Znów obiecują koniec zmiany czasu. I znów dam się nabrać
To nawet zabawne, że chęć pozbycia się konieczności zmiany czasu wepchnęła nas w dziwną czasową pętle: zdarzenia się powtarzają, a my w kółko przeżywamy to samo. To samo, czyli bolesne rozczarowanie.

Mogę tylko tęsknić za tym chojrakiem, którego zmiana czasu nie ruszała. Tego dawnego ja już nie ma, teraz każde kolejne przesuwanie wskazówek boli coraz bardziej, coraz mocniej demoluje codzienność. To prawda, potrafiłem znaleźć pozytywne aspekty, ale i one nie wystarczają. Straty są jednak za duże, aby dalej przymykać oko. Oszukiwać, udawać, że jest inaczej. W tym roku odkręciłem się gdzieś tak pod koniec kwietnia. Oczywiście lekarze i eksperci mówią, że to niemożliwe, skutki zmiany czasu mijają po ok. tygodniu, ale ja wiem swoje. Jeszcze chwilę przed majówką podchodziłem do okna i dziwiłem się, że o 15:30 jest jasno, jakbym dalej żył w zimowej rzeczywistości. Trzymała mnie mocno i nie chciała puścić. Dobrze, że zawsze miałem przy sobie zegarek. Gdybym musiał kogoś zapytać o godzinę, po usłyszeniu odpowiedzi zacząłbym drążyć: "ale na stare czy nowe?". Już boję się nadchodzącej zmiany czasu, tej jesiennej, najgorszej. Z każdym dniem jest coraz bliżej. Nawet teraz wiem, że długo nie będę w stanie uwierzyć, że lato tak szybko się skończyło, a złota polska jesień tylko przemknęła. Dla mnie dalej będzie 16:00, a nie 15:00.
Boli to wszystko bardziej, bo przecież zmiany czasu miało już nie być. Wtedy to całe przemijanie rzeczywiście przechodziłoby gładko, nie byłoby tej granicy, która uświadamiała o końcu i brutalnie kazała dostosowywać się do nowej rzeczywistości. Wstawaj wcześniej, wstawaj później! Nie byłoby na co czekać (trochę szkoda), ale też nie byłoby za czym tęsknić.
Jak dawno nam to obiecywano. Los sierot po tych niespełnionych deklaracjach to ciągłe sypanie soli na ich - nasze! - rany, które się nigdy nie zagoją. Tym bardziej smuci więc kolejny promyk nadziei.
Dariusz Klimczak, minister infrastruktury, na swoim twitterowym profilu napisał:
Jeszcze jedna pozytywna informacja! Komisarz przedstawił podejmowane obecnie działania Komisji Europejskiej nad przygotowaniem oceny wpływu zaprzestania sezonowych zmian czasu na terytorium UE. Cieszę się, że zostało to wprowadzone do agendy prac Rady ds. Transportu podczas Prezydencji Polski w Radzie UE, a dzisiaj ma swoją kontynuację.
Panie ministrze, tak się nie robi
Mnie już jest na sercu jakby lżej. Nagle ostatni weekend października nie zapowiada się aż tak źle. Powoli zaczynam kolportować tę fałszywą narrację o tym, że przecież będzie spało się godzinę dłużej. Wszelkie niedogodności wydają się być przeszkodą do wyeliminowania, zwykłą błahostką, jeśli znowu jest cień szansy na to, że pożegnamy zmianę czasu.
Cień? I to taki, który daje przyjemny chłód w gorący letni dzień. Wszak szef resortu zaczął, że to pozytywna informacja. Ocena wpływu natomiast musi być jedna: zmiana czasu nie ma sensu. Eksperci mówią o tym od dawna. Wystarczy przejrzeć stare publikacje, pokiwać głową z uznaniem, zastanowić się chwilę, czemu dopiero teraz na taki krok mamy się zdecydować, odpędzić od siebie ostatnie wątpliwości ("No bo skoro wcześniej zrezygnowano, to być może powód był poważny…" - mogliby uznać unijni urzędnicy) i przyklepać to, co konieczne. Nic prostszego.
- Zmiana czasu z chronobiologicznego punktu widzenia nie jest korzystna, ponieważ prowadzi do chwilowego rozsynchronizowania zegarów w naszym organizmie - mówiła PAP Patrycja Ściślewska, neurobiolożka z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.
W poniedziałki po zmianie czasu odnotowuje się więcej zawałów serca niż w pozostałe dni tygodnia. Obserwujemy także wzrost przypadków zaburzeń rytmu serca (zwłaszcza migotania przedsionków), udarów mózgu, a także wypadków komunikacyjnych, szczególnie z udziałem motocyklistów – wyjaśniała specjalistka chorób wewnętrznych i medycyny snu dr hab. Helena Martynowicz, prof. UMW z Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Zawodowych, Nadciśnienia Tętniczego i Onkologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Wszystko musi doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Owszem, miało już dawno, wtedy nie wyszło, ale teraz się uda. Uda, prawda?
Ja już jednak wiem, co się stanie
Eksperci powiedzą, że zmiana czasu rzeczywiście nie ma sensu. Kiedyś może faktycznie to się opłacało, dawne argumenty przekonywały, ale teraz więcej jest z tym szkody niż pożytku. Politycy pokiwają głowami. Będą gotowi chwycić za długopisy, by podpisać stosowne deklaracje, aż w końcu jakieś unijne państwo się rozmyśli, pojawią się wątpliwości i na ostatniej prostej znowu będzie to samo.
To zabawny paradoks, że dyskusja o zmianie czasu jest w istocie błędnym kołem. Cykl musi się powtórzyć. Odtwarzać będziemy wszystko, co zdążyliśmy już przeżyć. Teraz jest nadzieja, która będzie tylko rosnąć, by w końcu balon został przebity z hukiem, jak to miało miejsce przed laty. Chcąc zrezygnować ze zmiany czasu, ciągle gmeramy we wskazówkach, cofając się. Znowu jest 2018 r. Znowu możemy wierzyć, że lada moment nadejdzie chwila, w której przestawimy zegarki po raz ostatni.
A potem czeka nas kolejna podróż w czasie. Do momentu rozpalenia iskry nadziei.
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.