REKLAMA

W Kiszyniowie taksówka puszczała mi AI slop, w Oslo zamawiałem obiad bez kelnera

Oslo, Helsinki, Tallin, Sofia, Bukareszt, Kiszyniów, Heraklion, Dortmund, Brugia i Berlin. Dwanaście miesięcy, dziesięć miast, setki drobnych obserwacji. Niektórych rozwiązań szczerze zazdroszczę, inne uważam co najmniej za ciekawe. Ale z każdej podróży wracałem z tym samym wnioskiem: Polska to fantastyczne miejsce do życia. I chyba sami nie do końca to doceniamy.

W Kiszyniowie taksówka puszczała mi AI slop, w Oslo zamawiałem obiad bez kelnera
REKLAMA

Zacznę od wyznania, które w polskim internecie brzmi prawie jak herezja. Narzekanie na Polskę to nasz sport narodowy - na urzędy, na drogi, na ceny, na wszystko. Sam to robię. Ale po roku, w którym spędziłem dużo czasu na lotniskach, muszę napisać coś niepopularnego: w wielu codziennych sprawach to inni powinni uczyć się od nas.

REKLAMA

Nie chodzi o patriotyzm z koszulki. Chodzi o drobiazgi, które w Polsce są tak oczywiste, że przestaliśmy je zauważać. Zauważa się je dopiero wtedy, gdy ich zabraknie.

Zaczyna się na lotnisku

Skoro już przy lotniskach jesteśmy - to tam pierwszy raz złapałem się na myśli, że coś jest nie tak z naszym narzekaniem. Polskie lotniska, nawet te, które sami uważamy za najgorsze, prezentują się i działają lepiej niż wiele portów w popularnych destynacjach. 

REKLAMA

Są czyste, czytelnie oznakowane, kontrola bezpieczeństwa idzie sprawnie, a odbiór bagażu nie zamienia się w egzamin z cierpliwości. No chyba że akurat wracamy do kraju z jakimś biurem podróży… 

Niemniej, wystarczy wylądować w Grecji albo w Niemczech, żeby zobaczyć różnicę. Lotniska, przez które co roku przewijają się miliony turystów, potrafią wyglądać i działać tak, jakby nikt nie przewidział, że ktoś z nich będzie korzystał.

REKLAMA

Jasne, nie wszystko jest u nas idealne. Obsługa mogłaby się częściej uśmiechać - choćby po polsku, czyli oszczędnie, ale jednak. Tyle że uśmiech to jedyna rzecz, której polskim lotniskom brakuje względem południa i zachodu Europy. W funkcjonalności, czystości i sprawności to my jesteśmy wyżej.

Z jednym zastrzeżeniem: do Skandynawii wciąż nam bardzo daleko. Tam lotnisko nie jest miejscem, które trzeba przetrwać, tylko częścią podróży, która po prostu działa.

REKLAMA

Płatności, czyli moment, w którym tęsknisz za BLIK-iem

Pierwsza rzecz, którą odczuwa Polak za granicą, to brak BLIK-a i płatności zbliżeniowych. Brzmi banalnie, ale BLIK to system, który w 2025 roku obsłużył 2,9 mld transakcji o wartości 441,5 mld zł, a aktywnych kont było 20,7 mln. 

Przelew na numer telefonu, płatność w sklepie, wypłata z bankomatu bez karty - dla nas codzienność, dla większości Europy science fiction.

REKLAMA

Przyznam szczerze, że sam długo nie byłem fanem tego rozwiązania. Przepisywanie kodów, przełączanie się między aplikacjami, potwierdzenia, które raz przychodziły od razu, a raz po kilkunastu sekundach. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy BLIK trafił do Revoluta. Tam w końcu działa szybko, faktycznie intuicyjnie i tak, że za granicą można za nim zatęsknić.

Najbardziej kontrastowo wypadają Niemcy. Kraj, który kojarzymy z technologicznym porządkiem, wciąż w wielu miejscach żyje gotówką. Kartka "tylko gotówka" na drzwiach knajpy w Berlinie to nadal nie egzotyka, tylko codzienność.

REKLAMA

Ale żeby nie było tak różowo - tu muszę oddać honor Norwegii. W Oslo zakochałem się w czymś, co u nas wciąż jest rzadkością. Wchodzisz do restauracji, siadasz, skanujesz kod, zamawiasz wszystko przez aplikację i płacisz. Praktycznie bez kontaktu z obsługą. 

Brzmi zimno? W praktyce oznacza to, że nikt nie przekręci zamówienia, nie zapomni o napoju i nie każe ci czekać kwadrans na rachunek. Zamówiłeś to, co kliknąłeś. Koniec.

REKLAMA

W Polsce takie rozwiązania się pojawiają, ale wciąż jako ciekawostka. W Oslo to standard.

Codzienność, czyli Żabka w wersji fińskiej

Największe kulinarne zaskoczenie nie spotkało mnie w restauracji, tylko w zwykłym sklepie. W Helsinkach sklepy przypominające nasze Żabki, tylko większe, mają standard, którego u nas brakuje. 

REKLAMA

Gotowe posiłki to jedno, ale można tam też samemu ułożyć szybki obiad z kilkunastu gotowych składników. Bierzesz pojemnik, nakładasz to, na co masz ochotę, płacisz i wychodzisz. Pełna dowolność, zero czekania.

My mamy coś podobnego, ale w mocno ograniczonej formie. Żabka nauczyła Polaków, że w osiedlowym sklepie da się zjeść ciepły posiłek i to jest ogromna zmiana w porównaniu z tym, co było dekadę temu. Tyle że to wciąż wybór z gotowej półki. Sałatki według własnego widzimisię sobie nie ułożymy.

REKLAMA

Miasto, czyli wszyscy przegrali z hulajnogami

Jeśli miałbym wskazać jeden element wspólny wszystkich odwiedzonych miast, nie byłaby to architektura, kuchnia ani język. Byłyby to hulajnogi elektryczne. Od Oslo po Heraklion, od Brugii po Kiszyniów - świat został przez nie opanowany. Stoją na chodnikach, leżą w krzakach, blokują wejścia do kamienic.

To jedyna rzecz, w której wszystkie te miasta są do siebie podobne i jedyna, z którą żadne z nich do końca sobie nie radzi. Polska w tym towarzystwie nie wypada ani lepiej, ani gorzej. Po prostu dołączyliśmy do globalnego klubu ludzi potykających się o porzucone hulajnogi.

REKLAMA

Za to w kategorii "transport, którego się nie spodziewałem" prawdziwym szokiem był Kiszyniów. Wsiadam do taksówki, a tam, zamiast ekranu z trasą przejazdu, lecą filmy z YouTube'a. 

Konkretnie: muzyka wygenerowana przez AI z równie wygenerowanymi teledyskami. Klasyczny AI slop, puszczany pasażerom w pętli. Nie wiem, czy to był pomysł kierowcy, czy jakiejś lokalnej firmy, ale przez całą drogę miałem poczucie, że jadę przez przyszłość, której nikt nie zamawiał.

REKLAMA

Państwo w telefonie

Tu muszę być uczciwy: w tej kategorii jest jeden kraj, któremu zazdroszczę bardziej niż komukolwiek innemu. Estonia od lat jest europejskim wzorem cyfrowego państwa - niemal wszystkie sprawy urzędowe załatwia się tam online, a głosować przez internet można od dwóch dekad. 

I być może jako turysta nie zaznam tych dobrodziejstw w trakcie podróży, ale ciesze się, że na tym polu Polska nie wypada tu wcale źle. 

REKLAMA

mObywatel z cyfrowym dowodem, e-recepta, rozliczenie PIT-u w kilka minut, sprawy samochodowe bez kolejki w wydziale komunikacji. Kilkanaście lat temu brzmiałoby to jak żart. 

Dziś to normalność, a w wielu krajach zachodniej Europy - wciąż niedościgniony ideał.

Czego naprawdę zazdroszczę

Żeby nie wyszło na laurkę - są rzeczy, które chętnie bym do Polski przywiózł:

  • Zamawianie przez aplikację w Oslo - bez pomyłek, bez czekania, bez stresu;
  • Bufet do samodzielnego układania posiłku w sklepach w Helsinkach - Żabka już pokazała, że Polacy chcą jeść w sklepie, teraz czas na kolejny krok;
  • Skandynawskie lotniska - dowód, że da się jeszcze lepiej niż u nas;
  • Estońskie e-państwo - mObywatel to dobry start, ale Tallin jest kilka kroków dalej.

I są rzeczy, które uważam co najmniej za ciekawe, choć niekoniecznie chciałbym je u nas:

  • Taksówkowy AI slop w Kiszyniowie - jako doświadczenie antropologiczne bezcenne, jako standard - nie, dziękuję;
  • Hulajnogowy chaos - wspólny mianownik całej Europy, którego nikt nie potrafi opanować.

Co z tego wynika

Podróże mają tę zaletę, że pozwalają zobaczyć własny kraj z zewnątrz. I z tej perspektywy Polska wygląda zaskakująco dobrze. 

Nie idealnie - nikt nie mówi o idealnie. Ale tam, gdzie liczy się codzienna wygoda - lotniska, płacenie, załatwianie spraw - jesteśmy często krok przed krajami, które przez lata stawialiśmy sobie za wzór.

Możemy uczyć się od Norwegów, jak zamawiać obiad bez pośredników. Możemy podglądać Finów, jak zrobić z osiedlowego sklepu bar sałatkowy. Możemy patrzeć na Estończyków, jak budować państwo w telefonie. Ale wracając z każdego z tych miejsc, łapałem się na tej samej myśli: dobrze być z powrotem.

A jeśli ktoś zapyta, co najbardziej mi się podobało w tych dziesięciu miastach - odpowiem uczciwie. Powrót.

Co nie znaczy, że kończę. 

Postawiłem sobie wyzwanie, żeby odwiedzić wszystkie kraje w Europie, więc kolejne lotniska, sklepy i taksówki dopiero przede mną. I będę dalej szukał drobnych rozwiązań, które ułatwiają codzienne życie - tych, które warto przywieźć do Polski, i tych, które lepiej zostawić tam, gdzie je znalazłem.

Przemysław Śmit
Redaktor

Jak napisał kiedyś Przemysław Pająk, jest maestro od wszystkiego. Jako głównodowodzący w agencji Spiders.Agency odpowiada za realizację projektów własnych i komercyjnych w ramach Grupy Spider’s Web. Wspiera klientów zewnętrznych swoją wiedzą i kompetencjami. Jako bloger pisze na tematy związane z UX i UIX designem, biznesem, marketingiem, SEO, SEM.

REKLAMA
REKLAMA