Kraków chce haraczu od turystów. Ja bym zapłacił
Jako turysta-hipokryta zgadzam się, że powinniśmy dołożyć coś od siebie.

Nie było w tym momencie osoby, której zazdrościłbym czegoś bardziej na świecie. Właściwie ta pozytywna odmiana tego uczucia - "ach, ten to ma dobrze" - trzyma mnie jeszcze do teraz. Pan w słoneczny dzień wyszedł na balkon na ostatnim piętrze niedużej kamienicy. Przed sobą miał uroczy widok na uliczki Kazimierza i mały placyk. Usiadł na leżaku i szykował się do czytania książki. Słońce jeszcze nie przygrzewało tak mocno, temperatura była idealna. Żyć, nie umierać. To mógłbym być ja! Niedzielny poranek w słońcu, a wieczorem przyjemny chłód wlatywałby do nagrzanego mieszkania.
Bardzo łatwo zachwycam się miejscami i szybko wyobrażam sobie, że właśnie tu chciałbym - wolałbym! - mieszkać. Wystarczy mi weekend w Olsztynie, aby później przez tydzień w wyobraźni wydeptywać ścieżki nad jeziorem Długim. Doba w Gdańsku sprawia, że tęsknota za morzem jest silna, jakbym co najmniej urodził się na statku. Nawet krótki pobyt w Kaliszu utwierdzał mnie, że tak, to przyjemne miejsce do życia - blisko w rodzinne strony, ale i do Poznania czy dalej, ładny park, rzeka, spokojny, ładny rynek.
W miarę szybko mi przechodzi, ale najpierw jest okres, w którym romantyzuję daną okolicę i swój pobyt. Nie mieszkając, mam ulubione miejsca. Wiem, gdzie bym chodził, jaką drogą pokonywałbym wracając ze sklepu (nie wiedząc nawet, gdzie jest najbliższy warzywniak). W tamtym momencie w głowie prowadziłem dyskusję sam ze sobą, czy na miejscu pana z książką też siedziałbym na leżaku na balkonie, ciesząc się porannym ciepłem lata, czy może wolałbym spędzić ten dzień na dole, szwendając się ulicami, gdzie potężne drzewa dawały tak przyjemny cień. Tyle opcji, tyle możliwości, a tymczasem trzeba wracać.
Jednocześnie spacerując po Kazimierzu jakoś nie mogłem sobie wyobrazić, że toczy się tu normalne, zwykłe życie. Wśród turystów miałem wrażenie, że ta dzielnica nie istnieje naprawdę. Jest czymś pomiędzy, na pewno nie czymś realnym - opanowana przez historię, dotknięta minionym światem i jednocześnie pomazana zabawą, czasem wolnym, relaksem i odpoczynkiem turystów. Słysząc przeróżne języki, widząc rozradowanych, ale i zmęczonych ludzi targających w upale walizki i ciężkie plecaki, nie mogłem dostrzec prawdziwego, codziennego życia. Kiedy ono się toczy? O czwartej nad ranem? Widok pana w oknie, który palił papierosa i obserwował zatłoczoną, dość głośną uliczkę, był tak samo nierealny. Ciekawe, czy już się przyzwyczaił do tego zgiełku, polubił go, czy może za każdym razem kiedy dopala przeklina nas, turystów, pod nosem. Znowu hałasują! Nie mogą siedzieć u siebie? Proszę pana, pewnie, że możemy, ale tu jest tak ładnie.
Zachwycając się widokiem turystów siedzących pod daszkami zastanawiam się, jak to jest mijać ich dzień w dzień. I sam wiem, że jestem tą masą, jednym z 16 mln ludzi, którzy przetaczają się przez to miasto, przez twoją ulicę. Mam wrażenie, że nie jestem specjalnym obciążeniem, w odróżnieniu od tych imprezowiczów, którzy ubrani w specjalne koszule czy kamizelki celebrują ostatnie chwile kawalerstwa, ale przecież ja też nagle zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcie budynku i nagle kogoś wstrzymuję. Kogoś, kto wraca zmęczony z pracy, jest głodny, przed chwilą nadział się na wycieczkę, musiał przejść na drugą stronę i teraz, znowu coś nie tak, kręcę się ja z tym głupim aparacikiem.
Fotografuję czyiś balkon, jakby był atrakcją turystyczną - bo trochę jest, ale to jednak czyjeś kwiaty, czyjeś pranie się suszy. Kiedy w Porto zatrzymałem się, by sfotografować sklep z miotłami, mój zachwyt, że takie miejsca jeszcze istnieją, mógł przecież zdenerwować lokalnego mieszkańca, który właśnie szedł odebrać swoją miotłę, a ja mogłem mu w tym przeszkodzić swoim wierceniem się po lepsze ujęcie. Sklepu z miotłą nie widział? (Nie widziałem).
Moje zrozumienie dla haseł wypędzających turystów jest jeszcze gorsze
Co z tego, że rozumiem motywację, jeśli i tak dalej przykładam do tego rękę, bywam zawalidrogą, zajmuję miejsca w kawiarniach, czasem autobusach, tramwajach i pociągach. Jasne, nie przesadzajmy z tym samobiczowaniem, bo przecież wraz z turystyką idą pieniądze, ogromne pieniądze. Rozwijają się biznesy, sklepiki zarabiają itd.
Łatwo mi się mądrzyć z tą całą ekonomią, ale czy gdybym mieszkał w historycznej kamienicy, pod którą codziennie zatrzymują się liczne wycieczki, gdybym codziennie słyszał pokrzykiwania w coraz to innych językach, czy nadal byłbym tak samo wrażliwy i empatyczny?
Dlatego całkiem uczciwe jest danie coś w zamian. Kraków po raz kolejny upomina się o opłatę turystyczną. Klub radnych Kraków dla Mieszkańców zauważył, o czym informuje Radio Kraków, że Polska jako jeden z niewielu krajów w Europie nie pobiera jeszcze opłat za noclegi od przyjezdnych.
- Jak my jako Polacy jeździmy gdziekolwiek do krajów europejskich, zawsze płacimy za nocleg dodatkową opłatę, która zostaje dla lokalnej gminy, samorządu, który może sobie wydać te pieniądze na co mu się podoba. Kraków rocznie traci na każdym sezonie turystycznym 50 do 100 milionów zł. Tyle byłoby wpływów do budżetu, gdyby taka opłata wynosiła około 2 euro - wyjaśnia cytowany przez rozgłośnię radny Łukasz Maślona z klubu Kraków dla Mieszkańców.
Wiosną wiceminister sportu i turystyki Ireneusz Raś proponował, by opłata turystyczna odpowiadała średniej europejskiej, czyli ok. 11 zł za dobę.
- To pozwoliłoby finansowo wesprzeć infrastrukturę, organizację wydarzeń lokalnych i ochronę środowiska w miejscowościach, które przyciągają najwięcej gości - tłumaczył Raś.
Projekt Polski 2050 zakładał, że najpierw turyści płaciliby maksymalnie 5 zł za dobę. Lewica twierdziła natomiast, że opłata powinna być powiązana z minimalną stawką godzinową wynagrodzenia i wynosić maksymalnie 25 proc. jej wartości.
Pewnie pojawią się głosy, że to kolejna opłata, która uderzy szczególnie w najbiedniejszych, rodziny z dziećmi, które po prostu chcą spędzić miło czas. Jeszcze jeden podatek, sięganie po kieszeni. Nie dość, że bilety droższe, to jeszcze to! I owszem, można tłumaczyć, że turyści już i tak dużo wydają, promują region, dokładają cegiełkę do tego, że są w Krakowie, a nie - dajmy na to - Łodzi, na czym zyskuje krakowski taksówkarz, sprzedawca obwarzanków, właściciel delikatesów. Traci zaś łódzki taksówkarz, sprzedawca żulika, właściciel delikatesów.
Tyle że tak naprawdę zarabiają nieliczni, a spora część mieszkańców na turystyce też traci. Kraków tylko w 2025 r. odwiedziło 16 mln ludzi. Pewnie, że jest z czego być dumnym, ale to również pewne utrapienie w codziennym życiu. Dlatego nie widzę niczego złego w rekompensacie za gościnność.
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.