Chłopak z osiedla stał się celebrytą. Dlaczego pizza Książula tak zabolała ludzi?
Jeszcze przed momentem naklejka Muala od Książula znaczyła w Polsce więcej niż prestiżowe gwiazdki Michelin.

Daleko wprawdzie do sytuacji, kiedy restauratorzy i właściciele budek z zapiekankami w pośpiechu będą zdrapywać niedawny wyraz uznania, będący jednocześnie magnesem na klientów, ale rzeczywiście niedługo kultowe już hasło możemy zobaczyć w koszu na śmieci. Wystarczy, że ktoś wyrzuci opakowanie po mrożonej pizzy.
To właśnie ona jest odpowiedzialna za rysę na wizerunku Książula. Jak dużą - to się jeszcze okaże, ale na razie rwetes jest niesamowity.
Nie jest to zresztą pierwszy raz, kiedy właśnie tego typu danie staje się źródłem kłopotów popularnego youtubera. Wcześniej niemałe emocje wzbudził niezbyt udany test placków odgrzewanych w piekarniku.
Teraz sprawa wydaje się być znacznie poważniejsza
Pizza sygnowana wizerunkiem Książula pojawi się - lub w niektórych przypadkach już się pojawiła - w sieci Żabka. Rozczarowani widzowie zarzucają kulinarnemu blogerowi zdradę ideałów, wszak ten miał unikać jedzeniowych współprac. Książulo broni się, że to żadna reklama sklepu, a jego własny projekt, na który Żabka będąc dystrybutorem ma po prostu wyłączność.
Gdyby najnowsza drama z Książulem w roli głównej była daniem, można byłoby zachwycać się mnogością smaków i bogactwem aromatów; tyle się tu dzieje. Degustować można ją na kilka sposobów, krojąc na kawałki i przyglądając się, jak każdy krwisty element tworzy całość, którą dziś zajada się cały internet. Choć niektórym drama staje w gardle niczym ość.
Złość i pretensje budzi sam ruch. Inni pieklą się, że 25 zł za mrożoną pizzę to jednak przesada, a komuś przeszkadza fakt, że danie nie powstaje w Polsce. Motyw przewodni jest jeden: nasz Książulo, człowiek taki jak my, zajadający się kebabami i wielbiący bary mleczne, zwykły, n o r m a l n y chłopak, przeszedł na drugą stronę barykady. To - a jednak! - celebryta jak każdy inny, którego prędzej czy później skusi suma. Pytanie tylko jaka.
Mam wrażenie, że autorzy takich stanowczych opinii przegapili coś, co nawet taki niedzielny i już dawno nie śledzący materiałów Książula widz jak ja zdążył zauważyć. Książulo, co oczywiście nie jest żadnym zarzutem, od dawna nie jest zwykłym twórcą, chłopakiem z osiedla. Nadal jest sympatyczny i nadal nie można odmawiać mu naturalnego uroku, ale mówimy tutaj o jednym z najpopularniejszych twórców na polskim YouTubie, który gdzie się nie pojawia, niczym Magda Gessler wywołuje sensację i kolejkę do zdjęć. I chociaż dalej jeździ na kebaby, to raczej drogimi furami. Ten słodki etap twórczej niewinności dawno minął, a Książulo czy tego chcemy, czy nie, od dawna gra w innej lidze.
Zdrada ideałów? Bliżej mi do opinii zauważających, że mrożona pizza to właśnie produkt zbieżny z wizerunkiem testera głównie fast foodów. Lepiej dobranym biznesem byłaby chyba tylko budka z kraftowym kebabem.
Widzowie zdradzeni mogliby czuć się wtedy, gdyby twórca otworzył np. wykwintną restaurację, w której ceny zaczynają się od 70 zł za drobną przystawkę, a nazw głównych dań nie sposób nawet wymówić.
Tymczasem youtuber-przedsiębiorca paradoksalnie dalej jest blisko ludzi i ich potrzeb
Jeśli szukać biznesu na dużą skalę, dla każdego, dającego szansę na w miarę pewny i szybki zysk, to z lodówki wyskakuje nam właśnie mrożona pizza w ogólnodostępnej sieci.
- Polska przeszła ogromną drogę, jeśli chodzi o rozwój gospodarczy, ale ma to też konsekwencje dla naszej codzienności. Pracujemy intensywnie, często długo, a jeśli jesteśmy w pracy 8, czy nawet 11 godzin, to faktycznie nie ma czasu na to, żeby wrócić do domu i jeszcze gotować. Wtedy naturalną rzeczą stają się gotowe posiłki - mówił cytowany przez portal dlahandlu.pl Jacek Grzeszak, analityk z Minds&Roses.
Tak jak mrożone dania są substytutem dań przygotowanych samemu, tak nierzadko kulinarni twórcy zastępują rozmowy przy stole z bliskimi czy znajomymi. Wystarczy zerknąć w komentarze pod ich filmami: wielu komentujących pisze, że "obiad już gotowy, zabieram się do oglądania". I choć sporo takich wpisów to już powtarzający się żart, to wcale nie tak daleki od rzeczywistości. Coś musi brzęczeć przy jedzeniu, a jak są to inni jedzący, to tym lepiej. Można mieć namiastkę dyskusji przy stole, poczuć tę wspólnotę. Tak nawiązuje się więzi z youtuberem. Przez żołądek do serca i milionowych wyświetleń.
Kulisy biznesu interesują mnie mniej, bo są dość oczywiste i zrozumiałe. Znacznie większą ciekawość budzą reakcje na produkt Książula i rozczarowanie tym, że akurat on miałby się "nie sprzedać", cokolwiek to znaczy. Bo jasnym jest, że dla każdego definicja jest inna.
Potrzebujemy ideałów. Potrzebujemy autorytetów. Kogoś, na kim można polegać i komu można ufać
Youtuberzy kulinarni wydają się być idealni do tej roli, bo sam temat ich działalności jest wyjątkowy i tak ważny w naszym życiu. Jedzenie to smak i przyjemność, ale też jedzenie kojarzy się gościnnością, miłymi chwilami. Ze wspólnotą, z dzieleniem się - i nawet jeśli w danej chwili nam tego brakuje, to jedzenie może symbolizować te wszystkie pragnienia. Jedzenie bywa nagrodą i pocieszycielem w trudnych chwilach.
Youtuberzy kulinarni - a przynajmniej ci, których oglądam lub tylko pobieżnie śledzę - tego zaufania przeważnie nie nadszarpują. Zdają sobie sprawę z odpowiedzialności. To wcale nie oznacza rezygnacji z przywilejów czy luksusów. Wręcz przeciwnie, korzystają z życia, ale przy tym - i to takie w oczach widzów takie wyjątkowe - nie odwracają się plecami od tej mitycznej n o r m a l n o ś c i. Mimo że bywają gośćmi w restauracjach odznaczonych wyróżnieniami, witają się z szefami kuchni i z ważnymi osobistościami są na ty, to jednocześnie nie odwracają się plecami do Polski powiatowej. Potrafią docenić małą budkę z zapiekankami, jak i kolację degustacyjną składającą się z siedmiu malutkich potraw. Oni znajdują smaki dzieciństwa tam, gdzie większość nawet się nie zatrzymuje, przejeżdżając obok nieznanych miejscowości szerokim łukiem. Jeśli im smakuje, to im smakuje - a tło i cena się nie liczą. Choć im taniej, tym lepiej, wiadomo.
Dlatego youtuberzy kulinarni mieli nieprawdopodobną władzę. Jeden gest, a ktoś z tłumu nagle stawał się sławny. Owszem, musiał zasłużyć - musiał mieć swoją restaurację, serwować dobre jedzenie itd., ktoś musiał Książulowi albo innemu youtuberowi szepnąć, że warto dane miejsce odwiedzić.
Ale przez lata mogło restauratorowi iść ciężko, a mozolna praca i rzetelna praca wcale nie przekładała się na sukces. Aż tu nagle zjawił się pan z kamerą, pochwalił i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieniał się los szczęśliwca. Z lokalu chwalonego na osiedlu robiło się miejsce, do którego zjeżdżała cała Polska. I miało to niekiedy swoje negatywne konsekwencje, bo nie wszyscy o takiej sławie marzyli. W tym jednak rzecz, że kulinarny youtuber po prostu kieruje się własną oceną i opinią, nie zważa na konsekwencje. Musi wydać werdykt, to silniejsze od niego. Co się dzieje dalej, los decyduje. On jest tylko i aż wyrocznią.
I teraz co, koniec? Hasło, będące dowodem na jakość, wystawać będzie zza każdego rogu?
A jednak Książulo nie robi przecież niczego, czego nie robiłyby inne kulinarne autorytety znane z telewizji. One też promują swoją twarzą produkty, których raczej nie podają w swoich restauracjach. Mimo to machamy ręką - taki jest świat reklamy.
W przypadku Książula o wybaczenie, przynajmniej na razie, trudno, bo wielu uwierzyło, że to ktoś z nas. Kolega z osiedla, który miał się nie wypiąć na kumpli, mimo sukcesu. I jeszcze do niedawna zawsze wracał na szkolne boisko - nową furą, z coraz to dalszych wakacji, ale wracał. Teraz coś w jego zachowaniu nie zasmakowało, dopiero teraz dostrzeżono, że się zmienił, już nie jest taki sam jak… no właśnie, jak go sobie wyobrażano.
Patrząc na to wszystko z boku, oburzenie jest absurdalne: tester przede wszystkim kebabów sprzedaje mrożoną pizzę, co wywołało falę negatywnych komentarzy. I jasne, rozumiem - sam Książulo zwracał uwagę na ceny, na pochodzenie produktu, na jakość. Mimo to jego działalność skupiała się po prostu na dawaniu ludziom rozrywki. Wielu widziało go jednak jako wyrocznię. Autorytet. A przy tym człowieka z ludu, którego naszymi klikami wnieśliśmy na piedestał, by to on mówił, co jest dobre, a co nie.
To jednak nic nowego pod słońcem, że zbyt duże oczekiwania okazały się bolesnym rozczarowaniem. Pragnienie autentyczności jeszcze niejednego sparzy. Kto następny?
Zdjęcie główne: zrzut ekranu z filmu Czy sprzedałem się Żabce?
W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.