Przekątna, której brakowało w sklepach. Ten telewizor idealnie wypełnia lukę
Sześćdziesiąt cali brzmi dziś prawie jak pomyłka w katalogu. I właśnie dlatego Metz 60MNH7030Z może być jednym z najrozsądniejszych telewizorów dla osób, którym 55 cali już nie wystarcza, ale 65 cali nie mieści się na szafce, ścianie albo w domowym budżecie.

Rynek telewizorów przyzwyczaił nas do dość brutalnego wyboru: 55 albo 65 cali. W aktualnej ofercie dużych polskich sklepów modele 65-calowe występują dziesiątkami, natomiast filtr 60 cali potrafi zwrócić zaledwie kilka urządzeń, z których część jest starsza lub niedostępna. A jeśli zawęzić poszukiwania do QD-Mini LED to 60MNH7030Z staje się wręcz rynkową osobliwością.
Nie jest to jednak osobliwość stworzona wyłącznie po to, aby dział marketingu miał o czym opowiadać. Ekran ma przekątną 153 cm, a cały odbiornik mierzy 134,5 cm szerokości; typowy telewizor 55-calowy zajmuje około 122-123 cm, natomiast 65-calowy około 145 cm. Metz wypełnia zatem realną, blisko 22-centymetrową lukę pomiędzy najpopularniejszymi rozmiarami.
Te liczby mają praktyczne znaczenie. Jeżeli wnęka lub blat ma około 140 cm szerokości, wiele modeli 65-calowych zwyczajnie odpada, podczas gdy Metz zostawia jeszcze odrobinę miejsca po bokach. W porównaniu z ekranem 55-calowym dostajemy zarazem o około 19 proc. większą powierzchnię obrazu, bo powierzchnia ekranów o tych samych proporcjach rośnie proporcjonalnie do kwadratu przekątnej. To różnica zauważalna przy filmach i sporcie, ale osiągnięta bez gabarytowego skoku właściwego dla 65 cali.

Sześćdziesiąt cali nie jest więc niezręcznym kompromisem. To bardzo konkretna odpowiedź na warunki polskich mieszkań, w których salon często pełni jednocześnie funkcję jadalni, biura i ciągu komunikacyjnego. Metz trafia między dwa standardy dokładnie tam, gdzie centymetry mierzone taśmą budowlaną bywają ważniejsze od hierarchii modeli ustalonej przez producentów paneli.
Bez efekciarstwa, Metz preferuje klasę
Pod względem wyglądu 60MNH7030Z nie próbuje zostać meblem designerskim. Czarna obudowa, smukłe ramki i dwie szeroko rozstawione nóżki nie wywracają telewizyjnej estetyki do góry nogami, ale też nie odciągają wzroku od obrazu. Przy tej klasie cenowej to dobra wiadomość: budżet został najwyraźniej skierowany przede wszystkim do podświetlenia i elektroniki obrazu, a nie do metalowej podstawy ważącej tyle co mały soundbar.
Z podstawą odbiornik ma 134,5 × 85,8 × 26,4 cm, bez niej jego wysokość wynosi 78,8 cm, grubość 8,1 cm, a masa z podstawą 12,1 kg. Nie jest rekordowo cienki, bo konstrukcja z pełnym podświetleniem za ekranem potrzebuje więcej miejsca niż telewizor Edge LED. Za to stosunkowo niska masa ułatwia ustawienie sprzętu, choć przy 134,5 cm szerokości bezpieczniej robić to w dwie osoby.

Rozstawione przy krawędziach nóżki wymuszają użycie odpowiednio szerokiej szafki. Alternatywą jest montaż na ścianie, do którego służy popularny standard VESA 200 × 200 mm. Warto tylko pamiętać, że 8,1 cm głębokości nie pozwoli uzyskać efektu obrazu przyklejonego do tynku, znanego z najcieńszych OLED-ów.
Mini LED za dwa tysiące
Najważniejszą cechą obrazu nie jest samo hasło QLED, lecz połączenie kropek kwantowych z podświetleniem Mini LED i pełnym lokalnym wygaszaniem. Kropki kwantowe odpowiadają za szerszą paletę i czystsze składowe barw, a Full Array Local Dimming pozwala sterować jasnością różnych obszarów podświetlenia zamiast rozjaśniać cały ekran jednakowo. W praktyce jest to znacznie ciekawszy punkt wyjścia niż zwykły LCD z diodami wyłącznie na krawędziach.

W cenie około 1999 zł obecność pełnego lokalnego wygaszania pozostaje mocnym argumentem. Metz nie musi pokonać OLED-a ani kilkukrotnie droższego Mini LED-a; musi wyraźnie przebić typowe niedrogie telewizory Direct LED. Konstrukcja panelu daje mu do tego sensowne narzędzia, zwłaszcza podczas wieczornego oglądania filmów, kiedy różnica między jednolitym podświetleniem a pracą lokalnych stref jest najbardziej potrzebna.
W ciemnych scenach 60MNH7030Z powinien być oceniany jako ambitny LCD, a nie „prawie OLED”. Lokalnie wygaszane podświetlenie pozwala ograniczyć szarą poświatę typową dla prostych ekranów LCD i poprawia postrzeganą głębię obrazu. W materiałach z czarnymi pasami filmowymi, nocnymi ujęciami oraz mocnymi punktowymi światłami jest to zaleta znacznie bardziej użyteczna niż kolejny tryb obrazu nazwany przez marketing „AI Cinema Ultra”.

Trzeba jednak zachować rozsądek. Jasność deklarowana na poziomie 350 cd/m² od razu sugeruje raczej solidny segment ekonomiczny niż telewizor stworzony do olśniewających pokazów HDR. Niewielkie poświaty wokół napisów lub jasnych detali na bardzo ciemnym tle należy zatem traktować jako prawdopodobny koszt atrakcyjnej ceny, a nie zaskakującą wadę konkretnego egzemplarza.
Sztuka polega na proporcjach. Za około 2000 zł trudno wymagać perfekcyjnej czerni, lecz można oczekiwać, że nocne sceny nie będą wyglądały jak oglądane przez mleczną szybę. Metz ma techniczne podstawy, by ten warunek spełnić, i właśnie dlatego jego Mini LED nie jest pustą naklejką na pudełku.
Kolory z kropek
Warstwa kropek kwantowych zapewnia 93 proc. pokrycia przestrzeni barw DCI-P3. To poziom wystarczający, aby współczesne filmy, seriale animowane, przyroda i gry nie wyglądały blado, szczególnie w porównaniu z podstawowymi panelami LED bez warstwy QD.

W codziennym użyciu najrozsądniejszym punktem startowym będzie tryb filmowy, z temperaturą barwową ustawioną na ciepłą i ograniczonymi „ulepszaczami” kontrastu. Tryby dynamiczne zwykle służą do zwracania uwagi na jasnej hali sklepowej, a nie do zachowania intencji twórców. Metz daje możliwość ręcznej regulacji obrazu, więc nie trzeba pozostawać przy krzykliwych ustawieniach startowych.
Warto wspomnieć też o warstwie QD Solid Shield wykorzystującej dwutlenek krzemu do ochrony kropek kwantowych przed czynnikami środowiskowymi. Nie jest to funkcja, którą da się zauważyć podczas seansu, lecz dobrze wpisuje się w bardziej przyziemną obietnicę stabilności kolorów w czasie.
HDR w komplecie
Metz obsługuje Dolby Vision, HDR10+, HDR10 oraz HLG, a więc praktycznie cały zestaw formatów spotykanych w streamingu, na płytach i w telewizji. To przewaga nad urządzeniami ograniczonymi do jednego systemu dynamicznych metadanych. Niezależnie od tego, czy materiał wykorzystuje Dolby Vision, czy HDR10+, telewizor nie musi wracać do podstawowego HDR10 tylko dlatego, że zabrakło odpowiedniej licencji.

Szeroka zgodność nie jest jednak synonimem spektakularnego HDR. Przy jasności około 350 cd/m² najjaśniejsze refleksy nie uderzą z intensywnością drogich modeli osiągających wielokrotnie wyższe wartości. Korzyść będzie polegała przede wszystkim na lepszym mapowaniu tonów, zachowaniu szczegółów oraz pracy lokalnego wygaszania.
W tej cenie ważniejsze jest, że telewizor rozpoznaje oba popularne formaty z dynamicznymi metadanymi i potrafi wykorzystać podświetlenie strefowe. HDR będzie tu wartościowym rozwinięciem SDR, choć nie demonstracją szczytowych możliwości standardu.

Warto pochwalić również konwersję SDR do HDR oraz silnik S AI Engine z funkcjami AI Motion Clarity i AI Skin Detection. Do takich algorytmów warto podchodzić selektywnie. Poprawa słabszego materiału telewizyjnego może być użyteczna, ale sztuczne podnoszenie kontrastu i nasycenia nie zawsze sprzyja naturalności; jeśli twarze zaczynają przypominać figury woskowe, lepiej wrócić do spokojniejszego trybu.
Telewizor korzysta z MEMC, czyli generowania klatek pośrednich, które może wygładzić panoramy kamery, transmisje sportowe i programy telewizyjne. Przy umiarkowanym ustawieniu system ogranicza skokowość, choć wyższe poziomy mogą nadać filmom charakter opery mydlanej i wprowadzać artefakty wokół szybko poruszających się obiektów. Na szczęście można to regulować, a efekt jest bardzo dobry
Google TV bez kombinowania
System Google TV jest jednym z najmocniejszych elementów całego pakietu. Zapewnia dostęp do popularnych aplikacji, w tym Netflixa, YouTube’a, Prime Video i Disney+, a sklep Google Play pozwala rozszerzyć zestaw usług bez czekania, aż producent sam podpisze każdą umowę z dostawcą VOD. Dla polskiego użytkownika oznacza to znacznie mniejsze ryzyko, że po dwóch latach zabraknie istotnej aplikacji niż w zamkniętych systemach mniej popularnych marek.

Interfejs Google TV układa treści z różnych usług na wspólnym ekranie i łączy telewizor z kontem Google. To wygodne, choć okupione sporą liczbą rekomendacji oraz koniecznością kontrolowania ustawień prywatności. Osoby chcące możliwie prostego odbiornika mogą pozostać w podstawowym trybie telewizyjnym, natomiast użytkownicy streamingu szybko docenią wspólne wyszukiwanie i obsługę głosową.
Metz zapewnia dostęp do ponad 10 tys. aplikacji oraz zgodność z rozbudowanym ekosystemem urządzeń Google. Sama liczba jest oczywiście relatywnie mało ważna, bo nikt nie potrzebuje tysięcy programów na ekranie w salonie. Liczy się obecność najpopularniejszych usług, Chromecasta i możliwość instalowania dodatkowych odtwarzaczy, klientów muzycznych czy narzędzi do domowej biblioteki multimediów.

Telewizor ma polskie menu, tuner DVB-T/T2 z HEVC, DVB-C i DVB-S/S2, telegazetę, EPG oraz złącze CI do modułu telewizji płatnej. Nie trzeba więc korzystać wyłącznie ze streamingu. Metz pozostaje pełnoprawnym telewizorem dla anteny naziemnej, kablówki i satelity, co wciąż ma znaczenie w polskich domach.
Złącza? Wystarczą
Na obudowie znalazły się trzy wejścia HDMI, dwa USB, Ethernet, wyjście optyczne, wyjście słuchawkowe, wejście AV oraz gniazdo CI; obecne są także Wi-Fi i Bluetooth. Taki zestaw bez problemu pomieści konsolę, soundbar i dekoder, pozostawiając USB na nośnik lub akcesoria.

Trzy HDMI zamiast czterech to kompromis, który ujawnia się dopiero w rozbudowanym zestawie. Konsola, soundbar i dekoder wykorzystają komplet gniazd, pozostawiając kolejne urządzenie bez stałego połączenia. Przełącznik HDMI jest jednak tańszy niż dopłata do telewizora wyższej klasy, więc trudno uznać to za poważny argument przeciw Metzowi.
Dźwięk całkiem daje radę
System audio składa się z dwóch głośników o łącznej mocy 20 W i pracuje w układzie 2.0, bez osobnego subwoofera. Obsługiwane są Dolby Atmos, Dolby Audio, Dolby Digital Plus, dbx-tv i wirtualny dźwięk przestrzenny, a użytkownik może regulować bas, soprany i ma do dyspozycji korektor.
Logo Dolby Atmos trzeba interpretować właściwie. Dwa niewielkie głośniki telewizora nie zbudują nad głową precyzyjnej kopuły efektów i nie zastąpią zestawu kina domowego. Atmos oznacza tu kompatybilność z formatem oraz wirtualizację, która może poszerzyć scenę, ale prawa akustyki pozostają niewzruszone.

Do wiadomości, seriali i zwykłej telewizji wbudowany zestaw powinien wystarczyć, zwłaszcza że rozwiązania Total Sonics, Total Surround i Total Volume mają poprawiać czytelność dialogów oraz stabilizować głośność. Przy filmach akcji i muzyce ograniczeniem będzie przede wszystkim brak głębokiego basu. Tani soundbar z subwooferem da większą zmianę niż długie eksperymentowanie z korektorem.
Ważne, że Metz nie próbuje udawać konstrukcji 4.2.2 za pomocą fantazyjnej nazwy. Dostajemy uczciwy zestaw 2.0 z obsługą współczesnych formatów i kompletem wyjść do rozbudowy. W telewizorze za około 2000 zł to właściwe rozłożenie akcentów.
Telewizor oferuje rozwiązania ograniczające migotanie i emisję światła niebieskiego, określane jako Flicker Free oraz Eye Care. Mogą one poprawić komfort podczas dłuższego oglądania, ale nie zwalniają z rozsądnego ustawienia jasności. Wieczorem ekran nie powinien świecić jak witryna sklepowa, szczególnie gdy otoczenie pozostaje zupełnie ciemne.
Prąd bez dramatu
Model otrzymał klasę energetyczną E. Deklarowane zużycie wynosi 75 kWh na 1000 godzin w SDR i 89 kWh na 1000 godzin w HDR, maksymalny pobór mocy to 89 W, a czuwanie wymaga 0,5 W. Jak na 60-calowy telewizor z pełnym podświetleniem i lokalnym wygaszaniem są to wartości umiarkowane.
Przy oglądaniu przez cztery godziny dziennie roczne zużycie w SDR wyniosłoby około 110 kWh. Rzeczywisty rachunek zależy od ustawionej jasności, rodzaju materiału i taryfy, więc nie warto przywiązywać się do wyliczeń sklepu opartych na jednej cenie energii. Istotne jest raczej to, że większy ekran i Mini LED nie pociągają za sobą poboru znanego ze starych telewizorów plazmowych.
Metz nie zniknął
Nazwa może kojarzyć się starszym czytelnikom z niemiecką elektroniką, ale dzisiejsza sytuacja jest bardziej złożona. Metz powstał w 1938 r., a w 2015 r. jego dział telewizorów przejął chiński koncern Skyworth; działalność rozwojowa i produkcyjna marki była kontynuowana w Zirndorf. W 2018 r. uruchomiono markę METZ blue, nastawioną na inteligentne funkcje i bardziej przystępny segment cenowy.

Nie ma więc sensu opowiadać ani bajki o całkowicie niemieckim telewizorze, ani przeciwnej bajki o przypadkowym logo przyklejonym do anonimowego panelu. Za Metzem stoi duży producent telewizorów, a sama marka ma europejskie zaplecze i długą historię. W przypadku 60MNH7030Z najważniejsze jest jednak nie pochodzenie kapitału, lecz to, ile sprzętu dostajemy za konkretną kwotę.
W Polsce model jest objęty 24-miesięczną gwarancją, a w zestawie znajdują się pilot, baterie, podstawa, przewód zasilający i polska dokumentacja. To standard, ale przy mniej masowej marce warto go odnotować. Produkt jest normalnie dostępny w dużej sieci handlowej, a nie wyłącznie u importera z aukcji. Sam Metz zresztą ma oficjalne przedstawicielstwo w Polsce.
Cena jest niezwykle atrakcyjna
W chwili przygotowywania recenzji telewizor był oferowany w Polsce za 1999 zł, a porównywarki pokazywały ceny zaczynające się od tego samego poziomu. To kwota kluczowa dla całej oceny. Za około 2000 zł Metz łączy 60-calowy ekran, rozdzielczość 4K, QD-Mini LED, Full Array Local Dimming, Dolby Vision, HDR10+, Google TV i Dolby Atmos.
Nie każdy z tych elementów reprezentuje klasę premium, ale wszystkie tworzą wyjątkowo kompletny zestaw. Konkurencyjny model 55-calowy może zaoferować szybszy panel, a 65-calowy większą powierzchnię, lecz trudno znaleźć równie precyzyjne połączenie rozmiaru, podświetlenia i systemu w tej samej cenie. To właśnie nietypowa przekątna, początkowo wyglądająca jak ciekawostka, staje się głównym argumentem ekonomicznym.
Metz ma sens szczególnie wtedy, gdy limit szerokości wyklucza 65 cali, a 55 cali wydaje się już zbyt zachowawcze. Ma sens dla widza oglądającego głównie streaming, filmy, sport i tradycyjną telewizję, z grami uruchamianymi w 30 lub 60 kl./s. Ma też sens dla kogoś, kto chce sprawniejszej czerni niż w podstawowym Direct LED, lecz nie planuje wydawać kilku tysięcy więcej na OLED-a.
Werdykt: warto kupić

Metz 60MNH7030Z jest udanym telewizorem nie dlatego, że bije rekordy, ale dlatego, że bardzo rozsądnie zarządza ograniczonym budżetem. Zamiast walczyć o najbardziej efektowną liczbę herców oferuje rzadki ekran 60 cali, podświetlenie Mini LED z lokalnym wygaszaniem, kropki kwantowe, komplet ważnych formatów HDR i dojrzały system Google TV. W typowym polskim salonie taki zestaw może dać więcej satysfakcji niż mniejszy, szybszy model kupiony wyłącznie dla logo HDMI 2.1.
Rekomendacja nie jest jednak bezwarunkowa. To nie jest telewizor dla gracza wymagającego 4K 120 Hz, purysty oczekującego czerni OLED-a ani miłośnika HDR o ekstremalnej jasności. Jest za to bardzo dobrym kandydatem dla kupującego, który chce dużego i kontrastowego obrazu, wygodnego streamingu oraz nietypowego rozmiaru mieszczącego się tam, gdzie 65 cali byłoby już o jeden krok za daleko.
Przy cenie około 1999 zł Metz 60MNH7030Z zasługuje na rekomendację. Oferuje więcej niż podstawowy telewizor 60 Hz, nie udaje sprzętu bez kompromisów i trafia w rynkową lukę, którą więksi producenci niemal całkowicie porzucili. Jeżeli 55 cali to za mało, 65 cali to za dużo, a priorytetem są filmy, seriale, sport i codzienne granie do 60 kl./s., ten Metz jest nie tylko ciekawostką - jest jednym z najbardziej logicznych zakupów w swoim wąskim, ale bardzo potrzebnym segmencie.
Redaktor Spider's Web - ekspert w tematykach Microsoftu i RTV. Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.