Garmin stworzył najfajniejszy produkt od lat. Mój Fenix trafił do szuflady
Czy Garmin Cirqa to najlepszy i najbardziej uniwersalny sprzęt Garmina od lat? Niekoniecznie. Czy jest tym, co od lat chciałem nosić na nadgarstku i co wyparło z niego mojego Fenixa 8? I to jak.

Oczywiście jest też sprytnym sposobem na to, żebym zamiast jednego urządzenia Garmina miał trzy i korzystał z nich naprzemiennie, ale... absolutnie mi to pasuje.
Tak naprawdę to opaski tego typu szukałem od lat.

Możliwie małej, możliwie lekkiej, do tego bez ekranu. Czegoś, co mógłbym nosić właściwie przez całą dobę, nawet nie wiedząc, że to noszę. Pomysłów i prób, pośrednich i bezpośrednich, było kilka.
Była ponad roczna przygoda z Whoopem, którego ostatecznie uznałem jednak za męcząco niedokładnego. Owszem, funkcje związane z prowadzeniem dziennika były świetne - i dalej są lepsze niż w Garminie - ale to nie wystarczyło. Pomiary tętna były kiepskie już na pierwszy rzut oka, opłacanie abonamentu było uciążliwe i ostatecznie Whoop skończył gdzieś w czeluściach szuflady - nawet nie potrafiłbym dzisiaj wskazać, której. Sama idea była jednak trafiona idealnie.
Po drodze pojawiły się też dwie opaski Polara, choć nie do końca były tym, czego szukałem. Były to po prostu optyczne czujniki tętna, pozbawione części zegarkowej, mocowane na nadgarstku, ramieniu albo bicepsie, których przeważnie używałem w trakcie jazdy na rowerze w parze z komputerkiem Edge. Tak, zegarek - ostatnio Fenix 8 - zostawał w domu, zakładałem opaskę Polara, jechałem, wracałem, zdejmowałem opaskę, zakładałem Fenixa.
Fenixa, który coraz bardziej ciążył mi podczas wielomiesięcznego, całodobowego noszenia, a z którego nie chciałbym zrezygnować np. podczas wypadów w góry.
I wtedy pojawił się Garmin Cirqa.

Czyli właśnie to, na co czekałem. Czujnik Garmina (w poprzedniej wersji w porównaniu do najnowszych modeli, ale pomiarowo to niemal bez znaczenia), zamknięty we względnie małej obudowie pozbawionej ekranu. Bez masy przycisków, zbędnych powiadomień, dodatkowych abonamentów, ale jednocześnie z dwoma kluczowymi funkcjami.
Po pierwsze - jeśli chodzi o monitorowanie całodziennej aktywności, to Cirqa ma właściwie wszystko, co mogą dać pełnoprawne zegarki Garmina. Jedyna rzecz, której może brakować, to pomiar pokonanych pięter, ale cała reszta jak najbardziej jest.
Po drugie - jest opcja transmisji tętna, więc jeśli idę na rower, to zostawiam opaskę na ręce, nie muszę jej wymieniać na nic innego. Po prostu dłużej przytrzymuję jedyny przycisk na obudowie i już - mój Edge wyłapuje zewnętrzny czujnik, mogę jechać.
Ten przycisk okazał się zresztą miłą niespodzianką.
Bo jeśli coś robię poza jazdą na rowerze, to jest to w ostatnim czasie głównie siłownia. Zapisuję te treningi w Garminie głównie ilościowo/czasowo, więc jedyne, na czym mi tutaj zależy, to na naciśnięciu start na początku i naciśnięciu koniec na końcu.

I Cirqa pozwala skonfigurować się tak, że pojedyncze kliknięcie uruchamia zdefiniowaną wcześniej aktywność, natomiast kolejne naciśnięcie - kończy ją. Oczywiście trudno mi napisać, że na Fenixie jest to jakoś nieprzyzwoicie trudniejsze. Z drugiej strony - po co robić kilka kliknięć, jeśli można zrobić jedno.
Do tego Cirqa, poza tym wszystkim, daje mi jeszcze jedno.
Czyli odpoczynek od nadmiaru danych, przy jednoczesnej świadomości, że te dane gdzieś tam są i cały czas się zapisują. Mogę po nie sięgnąć wtedy, kiedy będę tego potrzebował.
W przypadku Fenixa nie do końca tak było. Tu jakieś obciążenie treningowe na ekranie głównym, pułapy tlenowe, przygotowania wytrzymałościowe. To w dół, to w górę, to trzeba poprawić, to bezproduktywne i tak dalej, i tak dalej.

A Cirqa? Zerkam na nią i widzę w najlepszym przypadku przyjemny wizualnie materiał opaski. Cisza, spokój.
Cirqa wcisnęła się więc idealnie w mój profil użytkownika.
Jeśli idę w góry - biorę Fenixa. Jeśli idę na rower - biorę Edge i Cirqę. Jeśli idę na siłownię - biorę Cirqę. Jeśli po prostu egzystuję, ale czuję niesamowitą potrzebę, żeby tę egzystencję monitorować i zapisywać (a czuję) - ponownie Cirqa. Wskakuję na trenażer - Cirqa podaje tętno do TrainerRoada na iPhonie i tyle.
I nie, to nie jest recenzja, bo na to przyjdzie czas za kolejnych kilka tygodni. Ale już po pierwszych tygodniach wiem, że - nie przesadzając - tego urządzenia pośrednio-akcesoryjnego naprawdę mi brakowało. Przyznaję się zresztą bez bicia - to jest pierwszy produkt Garmina od lat, który wiedziałem, że muszę kupić już w momencie, kiedy dostałem komunikat prasowy, że w ogóle cokolwiek takiego się pojawiło.
Oczywiście, żeby nie było za słodko, Garmin ma co robić.
Przykładowo - wspomniane funkcje dziennikowe są nadal daleko za tym, co oferuje Whoop i choć staram się z nich korzystać, to nie ma w nich tej satysfakcji z efektów, jak w przypadku konkurencji.
Czas pracy na jednym ładowaniu w przypadku Garmin Cirqa mogę z kolei określić jako "po prostu dobry" i daleki od wyników, które udawało się uzyskać z Fenixem. Jasne - to jest do przewidzenia, biorąc pod uwagę rozmiary urządzeń, ale nie jest to opaska z serii "załóż i zapomnij na wieki".
Z czystej oszczędności może też chciałbym, żeby dodatkowe paski do Cirqa były chociaż odrobinę tańsze. Z drugiej strony - muszę przyznać, że przynajmniej na moim nadgarstku Cirqa jest piekielnie wygodna i przeniesienie jej na biceps będzie miało głównie walor testowy, a nie całodzienno-użytkowy.
Ale o tym wszystkim - to już może w pełnej recenzji...
Redaktor prowadzący Spider’s Web i Autobloga. Od 2008 r. nieprzerwanie publikujący w serwisach internetowych, a od 15 lat związany z Grupą Spider’s Web. Regularnie pisze o tym, co go fascynuje - o smart domu, zegarkach sportowych, motoryzacji i… rowerach. A że przy okazji uwielbia porządek, jeśli w redakcji pojawi się odkurzacz albo robot koszący do przetestowania, trafi właśnie do niego. Do tej pory napisał setki recenzji i - uwaga - większość sprzętów, które rekomendował, później sam sobie kupił.