Felietony

Motoblender, czyli cotygodniowy przegląd niusów motoryzacyjnych

Felietony 24.03.2018 145 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 24.03.2018

Motoblender, czyli cotygodniowy przegląd niusów motoryzacyjnych

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski24.03.2018
145 interakcji Dołącz do dyskusji

Witajcie w Motoblenderze obejmującym tydzień od 17 do 24 marca 2018 r. W tym tygodniu: o tym, jak zremisowałem z diagnostą, o tym dlaczego nie kupicie sobie na razie auta elektrycznego i o tym, czy komputer umie omijać łosie. Zaczniemy jednak od czegoś zupełnie innego.

Powrócę jeszcze na chwilę do tekstu o tym, że Jacek Balkan został uniewinniony od zarzutu zniesławienia firmy Arrinera. To dość ciekawy przypadek, ponieważ do społecznej świadomości przebiło się, że Jacek Balkan jednak proces przegrał, tyle że chodziło o inną sprawę – o zamieszczenie sprostowania. W sprawie karnej o zniesławienie został uniewinniony. Czekam jak na szpilkach na uzasadnienie wyroku i w oczekiwaniu na to zacząłem próbować konstruować je sam we własnej głowie. Oczywiście sędzia może pójść w zupełnie innym kierunku i może się okazać że moje spekulacje były błędne. Jednak uważam ogólnie, że nie da się zniesławić firmy, która sławy jeszcze nie posiada. Jak powiedział Tede – skoro rzekomo żegnam się z koroną, musiałem ją chyba mieć – wiadomo.

Można zniesławić człowieka, który cieszy się ogólnym poważaniem. Można zniesławić też kogoś zupełnie przypadkowego, bo każdy człowiek ma przyrodzoną godność zapisaną w preambule do konstytucji. Świeżo założona firma, która zbudowała lub zleciła zbudowanie samochodu nie posiada jeszcze godności, którą można byłoby naruszyć. Da się rozpowszechnić nieprawdziwą informację na jej temat i takową trzeba sprostować (np. tak jak w sprawie stwierdzenia że Arrinera to replika), ale to jeszcze nie wyczerpuje znamion zniesławienia. Twierdzenie „firma XYZ to ściema” to raczej prywatny pogląd niż zniesławienie. I być może dlatego sąd stwierdził tak jak stwierdził – ale o tym dopiero się przekonamy. Tymczasem ja przekonałem się, jak działają badania techniczne według nowych zasad.

Pojechałem na badanie techniczne według nowych przepisów.

Diagnosta najpierw obejrzał szczegółowo mój dowód rejestracyjny. Potem obrzucił wzrokiem samochód. Następnie zainkasował 100 zł. Potem oddał mi dowód rejestracyjny i powiedział: „w związku ze zmianą przepisów z dnia 13 listopada 2017 r. informuję pana o negatywnym wyniku badania technicznego”. Z jakiego powodu? – zapytałem. Diagnosta nic nie odpowiedział tylko klepał w komputer. W końcu wydrukował kartkę. Napisane było tam: brak adnotacji „hak” w dowodzie rejestracyjnym. Ale mój samochód nie ma haka. Ma, powiedział diagnosta – ma pan belkę pod zderzakiem, a na niej jest tabliczka znamionowa, ergo – hak jest. A to, że nie ma całego elementu zaczepu (wymontowany) o niczym nie świadczy. Hak zdemontować i wrócić.

Moment, ale rok temu robiłem 1. badanie techniczne pojazdu w Polsce na tej stacji i wtedy nie było problemu. Tak, ale zmieniły się przepisy i teraz brak adnotacji „hak” nie jest już usterką drobną, a istotną. Mówię zatem, że powinno to chyba dotyczyć pojazdów zarejestrowanych po zmianie przepisów, bo lex retro non agit. Panie, pan mi tu nie szpanuj znajomością angielskiego, hak zdemontować i do widzenia.

Dość dziwne wydaje mi się, że diagnosta widząc i wiedząc doskonale o tym, że wynik badania będzie negatywny, nie informuje o tym petenta od razu.

Jeśli przyjdę gdzieś, do jakiegoś urzędu załatwić jakąś sprawę i mój wniosek będzie wadliwy, bez dokumentów, załączników czy podpisów, to po prostu jej nie załatwię. A tu diagnosta widząc samochód z belką od haka i bez wpisu „hak” w dowodzie pobiera opłatę za to, że poinformuje mnie o zmianie wewnętrznych przepisów dotyczących diagnostów. Przez rok status mojego auta się nie zmienił. Zmieniły się przepisy i z legalnego stało się nielegalne. Prawo w Polsce zmienia się tak absurdalnie szybko i tak często, że każdy tak naprawdę działa niezgodnie z nim.

Widzę w tym taki problem: to podważa moje zaufanie do zawodu diagnosty.

Do tej pory nie raz i nie dwa zdarzało mi się przyjechać na stację kontroli pojazdów, żeby sprawdzić co jest nie tak z moim samochodem albo z samochodem który chcę kupić. Dowiadywałem się co stuka, że jest luz na sworzniu zwrotnicy, albo że jest naprane w kwitach. Była to przydatna wiedza, która pozwalała mi jak najlepiej przygotować auto do badania technicznego. Nigdy nie dałem łapówki za pozytywny wynik badania, ale wielokrotnie płaciłem po 20 zł za sprawdzenie ogólne, a czasem nie płaciłem nic. Ale przynajmniej uważałem diagnostę za autorytet motoryzacyjny. W obecnej sytuacji diagnosta nie ma już autorytetu. Jest tylko inkasentem. Sądziłem, że jest normalnym i ludzkim odruchem poinformowanie kogoś – panie, weź mie pan z tym wyjeżdżaj, napraw se to i tamto, zmień se opony i przyjedź. Taki kierowca czuje się potraktowany uczciwie.

Przypuśćmy, że nie mam pojęcia o motoryzacji (to całkiem bliskie prawdy, zdaniem wielu osób) i chcę się dowiedzieć, czy moje auto przejdzie badanie. Nie ma już takiej ewentualności. Temat został zaurzędowiony. Problemem były właśnie te ludzkie odruchy. Wystarczy poczytać forum diagnostów Norcom, żeby zobaczyć, jak wiele osób pisało tam (dawniej) że stoi frontem do klienta – nie po to, żeby przepuszczać poważne usterki, ale żeby informować o stanie pojazdu tych, którzy o tym nie wiedzą. Państwo musiało wykorzenić tę głupią ludzką uprzejmość, tę komitywę. Wszystko ma być urzędowo.

Przyjechałem z wymontowanym hakiem i okazało się, że mój samochód w CEPiKu pojawia się jako inny samochód.

W dowodzie mam powiedzmy MERCEDES-BENZ E 200, a w CEPiKu jest MERCEDES SMART FORTWO. To błąd tego rodzaju. Spowodowało to „zawieszenie się” diagnosty na dłuższy czas. Aż dzwonił do bardziej doświadczonego kolegi, który doradził mu jak obejść ten problem. I tu jest moje pytanie: skoro CEPiK działa tak źle i byle jak, dlaczego w ogóle jest dopuszczony do funkcjonowania? Mój samochód nie może legalnie jeździć po ulicy, bo ma belkę od haka pod zderzakiem i nie wpisano tego faktu w dowód, a w CEPiKu może być wpisany bzdurnie i ten CEPiK dalej działa? Chyba ten system powinien otrzymać negatywny wynik badania i zostać odesłany na poprawki?

Bardzo ciekawy z mojego punktu widzenia jest temat stawek za ładowanie samochodów elektrycznych.

Do tej pory sytuacja była patologiczna: ładowało się je za darmo, tzn. płacił za to ktoś inny.

Teraz trzeba będzie normalnie za to bulić i okazuje się, że przejechanie 100 km na prądzie będzie stanowić równowartość mniej więcej 4 l benzyny. To rzeczywiście niewiele. Ale żeby elektryczne samochody się upowszechniły, potrzeba dużo ładowarek. Bardzo dużo. Więcej niż stacji benzynowych. Ktoś będzie musiał za to zapłacić, a skompensuje to sobie pewnie w podniesieniu stawek godzinowych za ładowanie. Ale to spowoduje ogromne obciążenie sieci elektrycznej.

Pytałem znajomego architekta, czy jest realne, żeby miejsca parkingowe w nowoprojektowanych apartamentowcach miały wtyczki do ładowania aut elektrycznych. „Wtyczki to one sobie mogą mieć”, powiedział mi ten znajomy, „ale żadna sieć elektryczna nie jest gotowa na taki pobór, żeby np. o godzinie 19.00 w podziemiach budynku ładowało się 40-50 samochodów elektrycznych”. Korzyść z posiadania samochodu elektrycznego będzie tym mniejsza, im więcej osób sobie je kupi. Wygrali tylko ci, którzy kupili je sobie jako pierwsi. To oni załapali się jeszcze na darmowe ładowanie i realną możliwość znalezienia wolnego słupka z wtyczką. Norwegowie już mierzą się z tym problemem i zaczynają po kolei okrawać ułatwienia i ulgi dla właścicieli e-aut.

Im dalej w stronę elektryfikacji, tym bardziej początkowa marchewka zaczyna przypominać kij.

No i na koniec, najważniejszy nius tygodnia: autonomiczny samochód Ubera potrącił pieszą powodując jej śmierć. Cała sprawa zdarzyła się w USA, w Arizonie.

Kilka dni po wypadku pokazano oficjalnie film z kamery wewnątrz pojazdu. Obejrzyjcie uważnie.

Obejrzałem go ze 20 razy. Kluczowa jest 7. sekunda. Kobieta pojawia się absolutnie znikąd. W najśmielszych snach nie przypuszczałbym, że w takim miejscu pojawi się pieszy/a. Na autoblogu postawiliśmy tezę, że winny był kierowca, tj. operator samochodu autonomicznego – ale wtedy widoczne były tylko zdjęcia z miejsca zdarzenia, a nie film. Od pojawienia się pieszej do uderzenia mija ok. 1,5 s (obliczyłem to domowym sposobem za pomocą stopera w telefonie komórkowym). Gdybym to ja siedział za kierownicą, zapewne podjąłbym rozpaczliwy manewr zmiany pasa na lewy. Czy bym zdążył? Wątpię, ale być może uderzyłbym tylko w rower. Co nie zmienia faktu, że piesza zachowała się skrajnie lekkomyślnie. I tu powstaje pytanie, na które nie znam odpowiedzi: czy samochody autonomiczne umieją wykonać manewr łosia? Bo akurat chyba Volva to powinny…

Moim zdaniem wina w tym przypadku jest obopólna. Piesza przechadza się po drodze w ciemnościach wchodząc pod jadące auto, a kierowca nie podejmuje próby uniknięcia wypadku.

I to tyle w tym Motoblenderze.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie