Felietony

Życie w Warszawie zrobiło ze mnie zblazowanego buca. Nie dostrzegam, że są ludzie, którzy potrzebują normalnych aut

Felietony 01.12.2019 691 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 01.12.2019

Życie w Warszawie zrobiło ze mnie zblazowanego buca. Nie dostrzegam, że są ludzie, którzy potrzebują normalnych aut

Michał Koziar
Michał Koziar01.12.2019
691 interakcji Dołącz do dyskusji

Czasami zastanawiam się skąd się biorą ludzie, którzy nieironicznie twierdzą, że samochody są zbędne i wszyscy mogliby się ich bez problemu pozbyć. Niedawno dotarło do mnie, że jestem ich lustrzanym odbiciem, kiedy szkaluję zwykłe, rozsądne auta.

Wraz z rosnącą modą na dbanie o środowisko i aktywizm miejski coraz częściej widzę otwartą wrogość wobec samochodu jako takiego. Czytam jak to każdy mógłby się go pozbyć i postawić na komunikację zbiorową, ratując lodowce i przestrzeń miejską. Do niedawna wydawało mi się, że piszą to kosmici albo osoby chore psychicznie. Trwałem w takim przekonaniu aż do pewnej rozmowy w redakcji.

Dotyczyła Nissana Micry K11. Spora część redakcji wychwalała ją pod niebiosa, jako niezawodny, oszczędny i zwinny samochód. Zupełnie ich nie rozumiałem, dla mnie to kompletnie nudne auto, niczym się nie wyróżniające i zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby przestało istnieć. Najlepiej razem z Daewoo Lanosem, Skodą Octavią I czy bazowymi wersjami Mercedesa W124. Ta rozmowa jakoś pobudziła mnie do refleksji – dlaczego bardziej interesują mnie np. tragiczne jakościowo i przestarzałe auta z FSO niż udane Micry K11. Wyszło mi, że jestem po prostu strasznie zblazowany i rozpieszczony. Tak jak antysamochodowi faszyści, tylko w drugą stronę.

Wielkomiejska wygoda.

Już tłumaczę skąd się wzięło to zblazowanie i na czym polega. Odkąd pamiętam mam metro w pobliżu domu. Do tego przez większość życia od przystanku, z którego odjeżdżał bezpośredni autobus na lotnisko, dzieliło mnie 50 metrów. W efekcie zawsze miałem niesamowicie łatwy dojazd do wszystkich ważniejszych punktów w Warszawie, jeśli chciałem pojechać gdzieś w Polskę – po 20-30 minutach byłem na Dworcu Centralnym. Za granicę? Proszę bardzo, autobus na lotnisko co 10-15 minut.

Dlatego nigdy nie musiałem się interesować samochodem jako narzędziem niezbędnym do przemieszczania. Od początku w autach interesowały mnie walory, nazwijmy to, rozrywkowe. Miałem same nierozsądne, paliwożerne i wiecznie się psujące wozy. Interesowało mnie tylko czy wyróżniają się na drodze. Czy da się w nich samodzielnie grzebać. Albo czy są choć trochę dziwne. Bezawaryjność, niskie spalanie, pakowność – a co mnie to obchodzi?

Przecież krótko po tym jak skończyłem 18 lat i odebrałem plastik w Warszawie pojawił się Uber. Nie musiałem się przejmować, że auto nie odpaliło jeśli miałem coś przewieźć albo dotrzeć do słabo skomunikowanej dzielnicy. Kilka klików na ekranie telefonu i już jechałem za niewygórowaną cenę. Potem pojawił się carsharing. Wtedy już kompletnie uznałem samochody za rodzaj zabawek. Fakt, czasami ułatwiających życie, ale na pewno nie niezbędnych. Moi bliscy koledzy z czasów liceum nie podzielają pasji do motoryzacji, więc szybko pozbyli się aut kupionych w ramach młodzieńczego lansu. Po prostu ich nie potrzebują.

Życie pod kloszem.

W takiej bańce sobie żyję i nie rozumiem jak można darzyć sympatią samochody, które po prostu bardzo dobrze spełniają swoje zadanie. Ba, często je wręcz szkaluję, wyśmiewam, że ktoś jeździ takim bezpłciowym, zwyczajnym pojazdem. Bez chwili refleksji, że może on właśnie takiego wozu potrzebuje. Skoro mi samochód nie jest potrzebny do niczego poza realizowaniem pasji, to czemu ktoś miałby mieć inaczej? Pole widzenia kończące się na czubku nosa. Totalne zblazowanie i rozpieszczenie.

Podejrzewam, że gadanina para-aktywistów o pozbywaniu się aut wynika z takich samych jak moje, wielkomiejskich doświadczeń, a nie choroby psychicznej. Faktycznie, to, że czasem ucieknie autobus albo niektóre stacje metra są zamknięte ze względu na wypadek to nie są problemy większe niż auto, któremu np. zdarzy się nie odpalić. Mam inne poglądy niż antysamochodowi aktywiści, ale tak naprawdę żyjemy pod jednym kloszem i nie chcemy wyglądać co jest poza nim. A powinniśmy. Nie trzeba nawet wyprowadzać się z Warszawy, by poszerzyć horyzonty.

Pora spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa.

Wielkie miasto wykrzywia spojrzenie. Bardzo wykrzywia. Kojarzycie może taką książkę „Nie zdążę” Olgi Gitkiewicz? Można ją sobie kupić i przeczytać, np. wygodnie i szybko dojeżdżając metrem do centrum. Znajdziecie w niej reportaże o ludziach, którzy bez auta mają wszędzie daleko. To nie są jakieś opowieści z krypty ani odosobnione przypadki z dzikich ostępów Puszczy Białowieskiej. To historie jednostek, które należą do 14 milionów ludzi mieszkających w miejscowościach bez publicznej komunikacji. Opowieści o autobusach, które kursują raz na kilka godzin i zdarza im się nie przyjechać, czy marnej jakości połączeń kolejowych.

Siedząc w Warszawie łatwo jest zignorować fakt, że gdzieś poza nią żyje mnóstwo ludzi, dla których samochód to okno na świat. Jedyny sposób by gdziekolwiek szybko się przemieścić, bez dalekich pielgrzymek na przystanek i zależności od kapryśnej i rzadkiej komunikacji. Dla osób z takich odciętych miejscowości największą wartość mają wozy, którymi ja gardzę ze swojej wygodnej pozycji w Warszawie. Te stare blachosmrody, które zdaniem pseudo-aktywistów powinny zniknąć.

Cóż, łatwo jest wygłaszać ostre opinie zamykając się we własnej bańce. Ale ludzie z miejsc bez komunikacji publicznej nie pozbędą się swoich nudnych aut, bo jakiś pożal się Borze Tucholski bloger/redaktor/dziennikarz (niepotrzebne skreślić) z Warszawy twierdzi, że samochód to zbędny gadżet. Nie zrobią tego też w imię idei głoszonych przez para-aktywistów z wielkich miast. Rozsądne, niezbyt ciekawe i najczęściej kilku-, kilkunastoletnie fury to ich jedyna furtka na świat. Przynajmniej dopóki komunikacja zbiorowa na polskiej prowincji wygląda tak, jak wygląda. Warto nie być takim bucem jak ja i mieć to na uwadze zanim się wygłosi jakąś prawdę objawioną.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać