Media  / Felieton

Moi koledzy zachwycają się, gdy goście Jimmy'ego Fallona mówią dzień dobry. Ja wolę Kubę Wojewódzkiego

Moi redakcyjni koledzy chętnie mi dogryzają, że lubię program Kuby Wojewódzkiego i że to w ogóle nie jest poziom amerykańskiego talk-show. Uwielbiają, gdy Jimmy Fallon dusi się teatralnym śmiechem, gdy jego gość powie "dzień dobry", a jeszcze inny prowadzący zaprezentuje błyskotliwy żart, nad którym przez tydzień pracowało pół piętra scenarzystów. 

Ich zdaniem Kuba Wojewódzki umie mówić tylko o seksie i biuście Natalii Szreder. Ja nie zauważyłem, by dziennikarz w swoim show tylko do tego się ograniczał, ale od zawsze powtarzałem, że w tym programie każdy znajdzie to, co najbardziej go interesuje. Widocznie moi koledzy właśnie to chcieli tam znaleźć.

"Zawsze powtarzałem", czyli od 16 lat - bo tyle dziennikarz z autorskim show utrzymuje się już na wizji. Kiepsko wyglądają na tym tle zarzuty, że potrafi mówić tylko o jednym, bo względną świeżość utrzymał już przez przynajmniej trzy medialne epoki, a widzowie jakoś nie chcą spuścić go w otchłań zapomnienia z Michałem Wiśniewskim, Piotrem Kupichą, Dodą Elektrodą, Szymonem Majewskim, Tomaszem Lisem czy Kamilem Durczokiem, który coś tam wprawdzie próbował, ale jakoś come back do telewizji nie zakończył się sukcesem.

Program ewoluował, miał trochę lepsze i trochę gorsze okresy. Był taki czas, że cała Polska włączała Polsat i potem jeszcze przez chwilę TVN, by dowiedzieć się, co naczelny Stańczyk kraju powie na tematy polityczne. Jak przywali jednym i jak przywali drugim.

Moim zdaniem w tym właśnie studiu padały pytania, których nikt inny nie odważył się zadać, gdzieś tam pod cyckami jednej czy drugiej piosenkarki swoją spowiedź zaliczał Piotr Gembarowski. Piotr Gembarowski, wyjaśnię młodszym widzom, zrobił w TVP coś takiego, co powinien zrobić Krzysztof Ziemiec, gdyby miał odwagę być poważnym dziennikarzem. I niestety udowodnił, że bycie poważnym dziennikarzem nie jest w naszym kraju opłacalne.

Gdzieś tam w tej fontannie skojarzeń seksualnych znalazło się mniej lub bardziej udane odmitologizowanie znanych polskich polityków. Pokazanie jak wielu cenionych polskich aktorów to tak prywatnie skończeni idioci. I w drugą stronę - na kogo warto zwrócić uwagę, bo niewątpliwie ma potencjał.

Program Kuby Wojewódzkiego, podobnie jak sam prowadzący, niepozbawiony różnych odcieni szarości, jest jednym z najważniejszych, jak dotąd wydarzeń medialnych XXI wieku nad Wisłą.

Co zresztą najdobitniej pokazuje ranga showbiznesowa i komercyjna samego prowadzącego, w ostatnich latach przygasająca tylko nieznacznie i choć reklama kremów przeciwzmarszczkowych na Instagramie albo napojów gazowanych gorszego sortu dość mocno kłócą się ze skrzętnie budowanym od lat wizerunkiem, to jednak nadal nie ma wątpliwości - Wojewódzki jako jedna z nielicznych osób w Polsce gra w randze Lewandowskiego. Znanego raczej miliardom, a nie milionom.

Stan rzeczy utrzyma się najwyraźniej jeszcze przez jakiś czas, ponieważ Kuba Wojewódzki najpierw trafnie rozbudował swoją formułę o internet (moim skromnym zdaniem jest jedyną interesującą pozycją w player.pl), media społecznościowe, a teraz odzyskuje widownię telewizyjną. Ostatni, wiosenny sezon talk-show oglądało średnio 1,21 mln osób, o 170 tys. widzów więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej dając TVN w czasie emisji pozycję lidera rynku telewizyjnego.

16 lat na antenie i zarazem 16. rocznica tego, gdy ktoś po raz pierwszy wypowiedział słowa, że Kuba Wojewódzki się kończy. A najlepsze jest to, że spora w tym sukcesie zasługa moich kolegów, bo jak powszechnie wiadomo gwiazda nie gaśnie, gdy wszyscy jej nienawidzą. Gwiazda gaśnie z chwilą, gdy przestaje kogokolwiek obchodzić.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst