Felietony

Testy WLTP sieją panikę wśród producentów aut. Nie spodziewano się tej skali problemów

Felietony 10.08.2018 171 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 10.08.2018

Testy WLTP sieją panikę wśród producentów aut. Nie spodziewano się tej skali problemów

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski10.08.2018
171 interakcji Dołącz do dyskusji

Producenci chyba nie spodziewali się, z jak ogromnymi problemami przyjdzie im się zmierzyć przy okazji wprowadzenia testów spalania WLTP i emisji RDE, które zaczynają obowiązywać… za 3 tygodnie. Można powiedzieć, że obudzili się z ręką w…

Od roku było wiadomo, że laboratoryjne testy NEDC, w których można było dość swobodnie naginać wartości zużycia paliwa, odchodzą do lamusa. Zastępują je procedury WLTP odnoszące się do zużycia paliwa w realnych warunkach drogowych, a uzupełniają testy RDE – Real Driving Emissions, które mają określić, ile szkodliwych substancji faktycznie emitują samochody. Wszystko dla dobra klientów i oczywiście dla środowiska.

Producenci obudzili się z ręką w kolektorze wydechowym

Nowe zasady oznaczają, że każdy model w ofercie musi być przetestowany pod kątem WLTP i RDE. Producenci padli więc ofiarą własnego niepohamowanego poszerzania gam modelowych. Niektórzy wytwórcy oferują w Europie ponad 20 modeli, każdy w wielu wersjach silnikowych, z różnym układem przeniesienia napędu (2WD, 4WD), skrzynią automatyczną lub manualną… Nawet różnice w wyposażeniu mogą przekładać się na odmienne wyniki testów, bo wersja z automatyczną klimatyzacją będzie paliła nieco więcej niż auto, w którym klimatyzację uruchamia się ręcznie. Do tego dochodzą jeszcze warianty nadwoziowe oraz odmiany 5- i 7-osobowe. I okazuje się, że trzeba przetestować np. ponad 300 różnych konfiguracji. Organizacje zajmujące się testowaniem nowych aut do potrzeb WLTP pracują przez 24 godziny na dobę 6 dni w tygodniu (to Niemcy, więc niedziele są zawsze wolne), a i tak nie wyrabiają się ze zleceniami.

Żeby zdążyć z WLTP, niektóre modele po prostu usuwa się z gamy

Jakieś auto nieszczególnie się sprzedaje, albo i tak wkrótce miało być wycofane? Dobra, usuńmy je już teraz. Problem sam się rozwiąże. Producenci najchętniej w ogóle przestaliby produkować cokolwiek i sprzedawali tylko istniejące zapasy, żeby uzyskać trochę czasu na przygotowanie do WLTP. Porsche już nawet tak zrobiło. Volvo chwali się, że udało im się przetestować wszystkie auta zgodnie z nową procedurą i są w pełni przygotowani do nowych przepisów, które zaczną obowiązywać od 1 września. Inne marki marzą o takiej sytuacji. Rzeczniczka europejskiego stowarzyszenia producentów samochodów ACEA twierdzi, że rok „okresu przejściowego”, który dano na przygotowanie się do WLTP to stanowczo za mało, a testów nie dawało się rozpocząć wcześniej, bo nie było opracowanej szczegółowej procedury ich przeprowadzania.

Niektóre testy trzeba powtarzać, i to parę razy

Test RDE, czyli realnych emisji może się po prostu… nie udać w pewnych warunkach drogowych. Nagle może pojawić się korek albo konieczność gwałtownego zatrzymania i cała procedura musi zostać powtórzona. Do skutku. A trzeba zdążyć nie tylko z aktualnie oferowanymi modelami, ale też z tymi, które dopiero mają się pojawić. Wśród nich wiele jest wersji plug-in hybrid, a ich testowanie jest jeszcze bardziej skomplikowane i czasochłonne. Do tego trzeba się zmieścić w normach Euro-6D i wygrać z konkurencją. Jeden z analityków rynku z firmy IHS Markit porównał to do gry w szachy w trójwymiarze.

To wspaniały triumf biurokracji nad zdrowym rozsądkiem

Najpierw producenci samochodów sami lobbowali za zaostrzaniem norm emisji spalin, bo dzięki temu europejskie marki łatwiej mogły pozbywać się pozaeuropejskiej konkurencji i mniejszych wytwórców, którym po prostu nie opłacało się homologować samochodów w Europie. O spalanie nie musieli się martwić, bo test NEDC był zupełnie oderwany od rzeczywistości.

Jeździłem wieloma samochodami, w których podawano średnie zużycie paliwa o 50% niższe niż to, które potem udawało się uzyskać. W prospekcie podawano 4,0 l/100 km, z komputera pokładowego wychodziło 6 l/100 km (i to mnie – a jeżdżę jak grzyb!), a gdy obliczało się spalanie na podstawie objętości zatankowanego paliwa, potrafiło przekraczać 6,5 l/100 km. Nic dziwnego, że w końcu urzędnicy UE zdenerwowali się na tę jawną bekę z praworządności. Afera z Volkswagenem tylko to przyspieszyła. Niedługo okaże się, że w ogóle nie ma sensu sprzedawać samochodów w Europie, bo nowe regulacje są nie do spełnienia.

Uśrednianie spalania to zupełny absurd

Problem w tym, że te regulacje (zwłaszcza WLTP) nie mają żadnego sensu ani powodu innego niż chęć rozbudowywania biurokracji i kontroli. Nie jestem w stanie znaleźć żadnej realnej przyczyny, dla którego producent miałby być zobowiązany do podawania ile pali jego samochód, skoro ta wartość jest zmienna i to w dużym zakresie. Zgadzam się, że samochody powinny emitować jak najczystsze spaliny i oszukiwanie na testach czystości spalania jest nie do przyjęcia. Ale zużycia paliwa nie da się uśrednić w żaden sposób. Wpływa na nie tak duża liczba zmiennych, że każda przyjęta wartość jest jedynie mniej lub bardziej trafionym strzałem.

Obowiązek podawania zużycia paliwa powinien być po prostu zlikwidowany. A gdybyśmy chcieli potraktować go poważnie, to należałoby wprowadzić ogranicznik, który nie pozwoli zużyć więcej paliwa niż podaje producent. Jeśli auto ma palić 6 l/100 km, a spali te 6 l po 90 km, to dalej po prostu nie pojedziesz, chyba że zapłacisz karę środowiskową. I wtedy WLTP miałoby realne przełożenie na rzeczywistość.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie