Ponad cztery lata pełnoskalowej wojny w Ukrainie to czas, gdy także Polska się zmieniała. Dziś nasz kraj zamieszkuje prawie 2 miliony obywateli Ukrainy i Polaków z ukraińskimi korzeniami. Ostatnie lata to także cała paleta uczuć, postaw i emocji. Miłość, gniew, poświęcenie, wiara, zło, naiwność, herozim. To bardzo złożony obraz, który spróbujemy tutaj odczytać.
Miłość
Był 25 lutego 2022 roku – od kilkudziesięciu godzin trwała pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę. Przez granicę w ciągu doby przewalały się dziesiątki tysięcy ludzi. Marek patrzył na to i czekał: Pełne gniewu, niedowierzania, żalu patrzył i myślał: "Jak to, do cholery, możliwe w XXI wieku, w Europie?" – myślał. Widział zło i wojnę na własne oczy. Ale była w nim też miłość. Wierzył, że za chwilę zobaczy swoją dziewczynę, a przy okazji pozna jej mamę, siostrę i ciocię. Co prawda liczył na to, że pierwsze spotkanie z potencjalną teściową odbędzie się w znośniejszych okolicznościach, ale wiedział, że tu i teraz liczą się inne wartości: poświęcenie i wiara w lepsze jutro. Heroizm pozostawił Wierze. To ona z mamą, siostrą i ciocią pokonała ostatnie 40 kilometrów do granicy na piechotę. W końcu spotkali się z Markiem, z którym od pół roku mieszkała w Krakowie. Zabrał całą czwórkę do siebie. Pomógł znaleźć rodzinie Wiery pracę, potem własne mieszkanie. Przez długie miesiące na jego profilu na Facebooku wisiała flaga Ukrainy.
Dziś żółto-niebieską flagę zastąpiła biało-czerwona. Wiera nadal mieszka w Polsce, ale z Krakowa przeniosła się do Warszawy. Jej mama i ciocia wróciły do Żytomierza, a siostra już w 2024 roku wyemigrowała do Kanady. Marek nie czuje już sympatii do Ukrainy ani do Ukraińców. Gdy pytam go o tę zmianę, odpowiada krótko:
– Są niewdzięczni. Pomagałem, bo była Wiera, pomagałem jak wszyscy, ale gdy widzę, co się teraz dzieje, po prostu mi się to nie podoba. Oni nas nie szanują.
Dopytuję o szczegóły: na czym polega ta niewdzięczność i brak szacunku? Pytam też, czy ma żal do Wiery.
– To nic osobistego. Z Wierą zawsze było OK. Rozstaliśmy się w dobrych stosunkach, to nie o nią chodzi. Ogólnie widzę, że z Ukraińcami nie dzieje się dobrze, poczuli się jak u siebie, ich władze chcą dyktować warunki w relacjach z Polską – wyjaśnia.
Po chwili wylicza: sprawa zboża, Wołyń, UPA; to, że Kijów woli rozmawiać z politykami z innych krajów, a Polskę traktuje jak magazyn logistyczny. Marek nie ukrywa zdegustowania:
– Ciągle słyszę, że jakiś Ukrainiec kogoś pobił. Przecież to codzienność, mają swoje gangi i grupy. Nie po to ich przyjmowaliśmy, żeby teraz robili tutaj chaos.
Gdy pytam, skąd czerpie wiedzę o pobiciach, atakach i przykładach niewdzięczności, odpowiada wprost: z internetu. Z Wierą nie ma już kontaktu, skupił się na pracy, od polityki trzyma się z daleka, ale uważa, że Polską powinna rządzić silna, odważna partia, która bezkompromisowo zadba o polskie interesy. Rosję nadal uważa za wroga, choć wolałby, żeby Polska w nic się nie angażowała, bo najważniejszy jest spokój.
Z Wierą rozmawiam w Warszawie. Studiowała w Krakowie, obroniła się jeszcze w 2022 roku, a przeprowadzka do stolicy wynikała z chęci rozwoju kariery. Marek wolał pozostać w Krakowie.
– Zacznę od tego, że jestem niezwykle wdzięczna Polsce i Polakom, musisz to napisać w tekście – zastrzega na samym początku rozmowy. Siedzimy w warszawskiej kawiarni, a Wiera posługuje się całkowicie płynną polszczyzną. Gdy pytam, w jakim języku myśli i czuje, odpowiada, że w obu.
– Mieszkałam w Polsce na długo przed pełnoskalową wojną. Mam tu mnóstwo przyjaciół, moi wszyscy chłopcy byli Polakami. To mój drugi dom. Ale w ostatnich miesiącach po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy stąd nie wyjechać – do Ukrainy, na Zachód, albo do Kanady, do Kseni [siostry Wiery – przyp. red.]. Boję się rozmawiać po ukraińsku w tramwaju, choć przez tyle lat nie miałam z tym najmniejszego problemu – tłumaczy.
Wiera przyznaje: sytuacja gwałtownie się pogarsza. O ile przed 2024 rokiem rzadko spotykała się z niechęcią ze względu na pochodzenie, od 2025 roku odczuwa ją coraz mocniej.
– Momentem przełomowym była chyba kampania wyborcza w 2025 roku. Temat Ukrainy stał się w niej kluczowy, a politycy wręcz licytowali się na antyukraińską retorykę. W 2026 roku jest tylko gorzej, a od kilku miesięcy, gdy wybuchła afera z nadaniem jednej z jednostek wojskowych imienia UPA [Ukraińskiej Powstańczej Armii, odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Galicji – przyp. red.], atmosfera stała się nie do zniesienia. Codziennie dostaję wiadomości pełne nienawiści. Czasem wysyłają je boty, a czasem zwykli ludzie – jakaś pani ze zdjęciem z kotkiem czy z wnuczką – opowiada.
Wiera zauważa, że temat Ukrainy rozgrzewa polską opinię publiczną do czerwoności, podczas gdy kwestia Polski w Ukrainie nie budzi aż takich emocji.
– Nie wiem, czy to efekt mediów, które zaczęły eksploatować ten temat w 2022 roku i ciągle gonią za klikami? Widziałam ostatnio, jak duży, poważny serwis medialny, kojarzony z liberalną stroną, celowo grał na niechęci do Ukraińców. Ludzie drodzy – wzdycha.
Pytam ją jednak wprost o to, co dzieje się w Ukrainie i dlaczego pojawia się tam dystans do Polski.
– A ty myślisz, że rosyjska propaganda w Ukrainie nie gra na polaryzację? Że nie zależy jej na skłóceniu Polaków i Ukraińców? Myślisz, że Bandera jest w Ukrainie postacią tak powszechnie znaną i czczoną jak wasz Piłsudski? Mitologizacja Bandery wybuchła po 2014 roku jako pusta odpowiedź na rosyjską narrację. Kiedy Rosjanie zaczęli wyzywać nas od "banderowców", ludzie z przekory odpowiadali: "Tak, jesteśmy banderowcami, żeby zrobić wam na złość". Ja sama o rzezi wołyńskiej dowiedziałam się dopiero w Polsce, w 2022 roku. W ukraińskich szkołach ten temat po prostu nie istniał – tłumaczy.
Wiera przyznaje, że obie strony budują własne, często skrajne narracje: Polacy wyolbrzymiają fakty, a Ukraińcy idealizują historię.
– Mam przyjaciela, Iwana. Ma 26 lat. Do wojska poszedł na ochotnika jako dwudziestolatek. Dziś walczy na pierwszej linii frontu, zbiera z siebie szczątki kolegów, ma ciężkie PTSD. Kiedy przyjeżdża na przepustkę do Polski, nosi na kamizelce czarno-czerwoną flagę. Kiedyś spytałam go: "Słuchaj, czy ty wiesz, jak Polacy odbierają ten symbol?". Zrobił wielkie oczy i odparł: "Ale co ja mam do Polaków? Ja z tą flagą idę walczyć przeciwko Rosjanom!". I czy ja, siedząc bezpiecznie w Warszawie, mam prawo dyktować dwudziestopięcioletniemu chłopakowi, który codziennie ryzykuje życie, jakie symbole ma nosić na mundurze?
Gdy wróciłem do Marka z pytaniem, jak reagować, kiedy Ukrainiec chodzi po Polsce z "flagą Bandery", odparł, że "trzeba by go nauczyć szacunku". Kiedy dopytuję, czy chodzi o taką „edukację”, jaką wykazał się agresywny zawodnik związany z organizacją bokserską GROMDA z Wrocławia [chodzi o pobicie ukraińskiej pary pod sklepem Żabka – przyp. red.], Marek na chwilę milknie.
– Nie, przemocy nie uznaję. Ale szacunek do Polaków musi być. To nasz kraj, oni wszyscy są tu gośćmi – dodaje po chwili.
Marka i Wierę poznałem w 2019 roku. Oboje prosili o zmianę imion. Marek nie chce zostać uznany za ksenofoba – uważa, że po prostu mówi to, co myśli większość. Wiera boi się, że po publikacji znów zacznie dostawać wiadomości, że jest „ruską kurwą”.
Ukraińscy uchodźcy w Przemyślu, luty 2025. Fotografia: Wikipedia / autor: Mirek Pruchnicki.
Gniew
Przez długi czas myślałem, że antyukraińskie, polaryzujące treści to margines. Wiadomo, Grzegorz Braun czy duet rozrywkowy Jaszczur & Ludwiczek (Wojciech Olszański i Marcin Osadowski, kontrowersyjni patostreamerzy i liderzy nacjonalistycznego ruchu "Rodacy Kamraci"; grupa pod pomnikiem Rzezi Wołyńskiej w Domostawie złożyła skandaliczny wieniec z hasłem: "nie wybaczamy") od zawsze grali na prorosyjskiej strunie. Z kolei politycy Konfederacji tacy jak Paweł Usiądek, Włodzimierz Skalik czy Janusz Kowalski (PiS) podłączyli się pod antyukraińską tubę, gdy tylko stało się to dopuszczalne i zaczęło się po prostu opłacać. Skrajny nonkonformizm jednych i skrajny oportunizm drugich – ot, nic nowego, polityka w pigułce.
W czerwcu tego roku zdałem sobie jednak sprawę, że antyukraińskie treści to już nie nisza, lecz absolutny mainstream. Niechęć do Ukraińców i Ukrainek, do samego Kijowa oraz do wojny stale rośnie. I nie jest to jedynie zwyczajne, dość przewidywalne zmęczenie konfliktem. To gniew – realny, czysty gniew, który ktoś z rozmysłem wznieca i podsyca.
Jeszcze w styczniu niechęć do Ukraińców deklarowało 43 proc. osób badanych przez CBOS, zaś sympatię 29 proc. Rok wcześniej niechętnych było o 5 proc. mniej. W lipcu tego roku po raz pierwszy przeciwników uchodźców z Ukrainy było więcej niż zwolenników: 52 wobec 42 proc.
Tylko w 2024 roku Ukraińcy przebywający w Polsce złożyli 267 zawiadomień o "przestępstwach z nienawiści". W 2025 roku takich zgłoszeń było już 275, a w samym pierwszym półroczu 2026 roku – aż 180. To wzrost o ponad 30 procent w skali roku i niemal 35 procent w porównaniu z rokiem 2024.
Doskonale wiemy, że każda przemoc zaczyna się od słów. Tak było w nazistowskich Niemczech, tak było podczas pogromu kieleckiego i tak dzieje się dziś na Zachodnim Brzegu. Eskalacja w postaci konkretnych czynów uderza już w różnych zakątkach Polski: we Wrocławiu (wspomniane pobicie ukraińskiej pary oraz zabójstwo Polki przez Ukraińca), w Bielsku-Białej (atak kierowcy na dziewczynki), w Radomiu (czterech mężczyzn zmuszających młodego chłopaka do śpiewania piosenki, a potem brutalnie go bijących) czy w Częstochowie (gdzie 45-letnia kobieta biła i wyzywała ukraińskiego kierowcę). Przykłady można by niestety mnożyć.
Z niedowierzaniem przygląda się temu Oleksandr Martyniuk, agent ubezpieczeniowy i redaktor naczelny ukraińskiego portalu w Polsce inpoland.net.pl. Zauważa, że rośnie niechęć nie tylko do Ukraińców, ale szerzej – do wszystkich cudzoziemców.
– To niebezpieczny, a przy tym powszechny, globalny trend. Politycy bezczelnie grają nacjonalizmami, a media społecznościowe jedynie im to ułatwiają – podkreśla.
Martyniuk zaznacza przy tym, że nawet zastraszani w Polsce Ukraińcy nie wrócą do kraju. Ukraina, przeorana wojną, zmagająca się z korupcją, ma przed sobą kolejny kryzys: demograficzny. Kijów powinien próbować tonować antyukraińskie nastroje w Polsce.
– Po pierwsze, takie kryzysy uderzają bezpośrednio w ukraiński biznes, co doskonale widzieliśmy na przykładzie sporu o zboże. Po drugie, już w 2024 roku weszły w życie przepisy zmuszające obywateli do powrotu, jeśli chcą przedłużyć paszport. Kolejna rzecz to, rzecz jasna, kwestia otwartych granic: Ukraińcy mogą po prostu wyjechać do innych krajów Unii – tam, gdzie Wołyń i Bandera nie stanowią dla nikogo problemu – dodaje.
O zmianę nastawienia wobec Ukraińców i Ukrainek pytam Karolinę Olejak, dziennikarkę i autorkę książki "Nienawidzę ich!".
– Polska w ciągu ostatnich lat z państwa emigrantów, stała się krajem do którego chętnie przyjeżdża ludzie różnych narodowości. Po pierwszych miodowych miesiącach, gdy wszyscy skupialiśmy się na pomocy Ukraińcom, zaczęliśmy zauważać trudności, które przynosi wspólne funkcjonowanie. To naturalny etap, w każdym państwie. Coraz częściej Polacy widzą w Ukraińcach zagrożenie na rynku pracy, mieszkaniowym, a także w dostępie do usług publicznym – wyjaśnia.
"Walka o zasoby", to mechanizm szeroko zbadany przez socjologów. Gdy dostęp do różnych dóbr jest ograniczony, pojawia się poczucie zagrożenia, a to w konsekwencji prowadzi do niechęci wobec tych, którzy potencjalnie mogliby zająć nasze miejsce.
– Tak stało się z Ukraińcami. Wobec kryzysu w ochronie zdrowia, pełzającej prywatyzacji edukacji i problemów na rynku mieszkaniowym, duża grupa uchodźców i imigrantów stała się mitycznym winnym, którego można obarczyć problem z dostępem do porżądanych usług czy dóbr – tłumaczy Olejak.
Zarazem jednak, wbrew temu, co widać w sieci, nie mamy problemu ze wskazaniem wroga.
– Badania pokazują, że wraz z rosnącą niechęcią do Ukraińców, nie spada nasze negatywne i nieufne nastawienie do Rosji. Polacy mają świadomość tego, skąd pochodzi zagrożenie. Jednak zarówno Ukraińscy, jak i Polscy politycy wykorzystują napięcia na potrzeby wewnętrznych sporów. Na to wszystko musimy nałożyć wszechobecną rosyjską propagandę. Mechanizmy przez nią wykorzystywane zakładają mapowanie realnych problemów i napięć społecznych, podkręcanie ich i "dolewanie oliwy do ognia" – dodaje Olejak.
Poświęcenie
Nie jesteśmy myślącymi maszynami – raczej czującymi istotami, którym od czasu do czasu zdarza się pomyśleć. To właśnie na tym, na czystych emocjach, opiera się cała propaganda. Zdanie sobie sprawy z własnej podatności to pierwszy krok. Zrozumienie zaś, że te wszystkie konta, grupy i całe narracje nie są dziełem przypadku, lecz precyzyjnie zaplanowanym procesem, stanowi już krok drugi w walce z plagą rosyjskiej dezinformacji.
Jeśli wydaje wam się, że rosyjska wojna informacyjna to po prostu kilku opłaconych trolli piszących łamaną polszczyzną w komentarzach pod artykułami o cenach masła, to utknęliście w poprzedniej epoce. To, z czym dzisiaj mierzymy się w Warszawie, Berlinie czy Budapeszcie, nie jest zwykłą kampanią dezinformacyjną. To misternie zaprojektowany, cyfrowo-fizyczny ekosystem operacyjny. Machine learning spotyka tu koktajl Mołotowa, a logika nowoczesnego biznesu – zimnowojenną dywersję. Pomyślmy o tym jak o doskonale naoliwionej korporacji.
Dwieście tysięcy sklonowanych stron internetowych w samej Europie – robota Agencji Social Design pod bezpośrednim nadzorem polityka Dumy Siergieja Kirijenki. Budżet na operacje informacyjne i media państwowe? Bagatela, ponad 146 miliardów rubli, czyli blisko 1,56 miliarda euro. Wzrost w skali roku, i to mimo sankcji oraz gigantycznych kosztów na froncie.
Ale najciekawszy w tym wszystkim jest bezwzględny, wręcz cyniczny pragmatyzm. Kreml zrobił dokładnie to samo, co największe koncerny technologiczne z Doliny Krzemowej: zoutsourcował produkcję tam, gdzie jest najtaniej. Rosyjska propaganda dla Słowacji i Węgier powstaje dziś w farmach treści w Wietnamie i Hongkongu, a zlecenia opłacane są w kryptowalutach. Globalny łańcuch dostaw fake newsów działa bez zarzutu.
A jak wygląda samo wykonanie? Majstersztyk perfidii. Bierzemy operację "Doppelgänger" – idealne klony portali takich jak Euronews czy Der Spiegel – i łączymy ją z operacją "Matryoshka". Ta druga to genialny w swojej złośliwości cognitive DDoS. Zamiast po prostu kłamać, zalewa się analityków, weryfikatorów faktów i dziennikarzy tysiącami precyzyjnie wypreparowanych bzdur do sprawdzania. Zanim analityk zweryfikuje setne doniesienie o fikcyjnym spisku, jego mózg jest już wyciśnięty jak cytryna, a system staje się całkowicie bezbronny wobec prawdziwej akcji dywersyjnej.
I tu dochodzimy do najgroźniejszego elementu układanki: fizycznego sabotażu. Radom, Marki, Gdańsk, Lipsk. Werbowani przez Telegram bezrobotni i frustraci podpalają magazyn albo przecinają kable sygnalizacyjne na kolei. Zanim straż gasi ogień, rosyjskie kanały na Telegramie wypuszczają gotowe nagrania z narracją o "ukraińskich sabotażystach" lub "niekompetencji państwa". Kto opanuje pierwsze 24 godziny w mediach społecznościowych, ten zgarnia nagrodę główną: zbiorową panikę.
Do tego dorzuca się umiejętnie odgrzebane i spreparowane traumy – jak choćby tematykę Wołynia – służące za konia trojańskiego dla współczesnych lęków. Cel tej operacji jest porażająco prosty: Kreml wcale nie chce, żebyśmy pokochali Moskwę. Chce, żebyśmy znienawidzili własny rząd, bali się własnej armii i uznali sojuszników z NATO za oszustów. Chodzi o to, by znaleźć jedno pęknięte ugrupowanie, jedną historyczną bliznę i wiercić w niej tak długo, aż zawali się cała podłoga. I trzeba przyznać – robią to z porażającą, inżynieryjną wręcz precyzją.
Brzmi to jak walka z wiatrakami, ale są Don Kichoci, którzy się jej podejmują. I w przeciwieństwie do literackiego bohatera, czasem udaje im się wygrać. Tak stara się działać m.in. Mateusz Cholewa, zastępca redaktora naczelnego w Stowarzyszeniu Demagog, autor książki "FAKE OFF. Wyłącz dezinformację ze swojego życia".
– Antyukraińska dezinformacja działa falowo – ma momenty spadku, ale też wyraźne momenty wznoszące. Ostatnie wzmożenie obserwujemy od czasu, gdy prezydent Zełenski nadał jednej z jednostek imię Bohaterów UPA. To był moment zwrotny. Zdarzenia zaczęły się szybko dogęszczać: niedługo później incydent w Bielsku-Białej, zaraz potem pobicie we Wrocławiu, a w tym samym tygodniu uderzenie rakiety na Lubelszczyźnie. Mechanizm jest prosty: dezinformacja żywi się próżnią informacyjną. Gdy brakuje sprawdzonych faktów, ludzie chętnie przyjmą dowolne wytłumaczenie, zanim pojawi się oficjalne stanowisko. A kiedy jeden wątek zaczyna się wyczerpywać, zaraz pojawia się nowe wydarzenie, które staje się kolejnym paliwem do podsycania niechęci – tłumaczy ekspert.
Cholewa podkreśla, że aktorom dezinformacji – w tym rosyjskim – o wiele łatwiej podpiąć się pod temat, który już rozgrzewa opinię publiczną, niż budować zasięgi od zera. Wystarczy rzucić chwytliwy wątek w komentarzach, udostępnić sfałszowane zdjęcie i machina kręci się sama.
– Czasem udaje nam się namierzyć cyfrowy ślad takich działań. Przy okazji manipulacji wokół incydentu w Bielsku-Białej ustaliliśmy, że pierwsze przerobione zdjęcie nastolatki wyemitował profil powiązany ze Stowarzyszeniem Przyjaźni Polsko-Rosyjskiej. Bywają też proste mechanizmy typu „kopiuj-wklej”: treść pojawia się na rosyjskim Telegramie, zostaje przetłumaczona i natychmiast trafia na polskie konta – wyjaśnia.
Zło
Gdyby przejrzeć mojego feeda na Facebooku można by pomyśleć, że sam jestem ze Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko-Rosyjskiej. Wyświetlają mi się liczne konta, których nie obserwują, szuflujące narracje, z którymi się nie zgadzam. Z którymi nie zgodziłby się racjonalnie myślący człowiek.
Gdy zaczynam pracę nad tym tekstem i przeglądam długimi dniami konta z antyukraińską narracją efekt jest jeszcze gorszy: algorytm podsuwa coraz więcej toksycznych treści.
Przez miesiąc prześledziłem prawie 200 kont i ponad 20 grup siejących antyukraińską narrację w Polsce. Pomijam konta polityków takich jak wspomniani Grzegorz Braun, Włodzimierz Skalik czy "influencerów" jak Jarek Jakimowicz, Samuela Torkowska, Lidia Wiadrowska, Paweł Wyrzykowski.
Znana z antyukraińskich, a raczej skrajnie prorosyjskich treści – i to od dawna – jest między innymi Liliana Wiadrowska, znana jako Polka na Bałkanach. Pomimo licznych zgłoszeń jej konto wciąż funkcjonuje. Dziś liczy prawie 116 tys. obserwujących.
Galopującą dezinformację udostępnia także profil "MIR.tv - Media Informacje Relacje", który śledzi niemal 250 tys. użytkowników.
Wspomniany Paweł Wyrzykowski przestawia się jako "muzyk, filantrop, dobroczyńca, miłośnik zwierząt, smakosz", chociaż szególny apetyt ma szczucie wobec mniejszości i serwowanie fake newsów. W jednym z postów pisze, że Polacy utrzymują obcy naród, choć oficjalne dane NBP i ZUS mówią o tym, że Ukraińcy zwiększają polskie PKB o ponad 300 miliardów rocznie, zaś cała suma wpłat do ZUS przewyższa 35-krotnie sumę wypłacanych zasiłków, emerytur i rent. Profil Wyrzykowskiego śledzi 156 tysięcy osób.
Profil Quartus Maximus, który nagłaśnia "ukraińskie prowokacje" i tworzy atmosferę, jakoby to Ukraińcy już Polską rządzili śledzi 19 tys. osób. Konrad Osmycki (prawie 6 tys. obserwatorów) łączy krytykę Ukraińców z krytyką rządu Donalda Tuska (to standard i powszechne połączenie). Podobnie jest z profilem Piotra Panasiuka (5,6 tys.), który przedstawia się jako wiceprezes organizacji Polski RUCH Antywojenny. Niejaka Urszula Paruch (11 tys.) miała powołać własne MINISTERSTWO PRAWDY. Brzmi orwellowsko? Powinno, bo poziom rosyjskiej propagandy na tym koncie jest epicki. Pani Paruch chętnie wykorzystuje AI do tworzenia postów. Nie oznacza tego, tak samo jak nie podaje źródeł swoich "rewelacji". Pani Agata J. Ostaszewska (14 tys)., prowadząca youtubowy kanał SlavicPulse z rosyjką propagandą, dzieli się swoją nienawiścią do Ukrainy równie chętnie. Nie szczędzi także inaczej myślących Polaków. Na wieść o śmierci redaktora Andrzeja Morozowskiego napisała: "kolejnego GADA mniej".
Na szczególną uwagę zasługuje konto "Nie dla banderyzmu", które łączy wątki historyczne ze współczesnymi, w przekonaniu autorów konta "rzeź wołyńska nadal trwa". Profil śledzi 69 tys. osób.
To tylko Facebook. Jest jeszcze X (tam natężenie bezimiennych botów jest największe), TikTok, YouTube. Wymieniać można by długo, ale warto zwrócić uwagę na YouTubera o ksywie Uszi (prawie 170 tys. subskrypcji), który często jest cytowany przez antyukraińskie konta na różnych platformach (anty)społecznościowych.
Specyficznym kanałem, może nie tyle antyukraińskim, ale normalizującym Rosję, jest oczywiście profil "W matriosze" na YouTube. Prawdziwym liderem zasięgów jest jednak Krzysztof Ator Woźniak i jego kanał "wideoprezentacje", który śledzi 743 tys. subskrybentów. Według Woźniaka Ukraińcy marzą o pobiciu Polski.
Na większości kont przekaz jest ten sam. Nie tylko same narracje są podobne, powtarzają się same treści. Pisałem z prośbą o komentarz do Wiadrowskiej, Woźniaka, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Te i inne konta wciąż dezinformują.
Kontaktowałem się także z Metą, właścicielem platformy Facebook i Instagram. Odpowiedź była tyleż lakoniczna, co generyczna: “Nie tolerujemy na naszych platformach zachowań szerzących nienawiść i usunęliśmy treści, które naruszyły nasze zasady”.
Publikacji przybywa, tak samo jak werbalnych i fizycznych ataków na Ukraińców, ale także Białorusinów, szerzej: na wszelkie mniejszości w naszym kraju. Można odnieść wrażenie, że dziś Ukraińcy stają się taką grupą jak Żydzi w przedwojennej Polsce. Problemem.
Naiwność
Pracując nad tym tekstem, korzystając z pomocy ukraińskich znajomych trafiłem też na profile i zamknięte kanały, które nakręcały wrogość do Polaków wśród "Ukraińców".
Piszę "Ukraińców" w czudzysłowie, bo nie wiem, czy mam do czynienia z obywatelami Ukrainy czy z rosyjskimi trollami i botami. Trafiam jednak na nagranie dwóch dziewczynek, na oko 12-13 letnich, jedna z nich trzyma siekierę, druga długi, myśliwski nóż. Dziewczynki wzywają do zrobienia "drugiego Wołynia". Oglądam także nagranie grupy kierowców, którzy krzyczą w stronę polskiej straży granicznej "Smiert Lachom". Prawdziwości obu nagrań nie udało mi się potwierdzić. Po krótszej chwili znalazłem jednak te materiały w innych miejscach w sieci. Filmik z kierowcami raz datowany jest na 2026 roku, raz na 2023.
Źródłem materiałów jest m.in. Telegram i rosyjski kanał UKR Leaks (prorosyjska sieć dezinformacyjna).
A co myślą o Polsce Ukraińcy w swoich bańkach. Przejrzałem grupę UKRAIŃCY W POLSCE - УКРАЇНЦІ В ПОЛЬЩІ, która liczy prawie ćwiermiliona użytkowników i jest największą grupą na Facebooku dla mniejszości ukraińskiej w Polsce.
Szukałem śladów banderyzmu. Trafiłem jednak tylko na ogłoszenia dotyczące pracy, mieszkań i czasu wolnego. Jedyna "kontrowersyjna" rzecz? Przewijajace się co kilka postów porady bezpieczeństwa w Polsce. I tak, pojawiają się tam wpisy, że w przypadkach niebezpiecznych nagrywać sytuację i napastników. Czy jednak kogoś takie zalecenie dziwi? Nagrywają siebie kierowcy, protestujący (i na Marszu Niepodległości i na Czarnych Protestach), dziś telefon to poręczne narzędzie samoobrony.
Za treści antyukraińskie i antypolskie odpowiadają w dużej mierze boty. Pełno takich kont na TikToku i X. Na przykład tiktokowy profil "Zabierz głos", z wygenerowaną postacią kobiety, pokazuje "wywiady" z ukraińskimi "weteranami" (o tym jak zdemoralizowane jest wojsko), "zwykłymi ukraińcami" (o tym, że Ukraina to kraj upadły), "zołnierzami" skarżącymi się na korupcję, "biznesmenami" chwalącymi się tym jak na wojnie zarabiają. Niektóre filmy mają ponad 100 tys. wyświetleń, choć nawet laik zauważy, że mamy do czynienia z produkcją AI.
Sztuczna inteligencja to sterydy dla kampanii dezinformacyjnych i polaryzujących.
– Algorytmy platform społecznościowych promują to, co budzi zaangażowanie. Kiedy jedno konto z farmy wrzuca spreparowany materiał, setki innych powiązanych botów natychmiast go lajkują, udostępniają i komentują. Algorytm uznaje to za niezwykle ważny temat i sam zaczyna podsuwać ten post na tablice prawdziwych użytkowników – zauważa Benita Jakubowska-Antonowicz, szefowa firmy New Media.
Ekspertka dodaje, że twórcy tego mechanizmu masowo rzucają tysiące dezinformacyjnych haczyków, licząc na to, że część społeczeństwa da się złapać na antagonizujący przekaz.
– Nie chodzi o to, byśmy uwierzyli we wszystko. Chodzi o to, byśmy zaczęli się bać – podkreśla.
Oczywiście nie trzeba rosyjskiej dezinformacji, bo sami Ukraińcy nie pomagają niekiedy. 6 sierpnia w rozmowie dla popularnego ukraińskiego portalu Liga.net ukraiński pisarz, wydawca i publicysta Witalij Kapranow powiedział: "Lepiej w Kijowie pod rakietami niż pod Polakami”.
Kontrowersyjne słowa ukraińskiego pisarza wywołał dyskusję po wypowiedzi dotyczącej sytuacji Ukraińców mieszkających w Polsce. No i oczywiście w Polsce napędziły narracje o niewdzięczności. W komentarzach widać wpisy o tym, że w Polsce "żyje się coraz gorzej" i o tym, że "Polacy nienawdzią Ukrainy". Dla kogoś, kto śledzi newsy z serwisy Liga.net takie wypowiedzi mogą kreować wizję świata, w którym lepsza wojna z Rosją niż pokój w Polsce.
Wiara
Liczba Polaków konsekwentnie wspierających ukraińskich uchodźców i walkę Ukrainy jest w rzeczywistości znacznie większa, niż mogłoby się wydawać użytkownikom X czy innych platform społecznościowych. Na algorytmicznych portalach big techów znacznie łatwiej przebić się nienawiści lub oburzeniu na nią niż informacjom o koloniach organizowanych dla dzieci ukraińskich żołnierzy. A inicjatywy te wciąż się odbywają. Stoi za nimi m.in. Marcin Piotrowski – aktywista z Gorajca, który nieprzerwanie od 2022 roku wspiera naszych wschodnich sąsiadów.
– Widzę wyraźnie, że stosunek części Polaków do Ukraińców się zmienia. Niestety podobny proces zachodzi również po drugiej stronie granicy. W Ukrainie szeroko nagłaśnia się napięcia w Polsce, przypadki agresji wobec osób mówiących po ukraińsku czy ataki na uchodźców. To powoduje, że tam także spada zaufanie do Polaków – podkreśla Piotrowski, który mimo to wciąż nieustannie dba o jakość relacji polsko-ukraińskich.
Dodaje jednak, że niesienie pomocy staje się coraz trudniejsze.
– Od dłuższego czasu obserwujemy wyraźny wzrost hejtu, zwłaszcza w przestrzeni internetowej. Dotyczy to szczególnie wpisów związanych ze wsparciem dla Ukrainy, budowaniem relacji czy wymianą młodzieży. Bardzo często stają się one celem zorganizowanych ataków – zarówno ze strony anonimowych kont, jak i osób otwarcie wrogo nastawionych do pomocy. W moim przypadku nie skończyło się wyłącznie na obraźliwych komentarzach. Otrzymywałem również groźby karalne, w tym groźby pozbawienia życia. Zgłosiłem je organom ścigania, a policja prowadzi obecnie postępowanie w tej sprawie – tłumaczy.
– Bardzo poruszyła mnie sytuacja sprzed dwóch tygodni. Do Polski miały przyjechać matki z dziećmi z okolic Dnipra na organizowany przez nas obóz terapeutyczno-wypoczynkowy "Pod bezpiecznym niebem". Dwie rodziny zrezygnowały z wyjazdu, ponieważ pod wpływem doniesień medialnych zaczęły obawiać się o swoje bezpieczeństwo w naszym kraju. To pokazuje, że strach działa w obie strony. Jednocześnie warto podkreślić coś niezwykle ważnego: dwadzieścia mam i czterdzieścioro dzieci, które ostatecznie do nas dotarły, wyjechały z zupełnie innym obrazem Polski. Były zaskoczone życzliwością, otwartością i gościnnością Polaków – opowiada z entuzjazmem.
Aktywista dodaje, że wbrew wcześniejszym obawom gości z Ukrainy nie spotkały na miejscu żadne nieprzyjemności. Stało się wręcz przeciwnie.
Manifestacje przeciw hejtowi i skłócaniu Polaków i Ukraińców Źródło wideo: Michał Tracz/Fakty TVN.
Heroizm
Przed nami trudny czas. Niełatwo będzie miał Marcin Piotrowski, pomagający ukraińskim dzieciom. Trudno będzie miała Wiera, która chciała mieć tutaj swój dom. Dużo pracy czeka Mateusza Cholewę oraz jego organizację fact-checkingową Demagog, a także Centrum Mieroszewskiego, tłumaczące zawiłości relacji polsko-ukraińskich. Wreszcie – wyzwanie stoi przed wszystkimi ludźmi dobrej woli, którzy nie ulegają rosyjskiej propagandzie i nie grają na polaryzacji.
– W Polsce 2026 roku nie ma tematu, który rodziłby większe napięcia niż kwestia polsko-ukraińska – począwszy od spraw historycznych, po organizację życia społeczno-politycznego. Jestem przekonana, że będzie to jeden z kluczowych wątków w kampanii parlamentarnej w 2027 roku. Politycy, świadomi rosnących napięć, będą chcieli wykorzystać ten temat, by w łatwy sposób skoncentrować uwagę wyborców. To dla nich wyjątkowo korzystna sytuacja, bo zamiast proponować skomplikowane projekty czy reformy, mogą aktywizować społecznie wyłącznie poprzez negatywny przekaz – wyjaśnia Karolina Olejak.
Jak dodaje Cholewa, nie jesteśmy jednak bez szans.
– Zgłaszanie fałszywych profili i oddolne akcje internautów to świetna inicjatywa – szczególnie w sytuacji, gdy same platformy społecznościowe skupiają się głównie na zwalczaniu oszustw finansowych oraz botów skamerskich, bagatelizując dezinformację polityczną – wyjaśnia, zaznaczając jednak, że szkodliwe treści należy nagłaśniać ostrożnie, aby nie wywołać tzw. efektu Streisand.
– Robiąc szum wokół danego konta, możemy niechcący nagonić mu nowych odbiorców. Poza zgłaszaniem treści na samych platformach warto korzystać z zewnętrznych formularzy instytucji, takich jak NASK czy nasz Demagog – dodaje.
Istnieje jednak pomysł na złagodzenie antyukraińskich nastrojów w Polsce oraz lęku (i niechęci) Ukraińców wobec Polaków. Miesiąc bez mediów (anty)społecznościowych i ich toksycznego wpływu z pewnością mógłby pomóc. Rosja i jej akolici mieliby wówczas twardy orzech do zgryzienia, a „kariery” niektórych polityków, YouTuberów czy handlarzy nienawiści uległyby załamaniu. Oczywiście nie ma co liczyć na rozwiązania systemowe. Jak zawsze przyda się tutaj cyfrowa higiena, codzienna uczciwość i brak obojętności.
Pamiętajmy w końcu, że ani Auschwitz, ani Wołyń nie spadły z nieba.
Tytułowa ilustracja powstała na podstawie rzeczywistych komentarzy i wiadomości dotyczących tematu Ukrainy, Ukraińców i Ukrainek w Polsce. Została wygenerowana za pomocą sztucznej inteligencji Gemini.