REKLAMA

Jest laptop z Androidem od Google’a. Googlebook ma ogromny potencjał i jeden bolesny problem

Google łączy Androida z ChromeOS w laptopach Googlebook ze wsparciem mega mocnych układów. Premierę w cenie od ponad 5000 zł psuje jednak jeden detal. Malutki.

Jest laptop z Androidem od Google’a. Googlebook ma ogromny potencjał i jeden bolesny problem

Nowa kategoria komputerów pod nazwą Googlebook zapowiada się na krok, który ma realnie zmienić przyszłość przenośnych stacji roboczych. Tradycyjny model systemu operacyjnego, w którym sztuczna inteligencja pozostaje jedynie osobną aplikacją lub asystentem zamkniętym w oknie przeglądarki, został tutaj definitywnie porzucony.

Aby głęboko zintegrować model Gemini z codziennym rytmem pracy, Google stworzył hybrydowy system oparty na fundamentach Androida oraz sprawdzonych, desktopowych rozwiązaniach ChromeOS.

Nowa architektura łączy bezpieczeństwo autorskiego procesora Google Titan z - wybaczcie za nerdowską nowomowę - certyfikowanym hiperwizorem pKVM.

Google mówi, że taki układ pozwala na w pełni stabilne uruchamianie izolowanych środowisk deweloperskich oraz autonomicznych agentów AI bez jakichkolwiek kompromisów w zakresie ochrony prywatnych danych użytkownika.

Po co komu AI w Googlebooku?

Tu miała być długa, znowu nerdowska opisówka. Ale wiem, że 90% osób to nie interesuje. Więc w skrócie: sercem nowego komputera jest procesor stworzony do szybkiej obsługi sztucznej inteligencji.

Dzięki niemu wiele zadań wykonywanych jest bezpośrednio na urządzeniu, bez konieczności wysyłania danych do sieci:

  • Automatyczna synchronizacja: laptop od razu łączy się z telefonem z Androidem, samoczynnie przesyłając zapamiętane sieci Wi-Fi, hasła oraz otwarte strony internetowe,
  • Aplikacje z telefonu na komputerze: możesz wygodnie korzystać z aplikacji mobilnych bezpośrednio na ekranie laptopa w osobnych okienkach,
  • Wygodny podgląd i zamiana mowy na tekst: proste gesty myszką ułatwiają obsługę systemu, a wbudowany asystent potrafi samodzielnie zamieniać Twoje dyktowane myśli w przejrzyste notatki i listy zadań.

Połączenie systemu Android z przeglądarką Chrome sprawia, że urządzenie świetnie radzi sobie zarówno z codziennymi zadaniami, jak i z pracą w apkach czy narzędziach AI, łącząc zalety lekkiego laptopa i wydajnego komputera do pracy.

To segment premium

Googlebooki zapowiadają się wyjątkowo obiecująco. Po latach rynkowej stagnacji, w której wybór konsumenta sprowadzał się do kolejnego wtórnego ultrabooka z Windowsem albo bezpiecznego MacBooka, pojawia się konstrukcja mająca na siebie pomysł.

To nie jest kolejna seria tanich Chromebooków tworzonych do przeglądania stron na kolanie, lecz wejście w segment premium. Producenci postawili na ekrany o rozdzielczości 2,8K wykonane w technologii OLED, sztywne obudowy ze stopów magnezu oraz powracający, kultowy pasek świetlny Glowbar, który nadaje obudowom unikalną tożsamość.

Europejskie wyceny: przepaść względem rynku w USA

Premierowy entuzjazm studzą jednak bezlitosne cenniki obowiązujące na starym kontynencie. Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych ceny startują od pułapu 899 dol. za podstawowy model od Acera, w Niemczech ten sam wariant wyceniono od 1249 euro.

Galeria: 2 zdjęcia
Ceny DE vs USA
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii

Wyceny pozostałych producentów partnerskich kształtują się na równie wysokim poziomie. Wyceny z Niemiec, bo firmy najczęściej przeliczają swoje ceny stamtąd. 

  • HP: startuje od kwoty 1199 euro,
  • Acer: wersja podstawowa od 1249 euro,
  • Lenovo: pułap cenowy ustalony na 1379 euro,
  • Asus: topowy wariant wyceniony na 1399 euro.

W bezpośrednim przeliczeniu na naszą walutę (przy orientacyjnym kursie około 4,30 zł) oznacza to wydatki rzędu 5150 zł za konstrukcję HP, 5370 zł za maszynę Acera oraz niemal równe 6000 zł w przypadku propozycji Lenovo i Asusa.

Rozbieżność między rynkiem amerykańskim a europejskim bije po oczach. Nawet po doliczeniu lokalnych stawek podatku VAT, skok z bazowego pułapu 899 dol. do minimum 1200 euro pozostaje gigantyczny. 

W Ameryce Północnej taki próg wejścia stanowi atrakcyjną, świeżą alternatywę, ale w Europie wkracza w obszar zdominowany przez dopracowane i sprawdzone przez lata konstrukcje rywali.

Cień MacBooka Neo

Przy takich kwotach Googlebooki stają przed karkołomnym zadaniem rynkowym, bo tuż obok czai się choćby MacBook Neo czy jego druga odsłona. Apple dysponuje potężną, ugruntowaną pozycją w świadomości klientów i w segmencie podstawowych, wzorowo wykonanych laptopów oferuje sprzęt w kwotach, które odbiorcy przyjmują bez wahania.

Gdy przeciętny konsument staje przed koniecznością wydania ponad pięciu tysięcy złotych, najczęściej wybiera laptop z logo nadgryzionego jabłka. W tym budżecie, nasz kochany Apple jawi się jako wybór pewny, przewidywalny i relatywnie tani z dobrą perspektywą wieloletniej odsprzedaży.

Sukces rynkowy nowej platformy byłby znacznie bardziej realny, gdyby urządzenia wyceniono o połowę taniej. Przedział 2500-3000 zł w połączeniu z głęboką integracją z Androidem, 16 GB RAM-u i porządną jakością wykonania zmiótłby konkurencję ze sklepowych półek.

Przy obecnych stawkach przekraczających tysiąc euro trudno jednak oczekiwać, by ktokolwiek poza wąskim gronem technologicznych pasjonatów sięgnął po niesprawdzoną w boju hybrydę zamiast klasycznego laptopa.

Polska poza oficjalną listą dystrybucji

Sytuację dodatkowo komplikuje brak oficjalnej dostępności na polskim rynku. Nowa kategoria urządzeń debiutuje na początku października w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Niemczech oraz Francji, lecz Polska po raz kolejny została pominięta na mapie premierowej.

O ile klienci w Europie Zachodniej mogą wejść do salonu i sprawdzić kulturę pracy sprzętu na żywo, o tyle nad Wisłą jedyną opcją pozostaje prywatny import na własną rękę. Czyli Amazon DE/FR. Przy tak wysokich kwotach wyjściowych wiąże się to ze sporą dozą zabawy.

Sprzęt dla entuzjastów i droga do masowego odbiorcy

Szkoda, że start wygląda w ten sposób, ponieważ Googlebook od pierwszego dnia sprawia wrażenie narzędzia skrojonego pod świadomych entuzjastów, a nie masowego hitu do supermarketów z elektroniką. 

Tego typu format wymaga czasu oraz zaufania ze strony użytkowników, którzy lubią testować eksperymentalne oprogramowanie, spędzać godziny w terminalu i sprawdzać, jak systemowe modele sztucznej inteligencji radzą sobie z porządkowaniem codziennego chaosu.

Ścieżka do masowego odbiorcy w branży technologicznej zawsze przebiega według tego samego wzorca: najpierw branżowy pasjonat musi potwierdzić w sieci realną wartość nowego środowiska, a twórcy internetowi muszą pokazać bezproblemową współpracę z telefonem na swoich kanałach. Dopiero wtedy wokół oprogramowania rodzi się autentyczne zaufanie, a naturalny opór przed zmianą nawyków zaczyna powoli topnieć.

Nawet najbardziej przemyślana kampania marketingowa nie przyniesie jednak przełomu, dopóki Google wraz z partnerami sprzętowymi nie pokaże tańszych konfiguracji. 

Dopiero budżetowe warianty - pozbawione drogich stopów magnezu oraz kosztownych paneli OLED - zyskają realną szansę, by trafić do szerokiego grona odbiorców szukających solidnego komputera do nauki i codziennej pracy.

Na ten moment Googlebook pozostaje poligonem doświadczalnym. Ale czekam aż będę mógł położyć na nim ręce.

Oliwier Nytko
Redaktor

Dziennikarz Spider's Web, redaktor działu technologie i nauka oraz twórca krótkich treści wideo na platformach TikTok, Reels oraz YouTube Shorts. W 2016 roku rozpoczął swoją karierę na growym portalu How2Play.pl. W 2020 roku dołączył do zespołu tworzącego i rozwijającego jeden z największych serwisów dla Generacji Z w Polsce - Vibez.pl, gdzie był częścią zespołu redakcyjnego. Tam zajmował się pisaniem newsów, produkcją krótkich filmów oraz przeprowadzaniem interwencji dziennikarskich. Z wykształcenia związany z ekonomią, ale interesuje się niemal wszystkim - od najnowszych filmów z uniwersum Marvela (#toteżkino), poprzez dramy ze świata influencerów, aż po jakikolwiek temat, który ma w sobie odrobinę technologii.