Jazda pociągiem w tym kraju to mem. Na dworcu widziałem płaczących pasażerów
Podróż pociągiem okazała się koszmarem.

Mam takiego kolegę, który wychwala pociągi, przedstawia ich zalety i na zawołanie potrafi udowodnić, że kupując bilet na 313 dni przed planowaną podróżą na specjalnej stronie, uda mi się zaoszczędzić tyle, że jazda samochodem jest nieopłacalna. Co do zasady mu nie wierzę, bo w swoich wyliczeniach pomija aspekt dotarcia na dworzec i czas poświęcony na tę czynność, ale dzisiaj jego nauki wróciły do mnie ze zdwojoną siłą.
Musiałem odprowadzić do Warszawy samochód testowy i wrócić do swojego Lublina pociągiem. Ze zdziwieniem odnotowałem ogromne obłożenie mojego pociągu, druga klasa nie była dostępna, a w pierwszej zostało tylko kilka miejsc. Trudno się mówi, przecież kupiłem bilet na zaledwie 5 godzin przed odjazdem pociągu, więc nie mogę wybrzydzać. 67 zł zostało pobrane z konta, a ja musiałem tylko stawić się na dworcu.
Wchodzę na Centralny i już w kościach czuję, że może nie być dobrze. Jest 19:21, a na moim peronie nadal stoi pociąg z 18:57, który nigdzie nie odjeżdża, mimo że napis głosi dumnie: Suwałki. Patrzę na tablicę z rozkładami i widzę, że jakiś pociąg jest opóźniony o 130 minut, jakiś inny o 90, jeszcze inny o 60, ale przy moim nie ma żadnej informacji. Trochę się zastanawiam, jak PKP chce to technicznie rozwiązać, skoro na moim torze stoi pociąg do Suwałk, a na sąsiednim ma o 19:37 wjechać pociąg do Łukowa. Mój pociąg planowo powinien przyjechać o 19:28 i wyruszyć o 19:41 do Lublina.

Zaczyna się zabawa. Pasażerowie do Łukowa otrzymali komunikat, że muszą szybko zmienić peron, dostali na to 3 minuty, więc szanuję za pobudzanie Polaków do sportu. Mojego pociągu nadal nie ma, ale żadnego opóźnienia nie widać na rozkładzie. W końcu uroczy głos zapowiada, że zaraz na stację wjedzie mój pociąg, a mój wagon zatrzyma się w sektorze 1. Udałem się tam. Jak można było się domyślać, ktoś się pomylił i mój wagon zatrzymał się na drugim końcu peronu. Ot standardzik, ale później zaczęło być coraz śmieszniej.
Na moim miejscu ktoś siedział, więc musiałem zwrócić uwagę, że to moje miejsce, na szczęście obyło się to wszystko w kulturalnych warunkach. Ale mija 19:41, a mój pociąg stoi. Kolejne pięć minut w ciszy, przerywanej wrzaskami jakiegoś pobudzonego niedozwolonymi substancjami pasażera i mamy komunikat: Bleblelpfff, nie regulujcie odbiorników, to standardowa jakość komunikatów. Na szczęście ogłoszenie zostało powtórzone, więc dowiedziałem się, że mamy opóźnienie 20 minut i że wszystko jest pod kontrolą.
Po dwudziestu minutach nic się nie wydarzyło. Pociąg nie ruszył, nowe komunikaty nie nadeszły, a mi się już zaczęło nudzić, bo zasięg na końcu peronu Dworca Centralnego to metafizyka, nie da się z nim obcować. Akurat jak prawdziwy wiedźmin noszę ze sobą dwa telefony, jeden z iOS, drugi z Androidem, jeden z numerem w Play, drugi w Orange i nic to nie dało, bo najwidoczniej muszę być ulepszonym wiedźminem i mieć jeszcze trzeci telefon w sieci Plus. Jak to nie pomoże, to uznam, że PKP to potwór, którego nie da się pokonać przy użyciu znanych mi operatorów i trzeba będzie złożyć ofiarę z jakiejś dziewicy.
Po 28 minutach od planowego wyjazdu mój pociąg ruszył. Tak, 28 minut opóźnienia, bo musiał się skomunikować z innym pociągiem. Na kolejnej stacji Warszawa Wschodnia stał już jakiś inny pociąg, który czekał na część pasażerów z mojego, co powoduje kolejne opóźnienia i kolejne. To jest niesamowite, jak ta siatka połączeń nie daje rady w losowy wakacyjny dzień. Gdy panowały upały i pociągi miały milion minut opóźnienia, to słyszeliśmy, że to wina infrastruktury, że poza tym jest wspaniale, stanie w polu w upale to wcale nie jest nic uwłaczającego ludzkiej godności, a poza tym życzymy dobrej podroży i dziękujemy za wybór PKP Intercity.

Tymczasem w niedzielę pogoda jest okropna, zimno, mokro i w ogóle tragicznie, a pociągi jak nie jeździły, tak nie jeżdżą dalej. Ja miałem tylko 28 minut opóźnienia. A przecież tam gdzieś w polach siedzieli ludzie w pociągu opóźnionym o 130 minut. I nic nie mogli zrobić. Popełnili jeden fatalny błąd - wybrali pociąg, zamiast samochodu.

Czy myślicie, że mój pociąg jechał jakoś szybciej, że próbował przyspieszyć? Otóż nie. Jechał swoim rytmem, bo nie ma co się spieszyć, bo od tego same nieszczęścia są. Jak zwykle nie było zasięgu, co mnie niezmiernie wzrusza, zważywszy na to, że internet można mieć w samolotach i śmiga tam jak zły. W PKP się nie da. Podejrzewam, że ludzkość zdąży już skolonizować Marsa, a w PKP nadal internet będzie w fazie testów.
A wiecie jak wyglądała moja podróż samochodem z Lublina do Warszawy?
Umówiłem się z kolegą, że mam być u niego o 18:30, sprawdziłem na Mapach Google, że do jego domu będę jechał równe 2 godziny. Wyjechałem o 16:20, bo postanowiłem kupić sobie kawę i hot doga na stacji. Wziąłem je na wynos, wsiadłem do samochodu, odpaliłem Podkast Amerykański (bardzo polecam, bawi i uczy) i ruszyłem w komforcie i ciszy do Warszawy. Dodam, że jechałem samochodem elektrycznym z niewielkim zasięgiem, więc na ekspresówce jechałem 110 km/h, zamiast 120 km/h. 190 km później dojechałem do kolegi, była 18:28, bo udało się śmignąć przez Warszawę szybciej niż zakładałem.
Jak ktoś mi powie, że lepiej korzystać z pociągów, to go wyśmieję. Nie ma takiej pogody ani warunków atmosferycznych, które gwarantowałyby, że dojadę na czas. Z tego powodu jak udaję się na zagraniczne wyloty z pracy, to zawsze wybieram wcześniejszy pociąg, niż powinienem, bo nikt mi nie pomoże, gdy pociąg się opóźni, a już miałem takie sytuacje, że dojeżdżałem na lotnisko w stresie. Podróże w tym kraju to mem od zawsze, może mamy ładniejsze pociągi, może mamy aplikacje, wygodne płatności, a nawet program lojalnościowy, ale nadal nasza kolej to suma wszystkich opóźnień. I to mnie smuci, a politycy zajmują się nieistotnymi rzeczami jak choćby to, jaka powinna być maksymalna prędkość wagonów. To nie ma znaczenia, my musimy rozmawiać o punktualności i siatce połączeń.
Siedzi ze mną w pociągu załamana dziewczyna, która spóźni się w Lublinie na przesiadkę do Chełma. Tam ma przesiadkę na pociąg do Kijowa. Przy pomocy innego pasażera, który tłumaczył z angielskiego na polski, powiedziała konduktorowi, że jest problem, że nie zdąży. Okazuje się, że pociąg do Chełma to inna spółka (przewozy regionalne), więc nie ma obowiązku czekać na pasażerów przesiadkowych, a przecież ma kolejny pociąg godzinę później. To nic, że ma kupiony bilet na wcześniejsze połączenie i nie dojedzie dzisiaj do Kijowa. Zdarza się, błąd nowicjusza, powinna wziąć pod uwagę, że nie można jechać na styk. Konduktor powiedział, że zadzwoni, ale nic nie obiecuje. I to powinno być motto PKP. Żadne: zapowiada się dobra podróż, tylko Niczego nie możemy obiecać. Byłoby zgodnie z prawdą.

PS: Opóźniony 130 minut pociąg to jechał w kierunku Olsztyna. Jak sprawdziłem dwie godziny później, opóźnienie rosło. Ten do Krakowa również miał problem, ale co to jest 200 minut, skoro jak twierdzi mój kolega: jest taniej, wygodniej i można popracować.

PPS: Dziewczyna, która chciała jechać do Kijowa płacze, bo konduktor przyszedł i powiedział, że razem z nią jest 6 osób z przesiadką, ale pociąg do Chełma nie będzie na nich czekał, bo nie ma takiego obowiązku. Musi jechać późniejszym. Ucieknie jej pociąg do Kijowa. Dzięki PKP ma możliwość spędzenia nocy w Chełmie. Wszyscy będą jej zazdrościć.

I tak moi drodzy wygląda rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Pociągi, które nie jeżdżą na czas, zero odpowiedzialności za opóźnienia, ale za to kilkadziesiąt spółek, które obsługują polskie tory, które zresztą też należą do innej spółki. I nikt nie jest w stanie tego zmienić, wzruszamy ramionami, kolejni politycy nie mają żadnej myśli i planu naprawy, poza wymianą jednych kolegów na drugich. I tak się żyje pomalutku, a PKP, zamiast wziąć się do roboty, to organizuje jakieś nieśmieszne żarty w rodzaju pociągu Niespieszny, że he he he, nigdzie się nie spieszy. Powiem to tej dziewczynie, co przegapi pociąg do Kijowa, że he he, mogło być gorzej.
PS: Tak wygląda tablica przyjazdów na dworcu w Lublinie:

Dziennikarz działu Technologie, w Grupie Spider’s Web od 2019 r., pierwsze kroki w internetowych redakcjach stawiał w Bezprawniku, skąd trafił do redakcji Autobloga, a od października 2022 r. publikuje również w dziale Tech. Lubi smartfony, tablety, ale i nie przepuści ciekawemu sprzętowi AGD. Od zawsze wierny zielonemu robotowi Androida, ale gdy trzeba, to z ciekawości zajrzy do sadu Apple, by wyjść stamtąd wstrząśnięty. Poza technologiami interesuje się motoryzacją, a przez wpływ redaktora Baryckiego także jazdą na rowerze.