Zdradziła całej ulicy kod do domofonu. Wtedy zrozumiałem, że prywatność to ściema

To moje ulubione momenty: kiedy z hukiem upada mur pomiędzy tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Nagle można odnieść wrażenie, że granica nigdy nie istniała. 

prywatnosc

Być może pani krzycząca z balkonu wiedziała, że w niedzielne leniwe popołudnie i tak nie będzie zbyt wielu świadków. Niewykluczone, że świetnie zna się na ludziach i wystarczy jej rzut oka, nawet z dalekiego dystansu, aby wiedzieć, że akurat ten bliźni nie wywinie żadnego podejrzanego numeru i można być spokojnym. To wszystko jest możliwe i prawdopodobne, ale coś mi podpowiada, że kobieta zwyczajnie niczym się nie przejmowała próbując wykrzyczeć stojącym na dole kod do domofonu. I tylko przy okazji zdradziła go całej ulicy. 

To była naprawdę zabawna scenka. Obie strony nie mogły się dogadać. Numer mieszkania i kod - krzyczała raz za razem pani z balkonu. Ci na dole go wpisywali, ale nic z tego, zamek nie chce puścić. Kombinację trzeba było powtarzać i powtarzać, w efekcie czego poznałem ją aż za dobrze. Było mi niezręcznie, stojąc na czerwonym świetle, a później przechodząc drugą stroną, naprzeciwko tego całego zamieszania. W tym czasie chcąc nie chcąc zdążyłem poznać kod, przyczynę niepowodzeń i w końcu szczęśliwy finał: okazało się, że na końcu jest jednak nie 6, a 5.

To wszystko zdawało się być zdarzeniem wykreowanym pod ukrytą kamerę. Jakby ktoś chciał sprawdzić, czy okazja faktycznie czyni złodzieja i czy po chwili nie wróciłbym, aby dostać się do klatki. A tam już czekałaby ekipa telewizyjna lub przynajmniej tiktoker: mamy cię, przyłapany na gorącym uczynku. Potencjalny włamywacz! Ha, proszę, kolejny! Eksperyment społeczny wykazał, że ludziom nie wolno ufać! 

Z drugiej strony cóż złego mogłoby się stać, gdyby kobieta z balkonu rzeczywiście źle oceniła nas, przechodniów, i bezwiednie podała nam wszystkim hasło do domofonu, zapominając o ewentualnych konsekwencjach. Może i mamy złe zamiary, ale co z tego? Ktoś po prostu wszedłby do klatki, wielkie mi rzeczy. Nie musiałby od razu splądrować mieszkań, bo do tego potrzebny byłby przecież klucz! 

A gdyby ktoś drzwi do mieszkania nie zamknął? Sąsiedzi mogliby być niezadowoleni, gdyby okazało się, że złodziej, owszem, wykorzystał ich gapiostwo. I to nawet podwójne, bo nie dość, że nie zamknęli drzwi, to jeszcze zostawili torbę w przedpokoju. Albo portfel z dokumentami. Albo klucz. To prawda, po części byłaby to ich wina, sami ułatwili zadanie złodziejowi, ale to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby ich sąsiadka nie zdradziła przypadkowym przechodniom, wśród których mógł czaić się włamywacz, sekretnej kombinacji. Jasne, włamywacz mógłby też wyczekiwać okazji, kiedy ktoś wchodzi i wtedy przemknąć, nim drzwi zdążyłyby się zamknąć. To wszystko wymagałoby odpowiedniego momentu, szczęścia i trafu. A tu los wyręczyła sąsiadka, przyspieszając proces poprzez wyłożenie sekretu na talerzu. Szkoda, że jeszcze dywanu nie rozłożyła! 

Uwielbiam takie momenty, kiedy prywatne obdzierane jest ze wszelkich osłon

Pani w pociągu dość głośno próbuje rozwiązać problem z płatnością w hotelu. W krótkiej rozmowie zdradza adres noclegu, swoje imię i nazwisko, a nie wiem, czy nie padł nawet numer rezerwacji. Dowiaduję się więc, że z kartą powinno być wszystko w porządku, bo przecież nie dalej jak tydzień temu rezerwacja w Gdańsku przeszła i nie wiadomo, dlaczego teraz nie udało się zaklepać noclegu w Krakowie, na tej i na tej ulicy, na nazwisko tej pani. Jakie to szczęście, że drugiej karty nie miała przy sobie - jak wytłumaczyła rozmówczyni i nam, współpasażerom - bo może i byłaby skłonna zdradzić jej numer.

I znowu: co z tego. Przecież prawdopodobieństwo, że gdzieś obok siedziałby oszust, któremu nagle by się poszczęściło, bo poznał kilka całkiem przydatnych informacji, które mógłby wykorzystać do wysłania spreparowanego maila, było śmiesznie niskie. Internetowi złodzieje mają więcej sposobów na to, aby wyłudzić co trzeba i wcale nie muszą fatygować się pociągami. Gdyby jakiś kieszonkowiec chciał poznać kierunek, w jakim współpasażerka się uda, po prostu by za nią poszedł. Nic wielkiego, ewidentnie przesadzam - a jednak miałem poczucie, że ta telefoniczna rozmowa nie powinna toczyć się w wagonie, pośród świadków. 

Takich sytuacji jest bez liku. Są one bardzo niewinne. Ktoś w rozmowie skarży się na znajomych, opowiada, co dzieje się w pracy, z oburzeniem relacjonuje zachowanie siostry. Do uszu docierają jedynie strzępki informacji, za pomocą których nie da się stworzyć całości obrazu, ale i tak czuję się niezręcznie. Bo coś jednak się da, szczególnie gdy sekrety zdradza osobą idąca przed tobą albo jadąca tym samym pociągiem.

Całkiem możliwe, że to ja jestem problemem - a raczej moje postrzeganie tego czegoś, co nazywam niedyskrecją. W końcu nie dzieje się nic złego, a ja chciałbym uciszać, uspokajać, okiełznywać cudzą ekspresję. Ale - tego przecież też nie można wykluczyć - może wszystko się łączy i to nie przypadek, że tak wiele osób gotowych jest wpisać hasło gdzie popadnie albo podać numer karty płatniczej przypadkowej osobie tylko dlatego, że podała się za pracownika banku. To ten sam zew, który każe głosić kod do domofonu całej ulicy i nie zgłasza przeszkód, gdy chwalimy się biletem na koncert (udostępniając kod QR innym) albo publikując zdjęcia, które powinni widzieć wyłącznie bliscy. Być może to wszystko jest więc efektem słodkiej naiwności i łatwowierności, że nie może spotkać nas nic złego za bycie przesadnie szczerym. To pozytywne odczucia i pewnie świat wyglądałby lepiej, gdybyśmy byli bardziej ufni, ale też czasami trzeba ugryźć się w język. Nigdy nie wiadomo, kto tak naprawdę jest po drugiej stronie. Albo pod twoim balkonem. 

Przy kasie wielokrotnie słyszę cudze numery telefonów

Wprawdzie mnie do niczego się nie przydadzą, ale ktoś mógłby zapisać i kraść promocje z nieswojego konta. To zresztą bardzo często się dzieje. I pewnie oszuści mają więcej sposobów na to, żeby wyłudzić czy poznać nasze numery, by później zalewać nas fałszywymi wiadomościami, ale nawet w sklepach nie utrudniamy im tego zadania. Proszę bardzo, niech pani wpisuje: mój numer to 505…

A co jeśli to wielkie "a niech nas usłyszą" jest celowe? To reakcja na rzeczywistość coraz bardziej szczelną, prywatną, poufną, pełną szlabanów, zamkniętych bram, kamer na każdym kroku. A niech słyszą, niech wiedzą - i co z tego, tacy już jesteśmy, żyjemy w społeczeństwie i to rozrzucanie sekretów na lewo i prawo jest tego przejawem, naturalną cechą. Albo nieświadomą kontrą, próbą zerwania się z łańcucha.

W Japonii - czytam w jednym z wpisów na portalu Linkedin - czytelnicy kupujący w księgarni dostają specjalne okładki, które zakrywają tytuł i autora. Nie chodzi nawet o to, że ktoś mógłby czytać jakąś gorszącą czy wstydliwą lekturę. Po prostu to twoja prywatna sprawa, co czytasz, i nikomu nic do tego. 

Dokładnie tę samą ochronną funkcję gwarantują telefony czy czytniki - nie wiadomo, kto co czyta, czego słucha, z jakich artykułów czerpie wiedzę. Czasami to i lepiej, ale ja lubię podglądać książki czytane przez innych. Przyznaję się do tej zwykłej ciekawości, by nie powiedzieć wprost: wścibskości. Wówczas wcale nie oceniam. Jedynie rozglądam się za znajomymi tytułami, jakby miały stanowić jakąś dziwną, niewidzialną więź pomiędzy mną a resztą. Jesteśmy, mamy podobne pasje, zainteresowania, nie musimy się znać ani ze sobą od razu rozmawiać, ale gdzieś jesteśmy obok siebie. Sama szansa na zetknięcie się z innym światem - podobnym bądź nie - to już coś. 

Jesteśmy trochę zawieszeni pomiędzy dwiema strategiami: jedna polega na trzymaniu wszystkiego pod kluczem, druga z kolei pragnie ujawnić wszystko, nie bacząc na konsekwencje. Może z tego zderzenia wyłoni się złoty środek. Bo z chęcią dowiem się, co inni czytają czy słuchają - choć może za sprawą koszulki, a nie piosenki puszczonej z telefonu w tramwaju - ale niekoniecznie muszą wiedzieć, jaki jest kod do ich klatki. 

Adam Bednarek
Redaktor

„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.