Cyfrowa suwerenność to fikcja. Polskie prawo tworzymy pod dyktando gigantów
Polska cyfrowa suwerenność ma się doskonale. Przynajmniej w gabinetach Rady Ministrów, na konferencjach prasowych i w elegancko oprawionych dokumentach strategicznych. W rzeczywistości jak Polska była kolonią wielkich firm technologicznych, tak jest. Wszystko w majestacie prawa.

Kiedy wczytamy się w "Politykę zakupową państwa na lata 2026–2029", serce rośnie: publiczne miliardy mają wreszcie budować tzw. local content – wspierać rodzimą myśl techniczną, stymulować innowacje i unikać upokarzającego uzależnienia od technologicznych potęg z Doliny Krzemowej czy innych globalnych hubów.
Potem jednak urzędnik siada do komputera, otwiera edytor tekstu i zaczyna pisać Opis Przedmiotu Zamówienia (OPZ). Czar pryska, a suwerenność ląduje w koszu.
Podręcznikowego przykładu dostarcza właśnie finał wielomilionowego przetargu w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Instytucja, która przetwarza najbardziej wrażliwe dane milionów Polaków, szukała systemu kopii zapasowych (backupu). Efekt? Choć w szranki stanęli polscy integratorzy, a najniższa oferta opiewała na niespełna 8,4 mln zł (najwyższa, z prawem opcji, przekraczała 16,6 mln zł), to prawdziwym zwycięzcą i tak jest zagraniczny gigant. Polskie firmy produktowe mogły jedynie popatrzeć przez szybę.
Jak to się robi w majestacie prawa? Kluczem jest urzędnicza nowomowa i technologia tworzenia barier nie do przejścia. ZUS nawet specjalnie nie krył swoich intencji – nazwę konkretnego, zagranicznego systemu wpisał bezpośrednio w tytuł postępowania: "Zakup oprogramowania Veeam Data Platform Advanced lub równoważnego…".
Każdy prawnik zajmujący się Prawem Zamówień Publicznych wzruszy w tym momencie ramionami: "Przecież dodano magiczną formułę lub równoważny, więc wszystko jest w porządku". No właśnie nie jest.
W praktyce owa "równoważność" to czysta iluzja, listek figowy mający zasłonić fakt, że specyfikacja została przepisana z folderu marketingowego jednego, konkretnego producenta. Zamiast określić swoje potrzeby biznesowe i bezpieczeństwa – na przykład: "system ma odtworzyć dane w takim a takim czasie i gwarantować taki poziom szyfrowania" – ZUS precyzyjnie odwzorował architekturę techniczną oprogramowania Veeam. Wymogi dotyczące pełnej "bezagentowości" dla wszystkich funkcji odtwarzania czy specyficzna integracja z technologią VMware VAIO to technologiczny klon jednego produktu. Żadne autorskie, alternatywne oprogramowanie z Polski – choćby nie wiem jak bezpieczne – nie jest w stanie posiadać identycznej, unikalnej genetyki.
To jednak nie wszystko. Na śmiałków, którzy chcieliby rzucić wyzwanie status quo, czekała pułapka ostateczna: wymóg bezkosztowej i bezproblemowej migracji... 1,9 petabajta danych archiwalnych. Co więcej, system "równoważny" musiał bezpośrednio zaimportować dotychczasową bazę katalogową, która stanowi zamkniętą własność intelektualną dotychczasowego dostawcy.
Dla polskiej firmy produktowej to technologiczny i finansowy wyrok śmierci. Ryzyko operacyjne i koszty przenoszenia gigantycznych zbiorów z zamkniętego formatu zagranicznego systemu przerzucono w całości na wykonawcę. Komunikat dla rynku był jasny: "Możecie wystartować, pod warunkiem, że wasz produkt jest identycznym klonem rozwiązania, które już mamy".

Choroba systemowa
To, co wydarzyło się w ZUS, to nie jest odosobniony incydent, błąd przemęczonego urzędnika czy jednorazowa wpadka. To systemowa choroba polskiego sektora publicznego. Urzędnicy, często nie ze złej woli, ale z wygodnictwa i strachu przed nowym, cierpią na syndrom uzależnienia od raz poznanej technologii.
Pamiętamy przecież głośny przetarg ZUS z 2023 roku, wart ponad 20 milionów złotych. Chodziło o sprzęt do bezpiecznego składowania kopii zapasowych. Wtedy urząd zażądał, by nowe urządzenia idealnie pasowały do infrastruktury dostarczonej wcześniej przez firmę Dell. Żeby było zabawniej, w oficjalnych dokumentach przetargowych zamiast neutralnego opisu technicznego pojawił się termin "Cyfrowy Bunkier" – pojęcie żywcem wyjęte z haseł reklamowych Della.
– Zamawiający w sektorze publicznym często definiują wymagania poprzez odwzorowanie architektury rozwiązań, które już znają, zamiast opisywać je poprzez oczekiwane rezultaty biznesowe. W praktyce połączenie unikalnych cech jednego producenta z obowiązkiem przeniesienia gigantycznych baz danych na koszt wykonawcy tworzy barierę ekonomiczną i technologiczną nie do przebicia. W efekcie powstaje strukturalny asymetryzm: zamawiający traci szansę na dywersyfikację dostawców i optymalizację kosztów, a rodzimy sektor technologiczny zostaje pozbawiony możliwości budowania strategicznych referencji – komentuje Łukasz Jesis, członek Rady Związku Polska Chmura.
Ryzyko, za które płacimy potrójnie
Dlaczego ta urzędnicza wygoda powinna nas wszystkich niepokoić? Bo uderza w nas potrójnie.
Po pierwsze – to ordynarny drenaż kapitału. Miliony złotych z podatków, zamiast zasilać polski ekosystem IT, budować krajowe kompetencje i wracać do budżetu w postaci podatków tutejszych inżynierów, są bezrefleksyjnie transferowane za granicę. Kupujemy gotowe pudełka, zamiast inwestować we własne fabryki kodu.
Po drugie – to blokowanie rozwoju. Jeśli polskie firmy produktowe, które mają potencjał i kompetencje, są systemowo odcinane od wielkich zamówień we własnym kraju, nigdy nie zbudują bazy referencyjnej pozwalającej na ekspansję zagraniczną. Państwo zamiast kołem zamachowym gospodarki, staje się hamulcowym.
I po trzecie, najważniejsze – bezpieczeństwo i geopolityka. Brnięcie w model vendor lock-in (czyli totalnego uzależnienia od jednego dostawcy) w obszarze systemów backupu infrastruktury krytycznej to igranie z ogniem. W czasach, gdy cyberwojna nie jest już fabułą filmów science-fiction, a realnym zagrożeniem, oddawanie kontroli nad kopiami zapasowymi kluczowych rejestrów państwowych w ręce jednego, zagranicznego podmiotu jest przejawem strategicznej ślepoty. Jeśli ów podmiot zmieni politykę licencyjną, podniesie ceny o kilkaset procent albo – w skrajnym scenariuszu geopolitycznym – ograniczy wsparcie dla naszego regionu, polskie państwo zostanie z ręką w nocniku.
Dopóki publiczne instytucje będą traktować rządowe strategie jako zestaw niezobowiązujących pobożnych życzeń, dopóty będziemy cyfrową kolonią. Bogatą kolonią, która posłusznie płaci abonament za zagraniczne bezpieczeństwo, wmawiając sobie, że jest suwerenna, bo na dokumencie przetargowym dopisała słowa "lub równoważny".
– Mam wrażenie, że w Polsce funkcjonują dziś dwie równoległe rzeczywistości. W pierwszej słyszymy o suwerenności cyfrowej, wzmacnianiu krajowych kompetencji technologicznych i budowie niezależności od zagranicznych dostawców. W drugiej, tej realnej, zakupowej, kolejne instytucje publiczne kierują miliardy złotych do tych samych globalnych graczy – komentuje Wiesław Wilk, wiceprezes Zarządu Polcom, Przewodniczący Związku Polska Chmura.
Problem nie polega wyłącznie na tym, że wygrywa zagraniczna firma. Problem polega na tym, że bardzo często polskie przedsiębiorstwa nie mają nawet szansy stanąć do uczciwej rywalizacji.
– Jeśli państwo chce rozwijać krajowy sektor technologiczny, to musi stworzyć warunki, w których rodzime firmy mogą zdobywać doświadczenie przy strategicznych projektach. W przeciwnym razie będziemy w nieskończoność finansować rozwój kompetencji technologicznych innych państw, podczas gdy własne pozostaną niewykorzystane – dodaje Wilk.
Warto też zadać pytanie, jak ma wyglądać polska suwerenność cyfrowa za 10 czy 15 lat, jeśli już dziś najważniejsze systemy państwa budujemy niemal wyłącznie w oparciu o technologie dostarczane z zewnątrz.
Krytyk nowych mediów i czujny obserwator cyfrowej transformacji. Opowiada o technologiach z ludzkiego punktu widzenia: chętnie piszę o konsekwencjach rozwoju sztucznej inteligencji i jej wpływie na społeczeństwo, kulturę i media. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" (w redakcji gospodarczej, a także w magazynie weekendowym i "Dużym Formacie"), Newsweeku, Forbes, Polityce, Przeglądzie. Absolwent dziennikarstwa i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim i podyplomowych studiów digital media na Uniwersytecie SWPS. Pasjonat pięknej literatury, dobrego kina i mądrej sztuki. Dwukrotny Finalista Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego (za rok 2023 i 2024). Nominowany do Nagrody Grand Press w kategorii Publicystyka (za rok 2025).