Wszystko musi być rozwojem i biciem życiówek. Świat obrzydził nam pasje i zabił hobby
Albo jesteś dobry, albo nie ma cię wcale - okopanie się w niszy, czerpanie radości, z tego, co się robi, jest wyjątkowo trudne.

Brigitte Calls Me Baby poznałem dzięki Morrisseyowi. Prawdopodobnie jestem już na etapie, kiedy tylko w ten sposób, poza nielicznymi wyjątkami, człowiek dowiaduje się o nowych kapelach - gdy grają przed twoim ulubionym wykonawcą. Zespół z Chicago występował jako support m.in. podczas ubiegłorocznego koncertu w Dublinie, na którym byłem. Nie przepadam za supportami, bo wcale nie potrzebuję rozgrzewki, od razu chcę przejść do dania głównego. W tym jednak przypadku nie czułem się ani znudzony, ani rozczarowany, że ktoś kradnie mój czas, kiedy mógłby zacząć się już właściwy występ.
Pewnie dla wielu siłą BCMB jest to, że brzmią tak, jak coś, co każdy już dobrze zna i lubi - wystarczy zresztą zerknąć w komentarze, by obok zachwytów prędko zauważyć opinie o nostalgii za latami 80. Może i nie jest to najbardziej oryginalny zespół na świecie, ale wcale mi to nie przeszkadza, tym bardziej że głos wokalisty jest zjawiskowy. I cóż, tak, przypomina mi wokal Morrisseya - droga do mojego serca była więc wyjątkowo prosta.
Nie od razu stałem się jednak fanatykiem, przyznaję. W Dublinie czekałem na koncert ulubionego artysty i byłem w zbyt dużym napięciu, aby poświęcić wystarczającą uwagę supportowi. Podobało mi się, bo nie czułem się zniechęcony, a to już coś. Dopiero po jakimś czasie wróciłem do płyty i wsiąknąłem. Wypominam sobie to opóźnienie, bo przez to przegapiłem ubiegłoroczny warszawski koncert.
Podczas jeszcze trwającej europejskiej trasy BCMB ominęło Polskę, więc najbliższy był koncert w Berlinie. Organizator najwidoczniej liczył na to, że skoro zespół supportował już większe kapele, to będzie w stanie wypełnić też niemałe sale. Chyba się przeliczył, bo koncert został przeniesiony do mniejszego miejsca. I dobrze się stało. Była sala kinowa wypełniła się po brzegi. Ludzi było całkiem sporo, ale nie na tyle, by utracić intymny kontakt z zespołem. Atmosfera była niesamowita, był to jeden z lepszych koncertów, na jakim kiedykolwiek byłem.

Stojąc wśród publiki przyszły mi do głowy dwie rzeczy. Jak zwykle musiałem pomyśleć o Morrisseyu. Pożałowałem, że nie było mi dane widzieć jego koncertów z początku lat 90., kiedy energia musiała być podobna. Oczywiście skarciłem się za to narzekactwo; powinienem się cieszyć, że w ogóle miałem okazję zobaczyć go na żywo i to więcej niż raz.
Druga myśl dotyczyła już zespołu występującego na scenie. Zacząłem się zastanawiać, czy taki koncert może się jeszcze powtórzyć. W sali sporej, acz daleko jej rozmiarami do hal czy stadionów. Nie wiem, czy na koncercie było 700-800 osób.
To całkiem niemało, ale czasy są jakie są - mówimy o zespole z Ameryki, który musi utrzymywać się z grania koncertów, bo na streamingach pieniędzy nie ma żadnych. Życzę kapeli sukcesu, bo to oznaczałoby kolejne płyty i trasy, ale jednocześnie pomyślałem egoistycznie: nie chciałbym, żeby urośli za bardzo. Uniknięcie zbyt dużej sławy sprawiłoby - a przynajmniej dałoby szanse - że takie intymne koncerty, w niedużych, wypchanych miejscach, mogły się jeszcze odbyć. Abyśmy nie utracili tej bliskości, poczucia, że jest się razem, w swoim gronie.
Owszem, to całkiem prawdopodobne. Jest przecież mnóstwo zespołów, które znalazły swoją niszę. Nagrywają płyty i grają koncerty dla niedużej publiki, ale za to fanatycznej. W Polsce takim przykładem mogą być np. Komety. Wystarczy jednak rozejrzeć się po polskich miastach, by dostrzec, że coraz trudniej o miejsca, gdzie takie zespoły środka mogły występować. Albo piwnice, albo wielkie hale i stadiony. Albo wygrywasz, albo nie. I to nie jest wyłącznie polska specyfika, to samo dzieje się na zachodzie Europy.
To normalne, że chce się rosnąć, docierać do jeszcze większej publiki, występować na większych halach. A może wcale nie - może zespół takich ambicji nie ma i też cieszy się z tego, co jest teraz? Zastanawiam się tylko, jak długo taka radość może być paliwem. Czy i kiedy zaczną się pojawiać pytania: a dlaczego my nie wypełniamy hal, nie mamy szansy zagrać na stadionie? Dlaczego algorytmy nie wybierają nas, a innych tak?
Z ciekawością obserwuję rozwój zespołu Fontaines D.C. Kiedy słuchałem ich pierwszych płyt, nie pomyślałbym, że zagrają w Łodzi, na hali, która liczy sobie prawie 15 tys. miejsc. Znam ich wszystkie albumy i choć sporo utworów mi się podoba, to nie zostałem fanem. Coś mi w Irlandczykach przeszkadza - pewnie to samo uczucie, które niektórych może zniechęcać do BCMB: że gdzieś to już słyszałem. Jednak samo zjawisko jest ciekawe - niewykluczone, że lada moment i łódzka Atlas Arena będzie za mała i zostanie już tylko Stadion Narodowy oraz Open'er. Obserwuję zespół od samego początku - najpierw był niszowy, a chwilę później jest na ustach wszystkich. Przebił bańkę.
Na jedno Fontaines D.C. przypada pewnie sto, jak nie tysiąc zespołów, którym się nie udało. Które stwierdzają, jak bohater utworu Muzyka Końca Lata, że nie napiszą już piosenki; że nie będą gwiazdą rocka, że nie dla nich listy szczyt, więc "można już odetchnąć, koniec z nagrywaniem płyt".
Ale przecież to wszystko nie dotyczy tylko zespołów i muzyki
Coraz częściej słyszy się o tym, że hobby już nie ma. Beztroskie zajęcia wykonywane w wolnym czasie przestały istnieć w swojej dawnej formie. Każda aktywność, która nie jest pracą, tylko pozornie wydaje się być odpoczynkiem i przyjemnością. Coraz rzadziej robi się coś dla siebie z powodu samej radości wykonywania danej rzeczy. Wszystko musi mieć swój cel, jakim jest rozwój.
Biegacze i rowerzyści mówią, że wychodzą na trening. Chcą bić życiówki, ustalać jeszcze lepsze wyniki, zawieszają sobie poprzeczkę coraz wyżej.
Nie ma już hobby; jest inwestowanie w siebie. Trzeba być lepszym we wszystkim, co się robi. Nie znaczenia, czy mówimy o bieganiu, jeździe na rowerze, malarstwie, pisaniu poezji, robieniu zdjęć. Oczekiwany jest postęp. Rozwój. Bieganie ma doprowadzić do półmaratonu, potem maratonu. Robienie zdjęć w czasie wolnym i tak jest czymś w rodzaju pracy - wydaje się, że kolejnym krokiem musi być rozbudowanie profilu w sieci, stanie się popularnym, bo, kto wie, może ktoś dostrzeże nasze prace i wystawi je w galerii? Ktoś kupi, będziemy sławni.
Trudno i za to nie obwiniać za to mediów społecznościowych
Owszem, pewnie tak było zawsze, gonitwa i postęp. Ale teraz nasila się to bardziej. Kiedy tiktokowy algorytm wyczuł, że podobają mi się zdjęcia robione za pomocą małego aparaciku, nie tylko wyświetlał mi inne fotografie, ale też szybko zalał mnie poradnikami. Od razu mogłem dowiedzieć się, co robię źle, jakie błędy popełniam i co należy zmienić. Jakby nagle fotografia miała stać się moją nową drogą. A ja po prostu robię zdjęcia.
Oczywiście, że nie trzeba się tego słuchać i nie poddawać się presji. Tyle że nie jest to takie proste, kiedy wszystko zachęca do stania się jeszcze lepszym. Czemu nie spróbować? To w końcu tylko sugestie. Ale bardzo łatwo może pojawić się rozczarowanie, że mnie tak dobrze nie wychodzi, nie jestem zbyt dobry, po prostu do tego się nie nadaję. Miało wyjść inaczej.
Może mi się tylko wydawać, że skutecznie się przed tym bronię, ale nie wiem, na ile tej propagandy udało mi się uniknąć, a ile jednak przeniknęło do moich zachowań.
Może więc to stąd ta troska o to, aby nowy ulubiony zespół nie urósł zbyt bardzo. Egoistyczne życzenie tak naprawdę wyraża coś więcej: pragnienie, aby było miejsce dla tych niedużych. Aby w niszy dało się znaleźć spokój i swój świat. Aby była inna droga niż tylko ta prowadząca do wielkiego sukcesu, rozwoju, postępu, stawania się lepszym i lepszym. Tylko sam nie wiem, na ile jest to możliwe.
W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.