Powerbank, który zmieści się w portfelu. Zabieram go wszędzie
Sprawdziłem na własnej skórze, jak będzie wyglądać przyszłość powerbanków. Jest chłodno i cienko - ale to dobrze.

Przyznaję się - przeważnie, jeśli pojawia się propozycja testu powerbanków, to odpowiadam grzecznym "dziękuję". Z prostego powodu - nie ma w takich testach zbyt wiele ciekawego do roboty, a i mój proces zakupowy związany z powerbankami polega na "pójdę i kupię coś, co mi się podoba".
Z powerbankiem Linq było trochę inaczej, bo jest to sprzęt z nowej fali powerbanków, czyli tych wyposażonych w akumulatory typu semi solid state. A skoro mogło być ciekawie, to tym razem na propozycję testów przystałem z ciekawością.
I co, czuć różnicę już przy rozpakowywaniu?
Tak bym napisał, że raczej średniawo. Jasne, powerbank Linq wygląda świetnie i z zewnątrz jest wykonany nawet lepiej, niż można by się było spodziewać. Ale na dobrą sprawę, gdybyście pokazali komuś tego powerbanka, to pewnie po prostu by przyznał, że wygląda dobrze.

Obstawiam jednak, że byłby pod większym wrażeniem, gdybyście pokazali mu tego powerbanka z profilu. Tak, 5000 mAh nie jest może oszałamiającą wartością w tych czasach, ale tutaj udało się to wszystko zamknąć w obudowie, która ma zaledwie 10 cm wysokości, ok. 8 mm grubości i 7 cm szerokości.
Owszem, nie są to absolutnie rekordowe wartości, ale jedne z bezdyskusyjnie najlepszych na rynku, jeśli ktoś szuka jak najmniejszego powerbanka. Co zresztą prowadzi do dość prostego wniosku.
Jakiego dokładnie?
Takiego, że to jest - od strony czysto fizycznej - fantastyczny powerbank, jeśli chodzi o "a wezmę go ze sobą na wszelki wypadek". Nie jest to mój pierwszy wybór, jeśli chodzi o kilkudniową wycieczkę w nieznane, ale na dłuższy dzień czy intensywny wieczór poza domem - jak znalazł.

Po pierwsze - taki drobiazg idealnie mieści się do kieszeni, torby, torebki czy czegokolwiek, gdzie będziemy go przenosić, zanim podłączymy go do telefonu.
Po drugie - z uwagi na to, że jest nawet cieńszy od mojego iPhone 15 Pro Max, i to nawet bez założonego pokrowca - magnetyczne przyczepienie go do plecków smartfona nie powoduje, że z telefonu gorzej się korzysta.
Wręcz przeciwnie - obecość tego powerbanka jest niemal niezauważalna, co było dla mnie sporą ulgą po miesiącach, może nawet latach, korzystania z powerbanka 1000 mAh. Ten i swoje zajmował, i czasem tak średnio chciał się trzymać telefonu i łatwo go było - z uwagi na rozmiary i masę - wytrącić z równowagi.
A Linq przykleja się do plecków mojego iPhone'a i... tak zostaje.
Czyli jest MagSafe?
Oczywiście. Nie wiem przy tym, czy to kwestia niewielkiej grubości i rozmiaru powerbanka, czy zastosowanego magnesu, ale Linq naprawdę przykleja się do telefonu i bardzo trudno go nawet delikatnie poruszyć.

Nie ma tutaj znaczenia, czy mamy czysty telefon, czy odpowiedni pokrowiec. Bez wahania wrzucałem taki zestaw do kieszeni czy plecaka i wyciągałem dalej jako jedność, a nie dwa osobne byty.
Dobra, jest cienki, ale czy lekki?
To zależy. Jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, czy jest rekordowo lekki, to napisałbym, że raczej nie. Moja kuchenna waga wskazała 117,3 g (0,7 g mniej niż podaje producent), więc trudno nazwać go najlżejszym powerbankiem na świecie.
Z drugiej strony - jak na powerbank z aluminiową obudową i MagSafe - jest dobrze. Pewnie dałoby się urwać kilka gramów, ale wtedy urządzenie nie byłoby takie przyjemne w dotyku i nie robiło tak solidnego wrażenia. Coś za coś.
Chyba by już wypadało coś o ładowaniu napisać.
Racja, oczywiście.
Zacznijmy od tego, jak ładuje się powerbank Linq i jakie są później opcje ładowania z niego innych urządzeń.
W tej pierwszej kwestii opcja jest jedna - możemy go ładować przez USB-C z prędkością maksymalnie 20 W. I w różnych warunkach, o różnych porach dnia (co oznacza ostatnio gigantyczne różnice temperatur), Linq pod tym względem dowozi. Przez bardzo dużą część procesu ładowania faktycznie pobiera z sieci niemal równo 20 W, wyraźnie zwalniając dopiero na samym, samym końcu.
Czyli do pełna ładuje się jak długo?
Według producenta - 90 minut. Według mnie i mojego licznika - około 10 minut dłużej niż deklaracje. Przy czym testowe ładowania były przeprowadzone od niemal całkowicie rozładowanego powerbanka, gdzie nie świeciła się nawet żadna dioda, a i telefon nie wykrywał, że cokolwiek jest do niego podłączone.
I ile prądu potrzeba, żeby naładować powerbanka?
Teoretycznie pojemność Linqa to 19,6 Wh. W praktyce z sieci "zniknęło" około 21 Wh, choć te dodatkowe Wh mogą wynikać albo z niedokładności sprzętu pomiarowego, albo tego, że sam też sobie coś podjadł na własne potrzeby.
Na plus też zaliczam fakt, że powerbank prawie w ogóle nie nagrzewa się w trakcie procesu takiego ładowania, co zresztą potwierdza fakt, że nie nabrał za dużo prądu z nawiązką, ponad to, co faktycznie zgromadził w akumulatorze.
A jak ten prąd można przekazać dalej?
Opcja pierwsza to opcja przewodowa - i tutaj mała niespodzianka. O ile bowiem ładowanie powerbanka można realizować maksymalnie z mocą 20 W, tak ładowanie z powerbanka to już maksymalnie 30 W. I ponownie - jeśli urządzenie poprosi o 30 W, to jak najbardziej je dostanie.

Drugą opcją jest ładowanie bezprzewodowe - z prędkością maksymalnie 25 W (Qi 2.2). Możemy też połączyć ładowanie przewodowe i ładowanie bezprzewodowe, ale wtedy dostajemy dwa razy po 5 W - czyli w sumie 10.
I wreszcie, do kompletu kombinacji, dostajemy jeszcze opcję ładowania bezprzewodowego przy powerbanku podłączony do zasilania. W takim układzie moc ładowania nie jest już tak ograniczana i po stronie powerbanka spokojnie można zmierzyć moc na poziomie kilkunastu watów.
I nagrzewa się wtedy czy nie?
Właściwie - nawet pomimo wszechobecnych upałów - kombinacja ładowania przewodowego powerbanka i bezprzewodowego telefonu jest jedyną, w której faktycznie czuć, że coś tutaj się nagrzewa. Nie do stopnia, gdzie robi się to nieprzyjemne, ale do stopnia, gdzie nie da się tego nie zauważyć.
W niemal wszystkich pozostałych trybach powerbank w najlepszym - albo najgorszym razie - robi się najwyżej lekko ciepławy, a czasem nawet i tego nie ma.
A ile razy naładuję nim telefon?
Cóż - to skomplikowane.
Teoretycznie pojemność ogniw to 5000 mAh, ale - jak sam producent podaje na obudowie - dla 5 V i 2 A jest już podawane 3000 mAh. Pokrywa się to zresztą z moimi pomiarami, gdzie z powerbanka - dla zbliżonych do zadanych parametrów - udawało się "wyciągnąć na czysto" ok. 15-16 Wh.
Co z kolei wystarcza przeważnie na jedno poważniejsze ładowanie iPhone 15 Pro Max, od poziomu "zaraz stracę narzędzie do płacenia i nawigację" do "ok, jestem spokojny na kilka długich godzin do przodu".
Jeśli więc ktoś szuka powerbanka, który naładuje jego telefon kilka razy - szczególnie bezprzewodowo - to nie ten adres. Jeśli ktoś natomiast szuka powerbanka, który pomoże, kiedy zostało nam jeszcze kilka długich godzin poza domem i bez dostępu do gniazdka - to to jest to.
A co z tym całym semi solid state?
To prawdopodobnie okaże się... w przyszłości, a przynajmniej za jakiś czas. Jednym z głównych argumentów za tym typem ogniw ma być bowiem ich długowieczność - zdecydowanie przerastająca to, co mogą zaoferować dotychczasowe rozwiązania.
Może to być szczególnie przydatne właśnie w przypadku takich - względnie niewielkich - powerbanków, gdzie liczba cykli ładowania i rozładowywania rośnie w dużo większym tempie, niż przy pojemniejszych urządzeniach. Jak to jednak będzie wyglądać w praktyce od tej strony - będę miał dopiero okazję się przekonać.
Mam natomiast nadzieję, że nigdy nie będę się musiał przekonywać, czy faktycznie semi solid state jest bezpieczniejsze w przypadku uszkodzenia od klasycznych akumulatorów.
Powerbank Linq - czy warto?

Powerbank Linq, szczególnie w wersji 5000 mAh, ma wszytko, co niezbędne, żeby być świetnym powerbankiem. Jestem malutki, lekki, ma MagSafe i fenomenalnie trzyma się telefonu, ładuje się całkiem szybko i oddaje energię bezprzewodowo tak szybko, jak tylko się da. Do tego "po kablu" potrafi oddać 30 W, a i można jednocześnie korzystać i z opcji przewodowej, i opcji bezprzewodowej.
Tak zupełnie niemerytorycznie - miło jest mieć w ręce urządzenie, które pewnie za jakiś czas stanie się w mniejszym lub większym stopniu standardem. A merytorycznie i praktycznie - świetnie jest mieć przy sobie powerbanka, który zmieści się absolutnie wszędzie i pomoże wtedy, kiedy będzie najbardziej potrzebny. Bo... po prostu będziemy mieli go przy sobie, w przeciwieństwie do większych i mniej wygodnych w transporcie sprzętów.
Poza tym - Linq po prostu wygląda dobrze, dobrze leży w ręce i nie przeszkadza podczas użytkowania telefonu.
Wady? Cóż - to nie jest najtańszy sprzęt na rynku, choć 230 zł akurat nie jest jakieś szokujące przy tym zestawie wszystkiego, co Linq potrafi zaoferować.
Linq 5000 mAh - zalety
- fantastycznie mały i lekki, po chwili zapomina się, że jest przyczepiony;
- świetnie trzyma się iPhone'a, nawet jeśli ten jest w - odpowiednim - etui;
- sensowne prędkości ładowania - w obie strony;
- obsługa Qi 2.2;
- możliwość jednoczesnego ładowania powerbanka i ładowania telefonu;
- bardzo dobra jakość wykonania i przyjemny wizualnie projekt;
- tylko minimalne nagrzewanie się przy standardowym użytkowaniu;
- świetny powerbank na "a może się przyda, przecież nie zajmuje dużo miejsca";
- osiągi zgodne z deklaracjami producenta.
Linq 5000 mAh - wady
- wystarczy na raczej jedno mocne doładowanie dużego iPhone'a, trzeba się z tym pogodzić;
- przy jednoczesnym ładowaniu przewodowym i bezprzewodowym potrafi się zrobić wyraźnie ciepły;
- obietnicę dużej części zalet akumulatorów semi solid state będzie można zweryfikować za jakiś czas;
- tanio nie jest.
Redaktor prowadzący Spider’s Web i Autobloga. Od 2008 r. nieprzerwanie publikujący w serwisach internetowych, a od 15 lat związany z Grupą Spider’s Web. Regularnie pisze o tym, co go fascynuje - o smart domu, zegarkach sportowych, motoryzacji i… rowerach. A że przy okazji uwielbia porządek, jeśli w redakcji pojawi się odkurzacz albo robot koszący do przetestowania, trafi właśnie do niego. Do tej pory napisał setki recenzji i - uwaga - większość sprzętów, które rekomendował, później sam sobie kupił.