W Korei Północnej aplikacje na smartfony tworzą wyłącznie zaufani koderzy. Efekty są przekomiczne

W Korei Północnej rząd nie bawił się w półśrodki, pozwolił mieszkańcom na korzystanie z konkretnego modelu telefonu, a aplikacje do niego opracowuje grupa zaufanych ekspertów. Na ich widok, łezka kręci się w oku.

Każdy odcięty od świata ekosystem ma to do siebie, że sprzyja tworzeniu dziwów natury. W takiej Nowej Zelandii możemy znaleźć papugę, która jest tak gruba, że nie potrafi oderwać się od ziemi. Na Filipinach możemy za to spotkać Rudawkę, czyli nietoperza, który sposobem polowania przypomina bardziej szczura niż jakiekolwiek latające stworzenie.

Podobnie rzecz ma się z technologiami. Kim Dzon Un wzorem swoich poprzedników dba o to, by zatruwające ciała i umysły hedonistyczne idee z zachodniego świata nie przeniknęły w głąb kraju. Efektem jest niemal całkowita izolacja, która tyczy się też sprzętu elektronicznego.

Zakazane smartfony

Tego ostatniego w Korei na dobrą sprawę nie powinno w ogóle być. Sankcje ONZ nałożone w 2017 r. z powodu prac nad programem nuklearnym zabraniają Korei importu hardware’u do telefonów komórkowych. Mimo to, handel smartfonami kwitnie.

Reuters pisze, że telefon ma dzisiaj co 4. mieszkaniec Korei Północnej. Popyt jest więc całkiem nielichy choć ceny wydają się zaporowe. Telefony kosztują od 100 do 400 dolarów. W tym czasie średnia pensja to… 100 dolarów. Nie lepiej jest z cenami połączeń. Telefony sprzedaje się z pakietem 200 minut do wykorzystania. Dokupienie kolejnych 100 to wydatek ok. 13 dolarów, czyli znacznej części miesięcznej wypłaty.

Skąd więc Koreańczycy, jadąc klasykiem, biorą na to pieniążki?  Ano stąd, że telefony są im potrzebne do zarabiania. Połowa uciekinierów z raju Kim Dzong Una przepytywanych przez Reutersa przyznało, że smartfony służyły im do „działań rynkowych”. Czyli w dużej mierze nielegalnej sprzedaży chińskich produktów pochodzących z przemytu.

Flagowce z północy

W ten sam sposób Koreańczycy mają się zaopatrywać w smartfony. Ubiegłoroczny koreański „flagowiec” dostał nazwę Pyongjang 2423, ale po dokładniejszych oględzinach okazało się, że karta pamięci jest od Toshiby. Po numerze seryjnym eksperci doszli też, że całość została wyprodukowana przez Gionee – chińskiego budżetowca. Producenci oczywiście wszystkiego się wyparli. Huawei wybrał inna strategię. Po oskarżeniu ze strony Nautilus Institute o dostarczenie sprzętu pozwalającego śmigać po internecie (a właściwie intranecie) z prędkością 3G, nabrał wody w usta.

Tegoroczny hit przypominać ma za to Samsunga Note 8. Eksperci wciąż zaprzeczają, by rodacy Kim Dzong Una byli w stanie wyprodukować cokolwiek co przypomina telefon wyłącznie własnymi siłami.

Zamknięcie na świat ma też inne objawy. Reżim blokuje możliwość ściągnięcia jakichkolwiek zagranicznych aplikacji czy gier. W zamian – mówi – mamy swoje, opracowane przez wybitnych ekspertów z uniwersytetów i państwowych koncernów. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa.

Jednym z największych hitów będzie zapewne gra z udziałem, uwaga uwaga, samego Cristiano Ronaldo. Koreańskie media piszą, że rodacy oszaleli na punkcie King of Scoring 2019. W grze można ponoć znaleźć wiele gwiazd światowego futbolu. Sadząc po screenach poziom grafiki gdzieś w okolicach FIFA 99.

Inne popularne gry mają bardziej praktyczny wymiar. Można w nich np. wystrzelić bomby głębinowe i utrącić wraży okręt podwodny

Zobaczysz, jak stajesz się piękniejsza

To natomiast hasło aplikacji do testowania różnych wariantów makijażu. Według miejscowych mediów, Koreanki są tą technologiczną nowinką zachwycone. W Google Play po wpisaniu tej frazy wyskakuje ponad 250 pozycji.

Sytuacja i tak jest jednak rozwojowa biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka lat temu za posiadanie smartfona można było dostać karę śmierci, a w 2016 r. Karol Kopańko pisał na Spider’s Web, że cały północnokoreański intranet liczył sobie raptem 28 domen.

Żebyśmy się jednak zanadto nie rozpędzili z tą propagandą sukcesu – aplikacji nie możemy sobie pobrać i zainstalować ot tak. Najpierw trzeba odwiedzić specjalistyczny sklep z apkami. Jego wnętrze jest szczelnie obklejone zalaminowanymi plakatami, które reklamują oprogramowanie.

Pracownicy sklepu chętnie doradzą, pomogą w wyborze, ale sam proces trochę trwa. Obsługa bierze urządzenie i wgrywa na nie plik .apk. Następnie wchodzi do koreańskiego intranetu i kupuje u producentów kod aktywacyjny dla aplikacji.

Pewnego razu przyszedłem po około dziesięć aplikacji, a cały proces trwał ponad godzinę. Musiałem po prostu stać i czekać – wspomina student Uniwersytetu w Pyongyang.

Myślałem i myślałem, ale nie potrafię tego lepiej spuentować.