Polska nie może udawać, że nic się nie dzieje. Jeden dzień pokazał, jak łatwo w nas uderzyć
Polsko, czas się obudzić. Poniedziałek, 31 sierpnia, powinien być dla nas, kolejnym już kubłem zimnej wody. Jesteśmy dramatycznie nieprzygotowani do tego, co nasz czeka. Wojna w Ukrainie trwa już cztery lata, a my cały czas zachowujemy się tak, jakby nas to nie dotyczyło. Jeśli dalej będziemy tak lekceważyć rzeczywistość, to Rosja wejdzie nas jak nóż w masło.

Nie trzeba wysyłać czołgów przez granicę, żeby zaatakować państwo. Można podpalić magazyn, sparaliżować infrastrukturę, wywołać fałszywy alarm, zakłócić transport albo spróbować uderzyć w przedsiębiorstwo pracujące dla wojska. Tak właśnie wygląda współczesna wojna hybrydowa, w której granica pomiędzy przestępstwem, sabotażem i działaniem wywiadowczym coraz bardziej się zaciera.
Polska ma zresztą bardzo konkretne powody, żeby traktować takie zagrożenie poważnie. W maju 2025 roku polskie służby poinformowały, że pożar Centrum Handlowego Marywilska 44 w Warszawie był wynikiem podpalenia zleconego przez rosyjskie służby. Prokuratura ustaliła również, że w proceder zaangażowana była zorganizowana grupa wykonująca zadania na rzecz rosyjskiego wywiadu. W kwietniu 2026 r. Prokuratura Krajowa informowała już o skierowaniu aktu oskarżenia przeciwko pięciu osobom w sprawie serii podpaleń na terenie Polski, Litwy i innych państw europejskich.
To nie jest więc teoria ani publicystyczne straszenie. Polska rzeczywiście stała się celem działań sabotażowych powiązanych z rosyjskim wywiadem.
Rosja już prowadzi wojnę poniżej progu otwartego konfliktu
Przypomniał o tym poniedziałek, 31 sierpnia 2026 r. W ciągu jednego tylko dnia mieliśmy kilka bardzo niepokojących zdarzeń. Doszło do sabotażu w fabryce WB w Skarżysku, gdzie produkuje się części do dronów, płonęła hala firmy JFG Composites w Lublinie, która specjalizujące się w produkcji kompozytów i elementów wykorzystywanych przez przemysł lotniczy, doszło do zerwania sieci energetycznej koło Zakładów Chemicznych Siarkopol w Tarnobrzegu, a sprawcą miał być "niezidentyfikowany śmigłowiec", a w jednej z jednostek wojskowych w województwie warmińsko-mazurskim miał miejsce fałszywy alarm.
W Litwie i Czechach niemal jednocześnie pojawiły się przed biurami wienice żałobne i fotografie szefów firm obronnych dostarczających broń Ukrainie, ozdobione czarnymi wstęgami.
Nie miejmy złudzeń, za większością tych zdarzeń stoi Rosja i rosyjski wywiad. Dowodem może być cała masa wcześniejszych zdarzeń inspirowanych lub zlecanych przez Rosjan - płonące hale, sklepy, wysadzane tory kolejowe.
I choć mamy z tym do czynienia od kilku lat, to wydaje się, że nasze państwo jest dramatycznie nieprzygotowane do tego, co już się dzieje i na to, co może wkrótce nadejść.
Szczególnie niepokojące jest to, z jaką łatwością doszło do wczorajszego ataku na dwie fabryki związane z przemysłem zbrojeniowym. Zapewne sprawcami byli tak zwanie jednorazowi agenci, czyli osoby przypadkowe, nieprzeszkolone, zwerbowane w internecie i opłacone kryptowalutami. Tacy ludzie stali za podpaleniami choćby hali targowej w Warszawie.
Mimo że nie byli to profesjonaliści, bez problemu przedostali się na teren zakładu Grupy WB i JFG Composites i spełnili swoje zadanie. Teraz pomyślmy, co by się stało, gdyby zadanie te mieli wykonać profesjonaliści wyposażenie w profesjonalne ładunki, a nie składniki kupione w sklepie budowlanym.
Wydawać mogłoby się, że po czterech latach wojny w Ukrainie, dziatkach aktów sabotażu w Europie, licznych groźbach Rosji w kierunku europejskiego przemysłu obronnego, nasze firmy stworzyły wokół swoich firm nieprzeniknioną barierę, która ma uniemożliwić jakikolwiek atak sabotażystów. Niestety tak nie jest. A dowodem jest dzień 31 sierpnia.
Największym problemem może być nasze poczucie bezpieczeństwa
Był to kolejny już zimny prysznic dla Polski, ale obawiam się, że jeśli nie podejdziemy do sprawy poważniej, to najbliższe miesiące mogą być dla nas bolesne. Rząd już kilkukrotnie ostrzegał przed eskalacją ze strony Rosji i ja to ostrzeżenie traktuję poważnie. Problem w tym, że nie wiem, czy poważnie traktują je nasi politycy, nasz przemysł zbrojeniowy, nasze firmy.
Polska przez lata przyzwyczaiła się do tego, że wojna jest czymś, co dzieje się gdzieś daleko. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę ta granica się przesunęła, ale nasze myślenie nie zawsze nadążyło za rzeczywistością.
Tymczasem wojna może dotrzeć do Polski nie w postaci kolumn rosyjskich czołgów, ale poprzez serię pozornie niezwiązanych ze sobą zdarzeń. Pożar, awaria, cyberatak, zakłócenia GPS, dezinformacja, próba włamania do firmy, sabotaż infrastruktury. Każdy z tych elementów osobno może wyglądać jak incydent. Dopiero zestawione razem mogą pokazać większy obraz.
Dlatego tak ważne są służby kontrwywiadowcze, policja, Żandarmeria Wojskowa, ochrona infrastruktury krytycznej i bezpieczeństwo przedsiębiorstw pracujących dla wojska. Bez nich nawet najlepsze czołgi, samoloty i rakiety nie zapewnią państwu pełnego bezpieczeństwa.
Tymczasem liczby są bezwzględne. Jak przypomniał w serwisie X Jakub Wiech, na dofinansowanie górnictwa wydajemy w Polsce rocznie 6 mld zł, a na Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego 2 mld zł.
Polska musi potraktować sabotaż jak realne zagrożenie
Problem nie polega wyłącznie na tym, czy wczorajsze pożary były rosyjskim sabotażem. To ustalą śledczy. Problem jest szerszy, wiemy już, że rosyjskie służby prowadzą tego typu operacje w Europie i że Polska jest jednym z ich celów.
Potwierdzają to nie tylko polskie postępowania. ABW informowała o międzynarodowej grupie powiązanej z rosyjskim wywiadem, która miała odpowiadać za podpalenia obiektów handlowych, transportowych i przemysłowych w kilku państwach Europy. Według ustaleń służb wykorzystywano podobny sposób działania, a celem było między innymi zastraszanie społeczeństw i utrudnianie pomocy Ukrainie.
To oznacza, że nie możemy już myśleć o sabotażu jako o czymś wyjątkowym. Musimy traktować go jako jeden z elementów bezpieczeństwa państwa. Dlatego 31 sierpnia nie powinien być dla nas dniem paniki. Powinien być dniem poważnej refleksji.
Bo największym zagrożeniem nie jest to, że ktoś spróbuje nas zaatakować. Największym zagrożeniem byłoby to, gdybyśmy po raz kolejny zobaczyli ostrzegawcze światło i uznali, że to tylko przypadek.
Główna ilustracja wygenerowana przez AI.
Dziennikarz Spider's Web. Specjalizuje się w tematyce militariów i obronności. Pisze również o nauce - głownie o kosmosie. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.