Pół Polski na szaro nie mówi nic. Na żywo widok jest przerażający
Alarmy, ostrzeżenia - to już jest norma, do której coraz więcej się przyzwyczaja, ale nawet mając je w pamięci, do takich widoków trudno mi będzie przywyknąć.

"W związku z dramatyczną sytuacją, z jaką mierzą się rolnicy oraz mieszkańcy naszej gminy, Burmistrz Tyszowiec oraz Rada Miejska w Tyszowcach skierowali oficjalny apel do Wojewody Lubelskiego o podjęcie działań zmierzających do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej na terenie Gminy Tyszowce" - poinformował Urząd Miejski w Tyszowcach.
Długotrwały brak opadów, rekordowo wysokie temperatury oraz pogłębiająca się susza hydrologiczna i rolnicza doprowadziły do ogromnych strat w uprawach. W wielu gospodarstwach plony zostały zniszczone w stopniu uniemożliwiającym ich zebranie, a sytuacja ekonomiczna rodzin utrzymujących się z rolnictwa staje się coraz bardziej dramatyczna - wyjaśniono w komunikacie opublikowanym w mediach społecznościowych.
Jak zaznaczono, wprowadzenie stanu klęski żywiołowej umożliwiłoby uruchomienie nadzwyczajnych mechanizmów wsparcia, w tym szybkiej pomocy finansowej i organizacyjnej dla poszkodowanych rolników.
Lato, które staje się normalnością. Liczne apele o oszczędzanie wody. Kolejne informacje o kryzysowej sytuacji. Radio Kielce: "Poziom wody w Zalewie Chańcza systematycznie spada". TVP Bydgoszcz: "Leśnicy z Runowa walczą z narastającą suszą". I tak dalej, i tak dalej.
Mając na uwadze najnowsze, jak i poprzednie doniesienia, nie powinienem być zdziwiony widokiem mojej rzeki. A jednak. To, co zobaczyłem, było po prostu smutne. Rzeka ani trochę nie przypominała tej, którą pamiętam. Nawet rok temu nie było tak źle, choć już wtedy kajakarze musieli schodzić z kajaków, bo nie dało się płynąć. Teraz nawet myśl, że mogłyby pojawić się tutaj kajaki, wydaje się absurdalna.

Rzeka, która ponoć swoją nazwę wzięła od zagrabiania okolicznych terenów, dziś nie byłaby w stanie zająć nawet źdźbła trawy. Snuje się niczym strumyk, jak kanał w mieście. Zarośnięta, z widocznym dnem, nie przypomina rzeki, którą pamiętam i którą kojarzę.
"Strefa stanów niskich" - wyjaśnia IMGW na swojej stronie, opisując sytuację na tym fragmencie rzeki.
A jednocześnie okolica rozkwita, choć niekoniecznie przyrodniczo. W lasie, tuż nieopodal klifu, po którym spacer przypomina wędrówkę w górach - tym razem sobie odpuściłem; widok resztek rzeki w dole był naprawdę przygnębiający - budują się dwa domy, identyczne, jeden obok drugiego, na tej samej działce. Być może powstanie tu agroturystyka. Nawet tu? Trudno być optymistą.
- Jak sobie wyobrażasz spędzanie czasu w nowoczesnym domu na łonie natury? Z moich obserwacji wynika, że to przede wszystkim grill i alkohol. A to coś, co de facto można zrealizować w mieście. Takie zachowania mają wpływ na środowisko - domek, impreza w środku lasu, muzyka gra całą noc, potem trzeźwiejemy i czas na kąpiel w jeziorze lub morzu. Kiedyś ważne było otoczenie tych domków, można było mieć ogródek, drzewka owocowe. Nowe inwestycje pod wynajem stoją na mikrodziałkach, bywa, że niezwiązane z gruntem, bez zezwoleń. Kopiuj, wklej i tak trzydzieści razy. Takie weekendowo-wczasowe budynki wyrastają jak grzyby, a raczej purchawki, po deszczu w całej Polsce - mówi w rozmowie z trójmiejską "Wyborczą" Konrad Bidziński, biolog.
Może tu będzie inaczej, ale fakt jest faktem - w lesie powstaje niemalże osiedlowa zabudowa, jeszcze skromna, ale w lesie.
Tuż przy drodze prowadzącej do lasu i do rzeki też się ktoś buduje - duży, piętrowy dom z wielkim garażem. Podobnych inwestycji w sąsiedztwie jest więcej.

Im ktoś bliżej podchodzi do rzeki, tym jest jej mniej. Oczywiście to niefortunny zbieg okoliczności. Nowi mieszkańcy w żaden sposób nie odpowiadają za zaistniałą sytuację, a jeśli nawet zgodzimy się, że każdy jakąś cegiełkę dokłada, to nawet wybudowanie się w innym miejscu nie polepszyłoby stanu tej rzeki. Nic nie poradzę, że jakoś mi się to łączy. Symbolicznie, trochę niesprawiedliwie, ale jednak jakby związek był. To prawda, nie mam żadnego prawa zabraniać budowania się akurat na tym terenie - ja, który tu nawet nie mieszka, ja, którego związki z tą rzeką są wciąż świeże. Przez lata była dla mnie czymś oczywistym, źródłem rozrywki w letnie dni, kiedy można było przyjechać się kąpać. Dopiero kilka lat temu zacząłem doceniać jej piękno, wyjątkowość, spokój tych terenów. W ostatnim momencie?
"Gdzie, kiedy należy wykrzyknąć: stop, już dosyć?" - zastanawiał się Czesław Miłosz w jednym z esejów wchodzących w skład "Widzeń nad zatoką San Francisco".
Północno-zachodnia Kalifornia jeszcze niedawno była dziewiczym krasnoborem, puszczą najstarszych i największych drzew na świecie. Dzisiaj o uratowanie resztek konserwacjoniści toczą wojny z logging companies, wojny niezbyt udane, dlatego po prostu, że drewno z jednego tylko takiego olbrzyma wystarcza jako budulec na dwadzieścia domów. Miłośnik lasu, odwracam oczy od ohydnych potrzaskanych rumowisk na tych górskich stokach, którędy przeszła piła. Zburzona ekologiczna równowaga, ten las nigdy już nie odrośnie. Czy to też ma być koszt? Żeby ludzie pracowali i zarabiali w tartakach i żeby dookoła tartaków zbudowano coś, co na mapach nazywa się miastem Arcata? (...) Teraz nadzieja zysku nakazuje zasypywać brzegi odpadkami, żeby poszerzać grunt nadający się do zabudowy, fabryczne ścieki zatruwają wodę. Czy jest to nierozumne i nieuniknione, czy nierozumne i do uniknięcia?
Pytania zadane przez Miłosza wydają się ciągle aktualne, a odpowiedź chyba nasuwa się sama - raczej ten pierwszy scenariusz. Podsuwa ją susza, podsuwają ją kolejne miejsca, do których dobija się człowiek.
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.