REKLAMA

"W Układzie Słonecznym znajduje się sonda obcych". Jest jednak jeden problem

Oto nowa fascynująca hipoteza - w Układzie Słonecznym znajduje się co najmniej jedna sonda lub statek obcych. Miłośnicy innych cywilizacji i kontaktu z nimi muszą jednak pochamować entuzjazm. Jest bowiem jeden, ale za to zasadniczy problem.

Oto nowa fascynująca hipoteza - w Układzie Słonecznym znajduje się co najmniej jedna sonda lub statek obcych. Miłośnicy innych cywilizacji i kontaktu z nimi muszą jednak pochamować entuzjazm. Jest bowiem jeden, ale za to zasadniczy problem.
REKLAMA

Wysłaliśmy w kosmos pięć listów w butelce. Voyagery, Pioneery oraz New Horizons opuszczą Układ Słoneczny, stając się naszymi pierwszymi międzygwiezdnymi ambasadorami. Nawet jeśli za tysiące lat będą już tylko martwymi bryłami metalu, stanowią namacalny dowód na to, że technologicznie rozwinięta cywilizacja jest w stanie budować sondy zdolne do opuszczenia macierzystego układu planetarnego. To z kolei rodzi natychmiastowe i fascynujące pytanie: czy ktoś inny przysłał swoje roboty do nas?

Nowa analiza opublikowana na arXiv przez astronoma T. Josepha W. Lazio pokazuje, że choć taka możliwość nie jest wykluczona, to w praktyce nasza zdolność do jej sprawdzenia pozostaje bardzo ograniczona.

REKLAMA

Aby sprawdzić, gdzie dokładnie leżą granice naszych możliwości, naukowiec posłużył się specjalną macierzą analizy sygnatur technologicznych. Pokazuje ona, jak bardzo jesteśmy ślepi na to, co może dziać się tuż pod naszym nosem.

Cztery typy technologicznych śladów w kosmosie

Lazio porządkuje problem wykrywania obcych artefaktów w sposób, który pozwala uporządkować intuicyjnie skrajnie trudne zagadnienie. Wykorzystuje przy tym schemat inspirowany raportami instytutu W.M. Keck Institute for Space Studies, dzieląc potencjalne obiekty na cztery kategorie.

REKLAMA

Pierwsza obejmuje pasywne sondy dryfujące w przestrzeni kosmicznej. To martwe lub nieaktywne urządzenia, które mogłyby przypominać planetoidy poruszające się po trajektoriach hiperbolicznych.

Druga grupa to aktywne sondy, które wciąż funkcjonują, korzystają z energii i wykonują pomiary. Trzecia kategoria dotyczy obiektów pozostawionych na powierzchniach planet i księżyców, które już nie działają, ale nadal fizycznie istnieją. Ostatnia obejmuje działające instalacje na powierzchniach ciał niebieskich, na przykład autonomiczne systemy badawcze lub górnicze.

REKLAMA

Każdy z tych przypadków oznacza zupełnie inne wyzwania obserwacyjne, ale wszystkie sprowadzają się do jednego pytania: czy jesteśmy w stanie odróżnić technologię od natury?

Lazio stawia przy tym dość szokującą hipotezę - w Układzie Słonecznym znajduje się dziś przynajmniej jedna fizyczna sygnatura technologiczna obcego pochodzenia, statek, sonda lub instalacja. Jednak wynik analizy okazał się bezwzględny. Ludzkość na obecnym etapie rozwoju nie jest w stanie ani potwierdzić, ani skutecznie zaprzeczyć temu twierdzeniu.

Więcej na Spider's Web:

REKLAMA

Kiedy rakieta NASA udaje planetoidę

Najłatwiej, przynajmniej w teorii, powinno pójść nam z wykrywaniem obiektów swobodnie dryfujących w przestrzeni. Problem nie polega jednak na samym dostrzeżeniu anomalii, ale na udowodnieniu, że nie jest ona po prostu kolejną naturalną skałą.

Za każdym razem, gdy do Układu Słonecznego wpada międzygwiezdny gość, taki jak choćby kometa 3I/Atlas, w mediach i świecie naukowym natychmiast wybuchają dyskusje, czy to przypadkiem nie obcy statek szpiegowski.

REKLAMA

Doskonałym przykładem tego, jak łatwo o pomyłkę, jest historia obiektu o nazwie 2020 SO. Kiedy dostrzeżono go kilka lat temu, poruszał się po niezwykle dziwnej orbicie i z miejsca został sklasyfikowany jako nietypowa planetoida.

Dopiero szczegółowe badania spektroskopowe w bliskiej podczerwieni ujawniły prawdę. Widmo obiektu idealnie odpowiadało właściwościom stali nierdzewnej oraz polifluorku winylu. A więc był to twór techniczny.

Okazało się jednak, że rzekoma planetoida to w rzeczywistości człon Centaur amerykańskiej rakiety z misji Surveyor 2, wystrzelonej przez NASA w 1966 r. Skoro potrafimy pomylić własny złom z naturalną skałą, odróżnienie obcej sondy od milionów planetoid graniczy z cudem.

REKLAMA

Ślepota megapikseli i niszczycielski czas

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda na powierzchniach planet i księżyców. Ktoś mógłby argumentować, że przecież na Marsie bez trudu fotografujemy ślady kół naszych łazików czy porzucone spadochrony.

To prawda, ale wiemy dokładnie, gdzie patrzeć. Większość ciał niebieskich w naszym systemie została zmapowana w rozdzielczości, która pozwala dostrzec jedynie obiekty wielkości gigantycznych megastruktur.

Przykładowo, zdjęcia satelitów Saturna mają średnią rozdzielczość rzędu jednego kilometra na jeden piksel. Nawet nasz Księżyc, choć obfotografowany z dokładnością do pół metra na piksel, został pokryty tak szczegółowymi zdjęciami jedynie w niewielkim procencie.

REKLAMA

Gdybyśmy dysponowali idealnym sprzętem szpiegowskim, na przeszkodzie stoi upływ czasu. Jeśli obca sonda wpadła w atmosferę Jowisza, przepadła na zawsze. Na powierzchni teoretycznie spokojnego Marsa mikrometeoryty, promieniowanie słoneczne i potężne burze pyłowe są w stanie zetrzeć w pył każdy pasywny artefakt w ciągu kilku milionów lat. W skali historii kosmosu to zaledwie mrugnięcie okiem.

Ciepło, cieplej, zimno

Szansą pozostają sondy aktywne. Każda działająca maszyna musi podlegać prawom termodynamiki, co oznacza, że generuje ciepło odpadowe. W efekcie powinna być wyraźnie gorętsza od otaczającego ją, lodowatego środowiska kosmicznego.

Przeglądy nieba realizowane przez teleskop WISE wykryły już wiele obiektów o anomalnych właściwościach termicznych. Tworzenie modeli matematycznych dla temperatur kosmicznych skał jest jednak tak skomplikowane, że na podstawie samych odczytów termicznych nie da się wydać jednoznacznego werdyktu. Ludzkości brakuje po prostu zasobów i teleskopów, by monitorować każdy podejrzany punkt na niebie.

Nadzieję na przełom przynoszą nadchodzące, masowe przeglądy nieba. Projekty takie jak Vera C. Rubin Legacy Survey of Space and Time, misja SPHEREx czy Near-Earth Object Surveyor dostarczą w najbliższych latach milionów niezwykle szczegółowych profili obiektów krążących w naszym sąsiedztwie.

REKLAMA

Przesiewanie tych gigantycznych baz danych za pomocą zaawansowanych algorytmów pozwoli wyłonić najbardziej podejrzane anomalie, które będą kwalifikowały się do dalszych badań.

Dopóki jednak nie wyślemy fizycznej sondy w pościg za konkretnym, podejrzanym obiektem, by obejrzeć go z bliska, nie będziemy mieć pewności. Wszystko wskazuje na to, że inicjatywa SETA, czyli poszukiwanie pozaziemskich artefaktów, po latach pozostawania w cieniu klasycznego SETI, w końcu doczeka się swoich pięciu minut.

REKLAMA
Bogdan Stech
Redaktor

Dziennikarz Spider's Web, zajmuje się tematyką militariów i obronności. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Pisze o nowych technologiach, takich jak broń hipersoniczna czy laserowa. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA