REKLAMA

Kupowalibyśmy w Polsce elektryczne samochody, gdyby nie jeden mały szczegół

Tylko w lipcu z salonów samochodowych w Polsce wyjechało 29 598 nowych pojazdów osobowych i lekkich dostawczych. Tymczasem w półtora roku samochodów elektrycznych sprzedano zaledwie 63.

Kupowalibyśmy w Polsce elektryczne samochody, gdyby nie jeden mały szczegół
REKLAMA

Puls Biznesu raportuje o niezwykle niskiej sprzedaży aut elektrycznych nad Wisłą, szczególnie w zestawieniu z tym, co dzieje się w Niemczech, Francji, czy Holandii. Nikogo jednak takie wyniki nie powinny dziwić. W końcu zakup pojazdu, a w szczególności elektryka nie jest tani.

REKLAMA

Samochody elektryczne są drogie, albo inaczej ujmując, są znacząco droższe od swoich spalinowych odpowiedników. Oszczędności przy eksploatacji nie są w stanie tych początkowych kosztów pokryć. Poza tym krótkie zasięgi dodatkowo ograniczają potencjał tych samochodów.

Dlatego w Polsce samochody elektryczne sprzedają się wręcz dramatycznie słabo. Renault sprzedał zaledwie dwa egzemplarze ZOE, Nissan w tym roku 10 Leaf'ów, a BMW 15 sztuk modelu i3. Według danych Samaru do Polski trafiły też 4 Tesle.

REKLAMA

Można zadać sobie pytanie, że skoro samochody elektryczne są nieopłacalne, to dlaczego w ogóle sprzedano 63 sztuki? Odpowiedź jest prosta - moda, ekologia, prestiż. Skoro coś jest w sprzedaży i jest do tego dorobiona odpowiednia ideologia, to znajdzie swoich nabywców. A kupując samochód elektryczny, kupujemy - przynajmniej teoretycznie - dbałość o środowisko, naturę, oszczędność. Dopłacenie do takiego samochodu może mieć sens na przykład wtedy, gdy nasza firma chce podkreślić właśnie taki wizerunek. Dlatego w Polsce część pojazdów elektrycznych trafiła do firm zajmujących się energetyką.

REKLAMA

W normalnym warunkach liczby na zachodzie wyglądałyby podobnie jak u nas. Może w Niemczech byłoby to 300 pojazdów, a we Francji 200, ale generalnie statystyki byłyby dość zbliżone. Sytuację zmienia jednak stymulowanie popytu na samochody elektryczne poprzez ulgi i liczne przywileje. Państwa dotują samochody elektryczne na potęgę - we Francji jest to 7 tys. euro, a w Niemczech nabywcy są zwolnieni przez 10 lat z podatku drogowego. Do tego dochodzi jeszcze możliwość jazdy buspasami, darmowe miejsca parkingowe, darmowe stacje ładowania, czy możliwość wjazdu do ścisłego centrum miasta.

REKLAMA

To wszystko przekonuje konsumentów do zakupu samochodów elektrycznych. W Polsce również przemysł samochodowy lobbuje za takimi posunięciami, a w sferach rządowych prowadzone są odpowiednie debaty. Warto jednak pamiętać, że efekty mogą być krótkotrwałe.

W Estonii szaleńcza sprzedaż samochodów elektrycznych i hybrydowych spowodowała, że w przyszłym roku dotacji już nie będzie. Norwegia boryka się z korkami na uprzywilejowanych pasach ruchu. Czar samochodów elektrycznych może wkrótce prysnąć, gdy wyczerpią się rządowe źródełka w poszczególnych państwach.

Samochody elektryczne dziś są bardzo praktycznym rozwiązaniem w mieście i wciąż są jedną z dróg, jaką motoryzacja obrała sobie na najbliższe lata. Polski rynek dobrze jednak odzwierciedla, że bez wsparcia państwa, samochody te są po prostu dla większości za drogie. A to, czy rzeczywiście są ekologiczne i finalnie tańsze w eksploatacji pozostaje kwestią innych rozważań.

Paweł Okopień
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA