Gracze jak barany. Ubisoft skosił miliony na tak głupim DLC, że ręce opadają
Analizuję wyniki sprzedażowe Assassin's Creed Black Flag Resynced i opadają mi ręce. Jak ma być lepiej w branży gier, jak wydawcy mają nabrać szacunku do graczy, skoro dajemy się strzyc jak owce. Ledwo maszynka wyrabia.

Assassin's Creed Black Flag Resynced to najlepsza odsłona serii od czasu greckiej Odysei. Dlatego cieszy mnie, że sprzedaje się wybornie, w liczbie ponad dwóch milionów egzemplarzy przez pierwsze 24 godziny. Mam nadzieję, że dobra sprzedaż przypomni Ubisoftowi, czego chcą gracze i że bez naszych portfeli nie da się zadowolić akcjonariuszy.
Oczywiście Ubisoft nie byłby sobą, gdyby nie psuł klimatu fatalnymi decyzjami. Jak zwolnienie kilkudziesięciu osób w Barcelonie, odpowiedzialnych za cały podwodny świat w Assassin's Creed Black Flag Resynced. Trudno o lepszą wizytówkę współczesnej branży gier. Projekt odnosi porażkę? Zwolnienia. Projekt odnosi sukces? Zwolnienia!
Najbardziej bulwersuje mnie jednak, jak dajemy z siebie robić owce do strzyżenia. Kupujemy kompromitujące DLC aż miło
Ubisoft przygotował szeroki pakiet opcjonalnych DLC do kupienia razem z grą. Żadne rozszerzenie nie dodaje jednak wartościowej treści. To kosmetyczne śmieci, odblokowujące nowe stroje dla głównego bohatera, elementy statku oraz wyposażenie. Tutaj mogę wprost napisać, iż Ubisoft stosuje model Pay2Win, ponieważ pistolety, rapiery oraz medaliony z DLC mają niezłe statystyki oraz efekty ułatwiające rozgrywkę.
Na tle kosmetycznego szrotu wyróżnia się DLC o nazwie Map Pack. Jest dwa razy tańsze (20 zł zamiast 40) i nanosi na mapę świata wewnątrz gry kluczowe skarby do zebrania. Dzięki DLC gracz analizujący mapę widzi położenie wszystkich:
- Steli Majów
- Szantów
- Map skarbów
- Listów
- Unikalnych skrzyń skarbów
- Kluczy Animusa
Oczywiście wszystkie powyższe elementy można zdobyć bez DLC za dwie dychy, po prostu eksplorując otwarty świat. Piękne Karaiby aż się o to proszą. Poczucie wolności oraz odkrywanie kolejnych wysp na własną rękę to wszakże fundamenty oryginalnego Assassin's Creed Black Flag oraz remake'u.

DLC Map Pack wygenerowało dla Ubisoftu ponad milion dolarów na samym Steam. Ręce opadają
Podkreślam: na samym Steam. Dodając do tego PS5, Xboksa i pozostałe platformy, można założyć, że kwota będzie ponad dwukrotnie wyższa. Mówimy więc o około 10 milionach złotych przytulonych tylko dlatego, że gracze kupili opcjonalne DLC pokazujące skarby na mapie, w grze o piratach poszukujących złota i sławy. Słowem, zapłacili za coś, co stanowi jeden z elementów rozgrywki.
Liczby niestety nie kłamią. Możemy krzyczeć w sieci, że DLC to zło. Albo że wolimy wielkie fabularne rozszerzenia zamiast skórek i płatnych cheatów. Kierownictwo Ubisoftu rzuca jednak raport finansowy na stół i nie pozostawia złudzeń. Można nas strzyc jak owce. Ledwo maszynka wyrabia. Głośna mniejszość pomarudzi, ale czymże jest kilkaset złośliwych wpisów na X-ie wobec dodatkowych milionów przychodu.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, o jakie DLC chodzi. Przecież eksploracja na własną rękę to najlepszy element Assassin's Creed Black Flag Resynced. Uwielbiam zacumować statek przy nieznanej wysepce, dać nura w wodę i wynurzyć się na piaszczystej plaży. Każde takie miejsce to mała przygoda. Mała niewiadoma. Nie rozumiem, dlaczego ktoś chciałby mieć to wszystko od razu na mapie, odarte z jakiejkolwiek niespodzianki.
Zapamiętajcie moje słowa: za 5 lat gracze będą kupować agentów AI do szukania im skarbów
Oczami wyobraźni widzę, jak ktoś kupuje agenta, zostawia konsolę włączoną na kilka godzin, wraca z pracy i odbiera raport: X uzbieranego złota, Y zdobytego doświadczenia, Z wykopanych skarbów. Skoro tylu graczy jest w stanie kupić gotową mapę za 20 zł, chętni na takich asystentów też się znajdą. Jestem co do tego przekonany.
Powstaje tylko pytanie: to po co właściwie grać? Po co kupować pirackie Black Flag, skoro nie chcesz poszukiwać skarbów? Mam wrażenie, że zbyt wiele osób traktuje gry wideo jak drugą pracę. Szkoda, bo piękno cyfrowego eskapizmu polega na czymś zupełnie przeciwnym.
Odpowiedzialny za gry wideo oraz akcesoria dla graczy. Pisze o interaktywnych przygodach od ponad dekady. Pracował w serwisach medialnych Agory, współtworzył największy e-zin o grach w Polsce, przyłożył rękę do tłumaczeń kilku gier na polski rynek. O grach wideo wypowiada się m.in. dla Telewizji Polskiej, TVN, Polskiego Radia czy Rzeczpospolitej. Szczególnie zafascynowany nowym układem sił na globalnym rynku gier, z rosnącą pozycją Chin oraz krajów Azji Południowo-Wschodniej. Kocha survival horrory już od czasów pierwszego PlayStation, po godzinach stara się okiełznać Unreal Engine oraz Blendera.