Budżet wszech czasów TVP zagrożony. I wcale nie chodzi o abonament RTV

Najwyższa Izba Kontroli właśnie ogłosiła, jakie ma plany na 2020 r. Chce między innymi skontrolować, jak TVP zarządza finansami i majątkiem. „Tematy kontroli zostały opracowane na podstawie analizy ryzyka w najistotniejszych obszarach państwa” – wyjaśnia NIK. Czyżby Jacek Kurski był takim ryzykiem? I dla kogo? Dla państwa czy dla Banasia?

TVP w ostatnich latach mogła liczyć na gigantyczne wsparcie ze środków publicznych. Kontrowersyjne wsparcie – dodajmy. W 2018 r. jedynie 994,6 tys. osób opłacało abonament radiowo-telewizyjny. Telewizja Polska i Polskie Radio otrzymały z tego tytułu 741,5 mln zł. Mało jak na realizację misji, dlatego politycy zdecydowali, by wypłacić mediom publicznym 960 mln zł tytułem rekompensaty za wpływy nieuzyskane z abonamentu (chodzi o zwolnienia ustawowe np. dla emerytów).

Bizblog.pl poleca

Pompowanie pieniędzy w media publiczne trwa w najlepsze. Na początku 2020 r. Sejm zdecydował o przyznaniu kolejnej rekompensaty abonamentowej – tym razem w wysokości 1,95 mld zł. Rekordowa dotacja plus wpływy z abonamentu RTV oznaczają, że Telewizja Polska może dysponować w 202o r. najwyższym budżetem w historii.

Trzeba przecież z czegoś opłacać ludzi. A warunki pracy nie są łatwe, bo mniej więcej połowa społeczeństwa zieje wrogością do pracowników TVP, dlatego płace muszą być godziwe.

W 2018 r. dziennikarze TVP zarabiali średnio 12,2 tys. zł brutto (ci honoraryjni) i 7,5 tys. zł brutto (motywacyjni), dyrektorzy i zastępcy dyrektorów – 21,8 tys. zł brutto, a doradcy zarządu – 20,8 tys. zł.

Jacek Kurski i Maciej Stanecki jako członkowie zarządu TVP zarobili w 2018 r. łącznie 811,8 tys. zł – to średnio po 34 tys. zł miesięcznie na głowę.

Czyżby te stawki w ocenie szefa NIK były zbyt wysokie? A może jest jakiś inny powód, dla którego zarządzanie finansami w TVP nagle zaczęło niepokoić Mariana Banasia?

Kurski: to TVP pogrążyła Banasia

Nikomu chyba nie trzeba przypominać afery związanej z szefem NIK Marianem Banasiem, którą wywołał reportaż „Superwizjera” w TVN24. Początkowo Marian Banaś był broniony przez polityków PiS, w końcu to ich człowiek. Jednak po zakończeniu kontroli przez CBA front się zmienił, a PiS postanowił rzucić Banasia na pożarcie.

Premier Mateusz Morawiecki mówił wprost, że oczekuje dymisji szefa NIK (bo jeśli sam nie odejdzie, zgodnie z prawem nikt nie może go zwolnić przed końcem kadencji). Marian Banaś nawet prawie już to zrobił, ale nagle zmienił zdanie. A to rozjuszyło jego niedawnych kolegów.

TVP nie miała już powodu, żeby sprawę Banasia zamiatać pod dywan. A Jacek Kurski wykorzystał ten fakt, żeby pokazać, jak bardzo rzetelna jest telewizja publiczna, bo przecież nie milczy w sprawach niewygodnych dla władzy. (Szkoda, że zapomniał dodać, że niewygodny dla władzy stał się sam Marian Banaś, a nie jego kłopoty, o których mówiła cała Polska).

W wywiadzie dla tygodnika „Sieci” Kurski powiedział:

„W sprawie prezesa Banasia – w sumie to TVP go pogrążyła. Słowa, które u nas wypowiedział na żywo w „Gościu Wiadomości”, były dlań dużym problemem, przedmiotem ataku opozycji.”

Na miejscu reporterów „Superwizjera” chyba bym się trochę wkurzyła. Wkurzył się też pewnie, choć z innego powodu, Marian Banaś. Szczególnie, że TVP ciśnie i wyjątkowo obszernie relacjonowała posiedzenie komisji sejmowej, na której szef NIK gęsto się tłumaczył.

Wygląda na to, że przyszedł czas, żeby tłumaczyć zaczął się Jacek Kurski. Myślicie, że NIK znajdzie w TVP – niemałej organizacji zatrudniającej kilka tysięcy osób – jakieś nieprawidłowości?

Na celowniku również NBP, bo „wokół pensji niektórych pracowników były kontrowersje”…

Oczywiście to nie jest tak, że NIK całe swoje siły chce w tym roku skierować na TVP. Kontroli zostaną poddane również m.in. Siły Zbrojne RP, Służba Ochrony Państwa, czy NFZ.

Interesująco zapowiada się jednak jeszcze inna kontrola – kontrola NBP i to podwójna. Po pierwsze NIK ma zweryfikować, czy Narodowy Bank Polski prawidłowo realizował założenia Rady Polityki Pieniężnej na 2019 rok.

Druga kontrola ma być zakrojona szerzej i sprawdzić, czy NBP prawidłowo i gospodarnie zarządzał finansami w latach 2015-2020. Skąd aż pięcioletni okres poddany kontroli? Bo wokół pensji niektórych pracowników NBP były kontrowersje – wyjaśnia NIK.

Pamiętacie jeszcze tych „niektórych pracowników”? To na przykład pewna blondynka, bliska współpracowniczka prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego, która, jak ujawniła „Gazeta Wyborcza”, jako absolwentka filologii rosyjsko-ukraińskiej zarabiała w NBP 65 tys. zł miesięcznie.

Podwójna kontrola w NBP to nic nowego. W ubiegłym roku NIK również kontrolował bank centralny w podobny sposób. Kontroli został poddany również system wynagrodzeń.

Ciekawe, czy w tym roku NIK dojrzy coś więcej… No bo po co wydłużać zakres kontroli do pięciu lat, skoro rutynowe kontrole Izba prowadziła co roku?