Rozmowy z czatbotami już nas zmieniły. "Będzie tylko gorzej"
Jeśli myślicie, że trudno nam się dogadać, nie miejcie złudzeń - będzie tylko gorzej.

Mnie nadziei pozbawiły ostatnie internetowe afery. Gdyby kogoś ominęły, pokrótce przypomnę, zaczynając od pierwszej i najgłośniejszej.
Noblistka Olga Tokarczuk odmówiła wywiadu z dziennikarzem "Rzeczpospolitej". A raczej nie tyle co sama pisarka, a jej otoczenie, uznając, że przesłane pytania są zbyt zaczepne, prowokacyjne, zwyczajnie nie na miejscu.
Była to aferka, w której po trosze wszyscy mieli rację. Tak, zadaniem dziennikarza jest zadawanie pytań, również tych niewygodnych. Tak, warto rozmawiać, ale prawda jest taka, że czasami nie trzeba. Druga strona też ma prawo do obrony swoich odczuć. Nie każdy chce czuć się jak na przesłuchaniu, nie każda rozmowa musi być wymianą ciosów.
Obserwatorzy dyskusji zwracali uwagę, że przy okazji premiery autor książki ma niewiele czasu, a jeszcze mniej ma pisarka z tak dużym nazwiskiem. O kilka słów wyjaśnień proszą dosłownie wszyscy, więc tym bardziej można rozumieć, że odsiewa się tych, którzy, jak się wydaje, szukają zwady i nie ma pewności, czy faktycznie zależy im na odpowiedzi, czy tylko szukają sensacji.
Ale prawda może być również taka, że kąśliwe pytania źle wyglądały tylko na ekranie. Zadane je na żywo, twarzą w twarz, wybrzmiałyby już zupełnie inaczej - porozumiewawczo, a nie złośliwie. Kropka nienawiści nie wzięła się znikąd i sami doskonale wiemy o tym, że wiadomość odebrana na komunikatorze może oznaczać co innego, niż miał na myśli autor. Wszystko zależy, jak przeczytamy ją sobie w głowie.
Całkiem prawdopodobne, że i ta aferka jest jeszcze jednym dzieckiem tych nieszczęsnych czasów
Wystarczy chwila nieuwagi i z drobnej iskierki wybucha ogromny pożar. Algorytmy tylko na to czekają, tylko nakręcają kłótnię. Lawina potoczy się sama, bo uczestnicy mogą nawet nie zdawać sobie sprawy, że druga strona ma złe intencję - zakładają to z góry, bo do tego zostaliśmy przyzwyczajeni.
A przecież całą rozmowę na temat tej dyskusji można by zacząć od jednego pytania: "czy noblistka/pisarz/aktor/celebryta/ktokolwiek" musi rozmawiać ze wszystkimi? Pomijając fakt, czy to w ogóle możliwe - po prostu, czy nawet na barkach najsławniejszych osobistości spoczywa odpowiedzialność do spełniania tej zachcianki? Jasne, ktoś powie, że wówczas otacza się sławy w kokonie, dopuszcza jedynie tych, którzy sączą słodkie słówka i pochlebstwa.
Jak… sztuczna inteligencja? Ona przecież gotowa jest odpowiedzieć każdemu na wszystko i wcale nie przeszkadza czatbotom to, że czegoś nie wiedzą. Jak nie są pewne, to zmyślą. Cóż za wspaniały rozmówca! Nie dość, że nie strzeli focha, nie zacznie kluczyć, nie będzie wić się jak żmija, wypowiadając nudne "tak, ale", "z drugiej strony", "to zależy", "na wszystko można spojrzeć inaczej". Bach, prosto z mostu, odpowiedź będzie zawsze. I najczęściej taka, jak sobie zadający pytanie wymarzył. Ach, kochana, jak ty doskonale mnie rozumiesz!
Inny internetowy spór toczący się w ostatnich dniach był w zasadzie dość podobny. Też poszło nie o to, co ktoś powiedział, ale głównie o to, czego nie powiedział. Ostrze krytyki skierowane zostało w stronę Jamesa Hetfielda, który śmiał zauważyć, że jego zadaniem jest granie muzyki i serwowanie ludziom rozrywki, a nie wygłaszanie ze sceny kategorycznych sądów, jak powinien wyglądać świat.
Jak to - oburzyli się niektórzy - przecież od zawsze w tekstach swoich piosenek zabierał głos ws. trudnych kwestii. Teraz chce tylko zabawiać, a przy okazji wbija brudną szpilę w tych, którzy postępują inaczej.
I znowu: rozumiem jednych i drugich. Są spory, w których można dzielić włos na czworo, ale są takie sprawy, w których sytuacja jest czytelna i czarno-biało. Zło to zło, dobro to dobro. Wystarczy to stwierdzić, i tyle.
Okrucieństwem jest stwierdzenie, że czasami potrzeba wytchnienia
Okrucieństwem, bo to życzenie wypowiadane jest z bardzo wygodnej perspektywy. Widza koncertu, któremu raczej niewiele zagraża, czy internetowego komentatora mającego dość kolejnej politycznej kłótni. Jasne, może zdarzyć się wypadek, działania szaleńca itp. niespodziewane zdarzenia. Ale właśnie - niespodziewane, będące wyjątkiem, a nie regułą. W świecie, w którym trwają wojny, nie każdy może sobie na taki luksus pozwolić. I my jesteśmy zmęczeni opiniami, uwagami, nawoływaniami do zmian?
Przyznaję: rozumiem tych, którzy wykorzystują swoją pozycję i mówią o ważnych kwestiach wprost, bez ogródek. Ale też, mając pretensje do siebie, wiem, dlaczego niektórzy tego unikają. Być może z ignorancji. Być może dlatego, że powiedzieli na ten temat już tak wiele, że oczekiwanie od nich mówienia tego samego jest bezsensowne. Być może dlatego, że sami chcą uciec od problemu albo uznają, że w tym momencie to nie ich rola. I to jeszcze wcale nie oznacza poparcia dla oprawców i bandytów.
Przypomniała mi się wizyta w pubie. Przy stoliku trzech facetów żywo dyskutowało o geopolityce. Szklanki po piwie wyglądały jak armie, a mężczyźni tylko czekali na to, by przesuwać je po mapie, planując kolejne strategie, wygrywając w głowie kolejne bitwy. Słuchałem tylko dlatego, że było ich słychać. Jeden uważał, że Stany Zjednoczone powinny zrobić to i to. Drugi, że wina Ukrainy jest taka i taka, natomiast trzeci wyliczał błędy Rosji. Byli przekonani o swoich racjach, jakby do pubu trafili na skutek teleportacji. Przed chwilą byli gdzieś w gabinetach w trakcie spotkania z głowami państw, a nagle, straszne dziwo, przeniesiono ich tutaj. Zacząłem uznawać, że gdyby tylko wpuścić ich na jakieś międzynarodowe spotkanie, kwestię pokoju mielibyśmy załatwioną po pięciu minutach. Jednak jako że im to nie wystarczało i dalej wygłaszali swoje monologi, zapominając, że wpływ mają co najwyżej na wybór kolejnego trunku i pojemności. Ewakuowałem się.
Cała sytuacja wydawała mi się absurdalna i groteskowa. Zwyczajnie: nie czas i nie miejsce. Nie wyśmiewałem wodzów, spokojnie, raczej zdałem sobie sprawę z własnej śmieszności. Wielokrotnie i ja występowałem w podobnej roli, podchodząc do skomplikowanych zagadnień jak do rutynowych czynności. Nie znając kulisów, motywacji i odczuć wygłaszałem, co należało w danej sytuacji uczynić, nawet jeśli mnie tam nie było, ba, nawet jeżeli nie miałem z tym nic wspólnego.
Nie chcę przez to powiedzieć, że nie należy wygłaszać jakichkolwiek opinii, a już szczególnie tych stanowczych, niepopularnych, krytycznych itd. Po prostu czasami warto zrozumieć, że świat jest strasznie skomplikowany. Druga strona - mam tu na myśli tylko drugą osobę, a nie np. wrogą armię, jakby co - może mieć swoje przemyślenia i z jakiegoś powodu działa tak, a nie inaczej. Nawet jeżeli popełnia błędy, to jest to jej prawo. Że czasami, to najtrudniejsze, możemy nie wiedzieć wszystkiego.
Poniekąd i o tym była też inna internetowa kłótnia, już nieco bardziej przebrzmiała
I Książulo zachował się nie tak, jak od niego oczekiwano. Szczególnie zainteresowały mnie opinie ludzi, którzy pisali, że dziwią się, że powiedział to i to, a nie zachował się inaczej. Czemu wypuścił pizzę, a nie coś innego - przecież gdyby zrobił tak, to by kłótni nie było. A najbardziej rozczulił mnie komentator dziwiący się, że youtuber nie ma kogoś, kto doradziłby mu, co mówić, jak nagrywać, czego unikać, a jakie wątki podkreślać. Od serca to źle, bo można rozgniewać jeszcze bardziej publikę.
W świecie, który tak pragnie autentyczności, przejawy ludzkich zachowań nagle okazują się być nie takie, jak chcieliby odbiorcy rzekomo chorzy na brak szczerości. Autentyczność jest wtedy, kiedy pasuje odbiorcom i zgadza się z tym, co sami myślą. Kiedy jednak ktoś błądzi, bo jest człowiekiem i to normalne, wówczas chciałoby się wygładzania, aby ktoś przejął stery i zapanował nad chaosem.
Jeśli coś pociągało mnie w sztuce, to właśnie nie idealność twórców, a fakt, że idą swoją drogą. I ja w głowie mam wymyślony obraz ulubionych artystów, nie znając ich prywatnie, wymyśliłem ich sobie. To oznacza, że mogę się sparzyć i rozczarować. Ale pójście pod prąd, czasami gadanie głupot, mówienie nie tego, co trzeba, postępowanie wbrew oczekiwaniom jest tym, co sprawia, że widać w nich człowieka. Mylą się jak i ja.
Owszem, trzeba stawiać granicę i wiedzieć, że pewnych rzeczy mówić rzeczywiście nie można. Ale mam na myśli nie rzeczy skrajne, a dość normalne, jak właśnie kwestia udzielenia bądź nie wywiadu. Nie trzeba ich za to od razu palić na stosie, grzmieć i oburzać się. Komentować można, jak najbardziej, ale uznając prawo do tego, że czasami ktoś może nie chcieć postępować tak, jak wydaje nam się to słuszne. Bo przecież w tej krytyce poszło właśnie o to, że ktoś zachował się po swojemu, nie spełniając wymyślonego przez komentujących scenariusza.
Te oczekiwania względem innych zawsze były. To nic nowego. Dziś jednak jesteśmy w innej sytuacji, bo znamy rozmówcę, który tych grzechów nie popełnia, odpowiada zawsze i najczęściej tak, jak chcemy. Wystarczy go wziąć lekko pod włos i już uderza w odpowiednie tony. Wystarczy wklepać, jak noblistka, "kochana, a co sądzisz o tym i tamtym?", by wszystko poszło jak trzeba.
Przesadą byłaby sugestia, że ostatnie internetowe kłótnie to wyłącznie efekt tego, że dyskutujący przyzwyczaili się do rozmowy z czatbotami i teraz są zdziwieni, że ktoś może powiedzieć coś nie po ich myśli
Tyle że istnieje ryzyko, że sztuczna inteligencja może być lekarstwem na to rozczarowanie - zawsze powie to, co zechcemy, a przy tym się nie odwinie i nie zada niewygodnych pytań. A jeśli wyskoczy z kąśliwą uwagą, wielu będzie zachwyconych; cóż za sprytna bestia!
Lekarstwo będzie więc gorsze od choroby. Po co się rozczarowywać, po co się irytować odpowiedziami nie takimi, jak nasze wymarzone. A wtedy jeszcze trudniej będzie rozmawiać z tymi, którzy wybierają inną drogę.
Zdjęcie główne: Karola G, Pexels / Canva Pro
W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.