Założyłem fotowoltaikę w 2026 r. Oto mój chytry plan
O dziwo nie liczę na to, że teraz będę miał prąd całkowicie za darmo przez cały rok, a świat będzie piękniejszy i bardziej eko. Ale już teraz widzę, że co najmniej dwa cele mają szansę zostać osiągnięte. I że jest też niespodziewany trzeci cel.

Teoretycznie wiele przemawia teraz za tym, że nowa instalacja fotowoltaiczna opłaca się średnio. Nie ma już "starego", wygodnego i pro-klienckiego systemu rozliczeń, nie ma powszechnie dostępnych dotacji, a ceny instalacji bywają zaskakująco wysokie.
Nie zważając jednak na to, że najlepszy moment na instalację fotowoltaiki był kilka lat temu, postanowiłem - głównie z ciekawości - spróbować, jak się żyje z panelami na dachu, zaczynając od niewielkiej instalacji, którą w razie czego mógłbym spisać na starty i zapomnieć o niej, jeśli wyszłoby, że to nie ma większego sensu.
Startowałem przy tym z dwoma głównymi celami, do których niespodziewanie szybko dołączył trzeci:
Po pierwsze - choć trochę ściąć rachunki za prąd
W moim domu właściwie wszystko jest na prąd. Od komputerów, przez "kuchenkę" i piekarnik, aż po pompę ciepła, ogrzewanie podłogowe (tak wyszło), czy zużywającą zatrważająco dużo prądu domową "serwerownię".
Roczne zużycie wynosi czasem i ponad 8000 kWh, a miesięczne rachunki regularnie przekraczają 500-600 zł. Nie napisałbym, że opłacenie ich jest jakimś problemem, ale po prostu... chciałbym, żeby były w jakiś magiczny sposób niższe, bez zmiany profilu codziennego korzystania z prądu.
Magicznych sposobów oczywiście nie ma, więc zostaje opcja najbliższa temu opisowi - fotowoltaika. Przy czym jestem absolutnie świadomy tego, że za pieniądze, które kosztowała mnie obecna instalacja, mógłbym opłacić wszystkie rachunki za prąd na rok albo i więcej do przodu.
Ale... urwanie kilkuset złotych z rachunku każdego miesiąca - uśredniając - brzmi dużo ciekawiej i dużo bardziej kusząco.
Po drugie - korzystać więcej z taniego prądu
Teoretycznie jest to związane bezpośrednio z celem numer jeden, ale w praktyce jest moim prywatnym wyzwaniem. Od lat w moim domu jest bowiem aktywna taryfa G12 (tani prąd w nocy i przez chwilę w dzień, bardzo drogi poza tym), z której... nikt nie korzysta.
Pokazuje to zresztą licznik operatora, zgodnie z którym w ciągu ostatnich 5 lat pobrałem o kilkadziesiąt tysięcy kilowatogodzin więcej w tej droższej taryfie - tej, gdzie płacę niemal dwukrotnie więcej za każdą kilowatogodzinę.
Oczywiście przy pracy z domu i ciągłym w nim bytowaniu mógłbym po prostu przejść na zwykłe G11 i dać sobie spokój z cudami, ale niech będzie, że to moje osobiste wyzwanie - co zresztą prowadzi do punktu trzeciego, który zdecydowanie mnie zaskoczył.
Po trzecie - mam plan dobrze się bawić
Oczywiście prawdopodobnie spora część tego wniosku jest powodowana nowością i nową zabawką, ale wygląda na to, że fotowoltaika i dodatki mogą być czymś, co faktycznie wywołuje przynajmniej chwilową ekscytację.
Ot, nowy wykres w Home Assistancie, nowa szansa na dodatkowe zoptymalizowanie pracy smart domu, nowa opcja na "darmowy prąd" i rozbudowę serwerowni bez patrzenia na rachunki, nowe pomysły na to, jak gospodarować tym prądem tak, żeby wyszło najlepiej i najtaniej, satysfakcja z tego, że jakiś dzień idealnie się zbilansował, jeśli chodzi o zużycie i produkcję.
I tak dalej, i tak dalej. Do tego stopnia, że Tauron zablokował moje konto eLicznik za zbyt wiele logowań. Nawet nie wiedziałem, że to możliwe.
Jak wygląda ta instalacja?
Na razie po stronie dachowej - bardzo skromnie. Ot, 4 panele i w sumie trochę ponad 2 kWp, ale też i taki był plan - nawet jeśli wątpliwy od strony finansowej. Sprawdzić na początku, jak na dłuższą metę może się sprawdzić wariant bardziej zbliżony do tego, co można zainstalować właśnie z ciekawości albo na jakimś bardzo dużym balkonie, a nie do pełnowymiarowej instalacji fotowoltaicznej.
Do tej nano-instalacji - która zresztą niedługo pewnie odrobinę się powiększy - podpięte są już od kilku tygodni dwa testowe sprzęty od Zendure, czyli SolarFlow 2400 Pro i dodatkowy akumulator w postaci AB3000L.
Ten pierwszy sprzęt, czyli SolarFlow 2400 Pro, to kombinacja jednofazowego (co przy bilansowaniu międzyfazowym nie jest takim problemem) falownika z magazynem energii, zamknięte w jednym opakowaniu. Cztery złącza MPPT (sumarycznie maksymalnie 3000 W, ale raczej nie znajdziecie kombinacji paneli, która dokładnie tyle wam da), opcja podłączenia zewnętrznego falownika (według materiałów - do 1,8 kW, jeszcze nie sprawdzałem), maksymalnie 2,4 kW wprowadzane do sieci (instalacją zajmował się profesjonalny elektryk, przy montażu samodzielnym "do gniazdka" ograniczenie do 800 W) i 2,4 kWh użytecznej pojemności. Do tego jeszcze złącze RS485, podłączone bezpośrednio, przewodowo, do smart licznika 3CT-S w rozdzielni, żeby urządzenie wiedziało, ile prądu "oddać do domu". Ach, no i oczywiście WiFi, Bluetooth i malutki ekranik, choć raczej ekranem trudno go nazwać, po prostu kilka ikonek.

AB3000L ma natomiast jedną przyjemną cechę, zresztą wspólną między wszystkimi pozostałymi elementami systemu. Jest tak bardzo plug&play, jak tylko się da. Montaż dodatkowych 2,4 kWh (netto) polegał na podniesieniu 2400 Pro, postawieniu we właściwym miejscu dodatkowego akumulatora, zdjęcia osłonki złącza i ustawieniu 2400 Pro na AB3000L. Tyle wystarczyło, pojemność magazynu podwojona.
Owszem, nie będę próbował napisać, że jest to najtańszy możliwy system na świecie, ale przy takim poziomie wygody i łatwości obsługi, a także rozbudowy - nie mam pretensji.
Czyli fotowoltaika z magazynem?
Tak. Ba, nawet postanowiłem - niesiony ekscytacją - trochę ten magazyn rozbudować z myślą o przyszłości i niedługo obecnych 4,8 kWh zmieni się w 9,6 kWh. A cała rozbudowa będzie polegała głównie na tym, żeby podnieść 2400 Pro, na obecne AB3000L położyć dwa kolejne, a potem to wszystko zamknąć od góry 2400 Pro. I gotowe.

Oczywiście mam świadomość, że z 2 kWp, czy nawet planowanych 3,5 kWp prawdopodobnie nie będę zbyt często - o ile w ogóle - zapełniał tego magazynu, ale tutaj wraca punkt drugi planu, czyli sprawdzenie, na ile opłaca się pobierać energię w "tanich godzinach", a potem zużywać w drogich. Teoretycznie, nawet uwzględniając wszystkie straty i sprawności, przy różnicy między "oknami" może być to opłacalne.
Czy faktycznie będzie - zobaczymy w praktyce.
Brzmi strasznie skomplikowanie
Trochę tak, ale w praktyce - nie jest. Na dobrą sprawę wszystko dzieje się automatycznie, według podanych przez nas przy konfiguracji założeń i... według wybranego przez nas systemu sterowania.





Sam zdążyłem już bowiem testować dwa narzędzia do kontroli sprzętu od Zendure. Pierwszym jest oficjalna aplikacja, w ramach której błyskawicznie tworzymy własny system - w moim przypadku składający się z miernika 3CT-S, SolarFlow 2400 Pro z akumulatorami i dość losowego gniazdka/wtyczki Shelly (musiałem sprawdzić, czy działa - działa). Zasada działania jest prosta - miernik mierzy, ile prądu zużywa dom, przesyła informację do 2400 Pro, a 2400 Pro daje dokładnie tyle prądu - z paneli albo magazynu, albo jednego i drugiego, jeśli jest taka potrzeba - żeby to zapotrzebowanie zaspokoić.
Efekt jest taki - w testowanym przeze mnie trybie pełnej autokonsumpcji - że do sieci nie trafia prawie nic. Na pierwszych wyprodukowanych i zużytych 100 kWh "wyciekło" ok. 2,2 kWh, czyli - jak łatwo policzyć - około 2 proc. całej produkcji. Co zresztą potwierdza nie tylko aplikacja, ale i licznik operatora.
W niedalekiej przyszłości pewnie przetestuję i inne tryby pracy systemu - wliczając w to ten, który bierze pod uwagę m.in. prognozowaną produkcję z paneli i sam zarządza tym, żeby ewentualnie doładować magazyn w "tanim prądzie" i zużyć ten zapas w "drogim". Albo nie rozładowywać magazynu przy "tanim prądzie", żeby starczyło na ten droższy okres. Jest się czym bawić.
Jest się czym bawić także wtedy, kiedy ktoś korzysta z Home Assistanta - w tym chce połączyć się z Zendure lokalnie, bez chmury. Jest oficjalna integracja, która zadziałała u mnie "od strzała" (choć mogłaby mieć lepszą dokumentację), są setki encji, są - pewnie - tysiące sposobów, żeby sterować całym systemem i to też działa. Ba, nawet testowo podłączyłem cały zestaw Zendure pod licznik podpięty do licznika mojego dostawcy i na tej podstawie steruje tym, ile prądu ma trafić do domu. Nie ma to wprawdzie takiej prędkości reakcji jak licznik Zendure, ale... działa.
W ramach ciekawostki dodam, że z uwagi na brak miejsca w domu zainstalowałem to wszystko (poza miernikiem) na dworze, w nieco zacienionym i względnie osłoniętym od słońca miejscu. Jak na razie nie było z tym żadnego problemu, nawet pomimo niesamowitych upałów i ulewnych deszczy.
Czy to mi się kiedyś zwróci?
Doskonałe pytanie, choć przyznaję, że nie jest to kwestia, która nie daje mi spać po nocach. Tym bardziej, że nawet przy tej malutkiej instalacji fotowoltaicznej już teraz widzę, że potencjał na oszczędności jest w sezonie ogromny. Późną jesienią, zimą i wczesną wiosną pewnie będę próbował całość zamortyzować magazynem, który poza tym będzie oczywiście realizował swoje główne zadanie - czyli zwiększenie autokonsumpcji.
Przy tym ostatnim oczywiście sens będzie większy przy większej liczbie paneli (SF 2400 Pro spokojnie pozwoli wyczerpać polski limit 3,68 kWp na jedną fazę), ale już teraz regularnie zdarza mi się przesunąć z jego pomogą kilka kWh na okres, kiedy o słońcu na dworze można już dawno zapomnieć.
Na wnioski i wyliczenia na podstawie faktycznego użytkowania i zużycia przyjdzie jeszcze czas. Na razie całość zapowiada się zaskakująco sensownie - szczególnie na tle moich innych dotychczasowych projektów - a do tego okazało się to zaskakująco dobrą zabawą.
Redaktor prowadzący Spider’s Web i Autobloga. Od 2008 r. nieprzerwanie publikujący w serwisach internetowych, a od 15 lat związany z Grupą Spider’s Web. Regularnie pisze o tym, co go fascynuje - o smart domu, zegarkach sportowych, motoryzacji i… rowerach. A że przy okazji uwielbia porządek, jeśli w redakcji pojawi się odkurzacz albo robot koszący do przetestowania, trafi właśnie do niego. Do tej pory napisał setki recenzji i - uwaga - większość sprzętów, które rekomendował, później sam sobie kupił.