Drukarka w domu to finansowa pułapka. Płacisz za złudzenia
Kupujesz tanią drukarkę, żeby mieć spokój? Właśnie wpadasz w pułapkę kosztownych tuszy i zapchanych głowic. Gratulację.

Zakup drukarki do domu wydaje się na pierwszy rzut oka rozsądny. Kosztuje niewiele, grzecznie stoi w kącie pokoju i daje nam to miłe złudzenie, że w razie czego, jak będzie trzeba wydrukować PIT albo etykietę zwrotną, to po prostu to zrobisz. Problem polega jednak na tym, że przy sporadycznym używaniu ta tania atramentówka błyskawicznie zmienia się w patologiczny wręcz abonament, który pobiera opłaty w koszmarnie drogim tuszu, zszarganych nerwach i wiecznych komunikatach o błędzie.
Największy paradoks polega na tym, że w momencie zakupu sprzęt nie jest drogi. Właśnie dlatego to takie zdradliwe. Wchodzisz do elektromarketu i kupujesz urządzenie nierzadko taniej, niż kosztuje jeden komplet oryginalnych wkładów. Najczęstszym błędem konsumentów jest właśnie patrzenie wyłącznie na cenę samego urządzenia, bez uprzedniego policzenia kosztu wydruku. Tanie drukarki bardzo często okazują się gorszą wartością przy dłuższym użytkowaniu, a winę za to ponoszą niezwykle drogie wkłady. Producent wcale nie musi zarabiać na plastiku. Prawdziwym produktem nie jest drukarka. Prawdziwym produktem jest twoja dożywotnia zależność od uzupełniania w niej atramentu.
Tusz nie czeka wiernie, aż sobie przypomnisz o istnieniu drukarki. Tusz zasycha
Atramentówka to urządzenie, które najbardziej na świecie nienawidzi dokładnie tego, do czego ludzie kupują je najczęściej: spokojnego czekania w kącie na awaryjne użycie. Jeśli myślisz, że nie drukowałeś przez pół roku, więc pojemnik nadal powinien być pełny, to przypomnij sobie lekcje fizyki. Tusz to ciecz.
O ile nieotwarte kartridże mogą wytrzymać od 18 do 24 miesięcy, to po ich zainstalowaniu w urządzeniu tusz może zacząć wysychać już po 2-3 tygodniach bezczynności. Zjawisko to ma twarde, naukowe podstawy. W badaniach z 2022 r. dotyczących zjawisk w dyszach druku atramentowego naukowcy udowodnili, że podczas okresów bezczynności głowicy tusz potrafi odparowywać przy samym wyjściu z dyszy. Co gorsza, w tuszach wieloskładnikowych różne składniki odparowują w zupełnie różnym tempie, co zmienia ostateczny skład mieszaniny i negatywnie wpływa na powtarzalność wyrzutu kropli oraz jakość samego druku.
Drukarka zostawiona na kwartał nie budzi się ze snu jak np. laptop czy konsola do gier. Ona budzi się jak zaschnięty długopis leżący od roku na dnie szuflady. Producenci sugerują, że aby ograniczyć problemy z zapychaniem i zasychaniem dysz, należy drukować co najmniej 1 stronę co tydzień lub dwa. Jeśli ten nawyk kompletnie nie pasuje do użytkownika, to lepszym rozwiązaniem może być drukarka laserowa. Która oczywiście jest znacznie droższa.
Nie drukujesz? Drukarka i tak przepala twój atrament
Gdy po miesiącach przerwy na dokumencie pojawiają się białe pasy, to zazwyczaj odpalamy funkcję czyszczenie głowicy. Tu wpadamy w kolejną pułapkę. To wcale nie jest darmowa operacja serwisowa, ponieważ fizycznie zużywa ona tusz z twojego kartridża i zapełnia absorber tuszu, który w większości urządzeń trzeba cyklicznie wymieniać. Szczególnie wtedy, gdy za często odpalamy czyszczenie głowic
Przy przerywanym i sporadycznym drukowaniu część zakupionego tuszu nigdy nie trafia na papier, bo idzie wyłącznie na cykle konserwacyjne. Niektóre modele drukarek potrafią zużyć znaczącą część wkładów właśnie na operacje konserwacyjne. Przy określonych modelach urządzeń koszty tak zmarnowanego atramentu potrafiły przekraczać kilkaset złotych rocznie. Ty myślisz, że oszczędzałeś? Drukarka odpowiada: spokojnie, ja go zużyłam za ciebie.
Kilkaset stron z pudełka kontra rzeczywistość
Na opakowaniu tuszu widnieje informacja: wydajność kilkuset stron. Brzmi konkretnie. Problem jednak w tym, że norma ISO 24711, która za tą liczbą stoi, mierzy wydajność w sposób, który z domową rzeczywistością ma niewiele wspólnego – drukuje się bez przerwy zestaw pięciu standardowych stron, aż kartridż wyzionie ducha. Testowe warunki nie muszą odpowiadać normalnemu użytkowaniu, a podana liczba to tylko punkt porównawczy, a nie twarda deklaracja.
A potem przychodzi dom. Drukarka stoi miesiącami, głowica zasycha, robisz trzy czyszczenia, żeby wydrukować dwustronicowy PIT, i odkładasz sprzęt do następnej wiosny. Temperatura, wilgotność, papier, tryb druku, częstotliwość – wszystko to działa na niekorzyść tej wartości. Laboratorium to nie mieszkanie, a ciągły druk to nie rzeczywistość kogoś, kto włącza drukarkę raz na kwartał.
Model biznesowy i blokady na zamienniki
Niska cena drukarki w sklepie działa na nas jak lep na muchy, ale koszty na dobre zaczynają się dopiero po powrocie do domu. Faktyczny koszt wydruku zawsze liczy się poprzez parametr szacowanej liczby stron oraz cenę wkładów.
Do tego wszystkiego dochodzi celowe zamykanie klienta w ekosystemie producenta. Wielu z nich regularnie wrzuca aktualizacje firmware'u, które blokują zamienniki. Oficjalny powód? Bezpieczeństwo. Tak naprawdę jednak chodzi o to, żeby klient nie kupił tańszego tuszu innej firmy, tylko wrócił do sklepu po oryginał w cenie, która potrafi przebić wagę samej drukarki.
Przeczytaj także:
Niektórzy producenci idą jeszcze dalej, bo montują w kartridżach chipy, bez których sprzęt odmawia współpracy. Kupujesz taniej, ale drukarka wyświetla komunikat uszkodzony wkład i koniec. Nie ma tu mowy o pomyłce. To jest zaprojektowane tak, żebyś nie miał wyboru. A potem jeszcze subskrypcje na tusz, rejestracja konta i wymóg stałego połączenia z internetem. Kupiłeś drukarkę? Nie do końca. Zapisałeś się do ekosystemu, z którego trudniej się wypisać niż z siłowni w styczniu.
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.