REKLAMA

Gdzie się skryć przed końcem świata? Nie, to nie Szwajcaria

Gdzie się skryć, gdyby świat został dotknięty katastrofą na skalę, jakiej współczesna cywilizacja jeszcze nie doświadczyła? Naukowcy przeanalizowali różne scenariusze, od wojny nuklearnej i pandemii po potężne erupcje wulkanów i uderzenie planetoidy. W ich zestawieniu jeden kraj wyróżnia się odpornością na wyjątkowo szeroki wachlarz zagrożeń.

Gdzie się skryć, gdyby świat został dotknięty katastrofą na skalę, jakiej współczesna cywilizacja jeszcze nie doświadczyła? Naukowcy przeanalizowali różne scenariusze, od wojny nuklearnej i pandemii po potężne erupcje wulkanów i uderzenie planetoidy. W ich zestawieniu jeden kraj wyróżnia się odpornością na wyjątkowo szeroki wachlarz zagrożeń.

Wyobrażenie sobie końca znanego nam świata nie jest dziś szczególnie trudne. Wystarczy pomyśleć o zimie nuklearnej, pandemii wymykającej się spod kontroli, potężnej erupcji wulkanu, ekstremalnej burzy geomagnetycznej czy katastrofie, która sparaliżowałaby transport, energetykę i dostawy żywności.

W takiej sytuacji znaczenie miałoby nie tylko to, gdzie doszło do katastrofy. Równie ważne byłoby to, czy dane państwo potrafiłoby przez długi czas funkcjonować bez dostaw z zagranicy, utrzymać produkcję żywności, zapewnić energię oraz ochronę podstawowej infrastruktury.

Właśnie temu zagadnieniu przyjrzeli się naukowcy. W badaniu opublikowanym w czasopiśmie Global Challenges przeanalizowali setki wcześniejszych prac i raportów dotyczących globalnych zagrożeń. Wniosek jest interesujący: najbardziej odporna na globalne katastrofy okazuje się Australia.

Nie chodzi o miejsce, w którym nic złego się nie wydarzy

Naukowcy nie twierdzą, że Australia jest bezpieczną przystanią, której żadna katastrofa nie może dosięgnąć. Wręcz przeciwnie. Kraj ten mierzy się między innymi z konsekwencjami zmian klimatu, pożarami, suszami i innymi zagrożeniami środowiskowymi.

Chodzi o coś innego. Badacze sprawdzali, czy państwo byłoby w stanie przetrwać poważne zakłócenia i zachować podstawowe funkcje społeczeństwa, nawet gdyby normalne mechanizmy globalnej gospodarki przestały działać.

To ważna różnica. Globalna katastrofa nie musi oznaczać zniszczenia całego kraju. Czasem wystarczyłoby, że przestałyby działać sieci energetyczne, transport, systemy komunikacyjne i międzynarodowy handel. Jeżeli do tego doszłyby problemy z produkcją żywności albo niedobory paliw i leków, nawet bogate państwo mogłoby bardzo szybko znaleźć się w trudnej sytuacji.

Naukowcy analizowali trzy rodzaje katastrof

Autorzy badania podzielili globalne zagrożenia na trzy główne grupy. Pierwsza obejmuje sytuacje, w których Ziemia nagle otrzymuje znacznie mniej światła słonecznego. Mogłoby do tego dojść po potężnej erupcji wulkanicznej, uderzeniu dużej planetoidy albo w wyniku tzw. zimy nuklearnej.

Konsekwencje byłyby poważne przede wszystkim dla rolnictwa. Mniejsza ilość światła i ochłodzenie klimatu mogłyby ograniczyć produkcję żywności na dużych obszarach świata. W skrajnym scenariuszu problemem nie byłoby więc tylko samo wydarzenie, ale jego następstwa trwające miesiącami lub nawet latami.

Druga grupa obejmuje katastrofalną utratę infrastruktury. Do takiego scenariusza mogą prowadzić między innymi pandemie, potężne burze geomagnetyczne, cyberataki czy wysokoenergetyczny impuls elektromagnetyczny. Wspólnym mianownikiem jest tutaj możliwość zakłócenia funkcjonowania energetyki, transportu, komunikacji i systemów zaopatrywania ludności.

Trzecia kategoria dotyczy szczególnie groźnych zagrożeń biologicznych. Mowa o epidemiach lub innych zdarzeniach biologicznych, które powodują masową liczbę zachorowań i ofiar oraz jednocześnie destabilizują całe społeczeństwa.

Dlaczego właśnie Australia?

W analizach dotyczących odporności państw powtarzają się pewne cechy. Pomaga zamożność, stabilne instytucje, rozwinięty przemysł i możliwość produkowania podstawowych dóbr na własnym terytorium. Znaczenie ma także położenie geograficzne.

I właśnie tutaj Australia ma kilka istotnych przewag.

To ogromny kraj będący jednocześnie wyspą i kontynentem. Jego położenie sprawia, że w przypadku niektórych zagrożeń łatwiej byłoby kontrolować przepływ ludzi i towarów przez granice niż w państwach położonych w centrum dużych kontynentów.

Australia dysponuje również znaczącym sektorem rolnym. Produkuje znaczne ilości żywności, ma rozwinięty przemysł, własne zasoby surowców energetycznych i duży sektor wydobywczy. W sytuacji załamania światowego handlu takie możliwości mogą mieć kluczowe znaczenie.

Nie bez znaczenia jest również stabilność państwa i jego możliwości organizacyjne. W przypadku długotrwałego kryzysu nie wystarczy bowiem mieć żywność czy surowce. Potrzebne są jeszcze instytucje zdolne do zarządzania kryzysem, infrastruktura oraz przemysł pozwalający utrzymać podstawowe usługi.

Australia ma jednak poważną słabość

Jest w tym wszystkim pewien paradoks. To samo położenie, które zwiększa odporność Australii na część zagrożeń, może stać się jej problemem.

Kraj jest mocno oddalony od innych dużych centrów przemysłowych i handlowych. Oznacza to, że w przypadku globalnego kryzysu nie może po prostu liczyć na szybkie dostawy z sąsiednich państw.

Australia nadal potrzebuje międzynarodowego handlu. Dotyczy to między innymi paliw, leków czy nawozów. Jeżeli globalne łańcuchy dostaw zostałyby poważnie przerwane, sama produkcja żywności nie wystarczyłaby do zachowania normalnego funkcjonowania gospodarki.

Badacze podkreślają więc, że nawet Australia nie jest miejscem, w którym można całkowicie odizolować się od skutków globalnej katastrofy.

A co z Nową Zelandią i Szwajcarią?

Australia nie jest jedynym krajem, który dobrze wypada w tego typu analizach. W literaturze naukowej jako państwa względnie odporne na globalne katastrofy często pojawiają się również Nowa Zelandia, Japonia, Szwajcaria i Argentyna.

Każde z nich ma jednak własne ograniczenia.

Szwajcaria korzysta między innymi z położenia, infrastruktury i stabilności gospodarczej, ale nie ma takiej samowystarczalności żywnościowej i surowcowej jak Australia. Z kolei państwa wyspiarskie, takie jak Nowa Zelandia, są mniej narażone na niektóre problemy wynikające z konfliktów na kontynentach, lecz jednocześnie pozostają zależne od transportu morskiego.

Istnieje też problem zagrożeń naturalnych. Japonia jest państwem wysoko rozwiniętym i technicznie przygotowanym na wiele katastrof, ale znajduje się w regionie aktywnym sejsmicznie i wulkanicznie.

W przypadku Australii badacze znaleźli coś, czego nie udało się przypisać pozostałym analizowanym państwom. Była ona jedynym krajem bezpośrednio wskazywanym w literaturze jako odporny na wszystkie trzy główne kategorie globalnych katastrof analizowanych w badaniu.

Nawet najlepsze miejsce na Ziemi nie jest całkowicie bezpieczne

Autorzy badania zwracają uwagę na jeszcze jeden problem. Niektóre państwa uznawane za odporne na jedne zagrożenia mogą być szczególnie podatne na inne.

Długie wybrzeża Australii, Nowej Zelandii, Japonii i Argentyny oznaczają na przykład potencjalne zagrożenie tsunami. W przypadku bardzo dużego uderzenia obiektu kosmicznego w ocean konsekwencje mogłyby odczuć nawet państwa znajdujące się tysiące kilometrów od miejsca kolizji.

Podobnie wygląda kwestia wielkich erupcji wulkanicznych. Niektóre scenariusze mogą mieć skutki wykraczające daleko poza bezpośrednie sąsiedztwo wulkanu. W przypadku wyjątkowo silnej erupcji problemem stają się bowiem zmiany atmosferyczne i klimatyczne, a nie tylko lawa czy popiół.

Dlatego naukowcy podkreślają, że nie istnieje miejsce całkowicie odporne na globalną katastrofę.

Najważniejsza lekcja nie dotyczy przeprowadzki do Australii

Wyniki badania można potraktować jako ciekawostkę i próbować odpowiedzieć na pytanie, gdzie najlepiej byłoby przeczekać globalny kryzys. Znacznie ważniejszy jest jednak inny wniosek.

Odporność nie zależy wyłącznie od geografii. Można ją budować poprzez rozwój krajowego przemysłu, zabezpieczanie dostaw żywności, tworzenie zapasów strategicznych, rozwój energetyki i infrastruktury oraz przygotowanie instytucji państwowych na sytuacje kryzysowe.

Właśnie dlatego Australia i Nowa Zelandia mogą w przyszłości pełnić jeszcze inną funkcję. Według autorów badania państwa o wysokiej odporności mogłyby stać się swoistymi punktami oparcia dla globalnego systemu bezpieczeństwa. Mogłyby przechowywać zapasy żywności i nasion, utrzymywać część zdolności przemysłowych oraz pomagać w organizowaniu międzynarodowej odpowiedzi na katastrofę.

To podejście zmienia perspektywę. Nie chodzi wyłącznie o to, gdzie człowiek miałby największą szansę przeżyć, lecz również o to, które społeczeństwa mają największą szansę zachować podstawowe funkcje po katastrofie i pomóc reszcie świata odbudować się po kryzysie.

Naukowcy podkreślają przy tym rzecz pozornie oczywistą: znacznie lepiej zapobiegać globalnym zagrożeniom, niż później próbować sobie z nimi radzić. Nie wszystkie katastrofy można powstrzymać, ale przygotowanie państw może zdecydować o tym, jak wiele osób przeżyje ich konsekwencje.

Australia nie jest więc najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi w dosłownym znaczeniu. Jest raczej państwem, które, dzięki swojemu położeniu, zasobom, gospodarce i możliwościom produkcyjnym, ma wyjątkowo dobre warunki, by utrzymać funkcjonowanie społeczeństwa w świecie, w którym wiele innych państw mogłoby przestać działać normalnie.

Główna ilustracja wygenerowana przez AI.

Bogdan Stech
Redaktor

Dziennikarz Spider's Web. Specjalizuje się w tematyce militariów i obronności. Pisze również o nauce - głownie o kosmosie. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.