, rzucenia wszystkiego, by zrobić zdjęcie. Trochę to kłóci się z filozofią tu i teraz, koncentracji na chwili, skoro lada moment może przyjść powiadomienie. Oczywiście użytkownicy nie musieli zachowywać się jak słudzy czekający na rozkaz, ale jednak wypadało mieć urządzenie przy sobie, by móc dać znać, co u nas słychać.
Być może dlatego Be Real zniknęło z moich radarów. Sam koncept skupienia się na codzienności, zwykłych momentach, był ciekawy. Czasami jest się w muzeum, a czasami stoi się w kolejce do kasy samoobsługowej - i to, i to stanowią część naszego życia. Raz jest ciekawie, raz nieco mniej ciekawie. Nie trzeba pokazywać wyłącznie tej bardziej widowiskowej twarzy.
Od kiedy robię zdjęcia małym aparatem cyfrowym, praktycznie nie ma dnia, w którym bym nie fotografował. Licznik pokazuje już absurdalną liczbę. Chociaż fotografuję codzienność, to często są to jednak specjalne momenty - to, jak słońce pada na kamienicę, kwietna łąka, drzewo wyrastające z ruiny, ulewny letni deszcz. Niby zwykłe, ale, przyznaję, nie do końca - szukam czegoś specjalnego, chcę uchwycić jakąś wyjątkowość.
A może nie zawsze trzeba.
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.