REKLAMA

Książka z wbudowanym portalem. Skanujesz kod i przenosisz się o 40 lat

Zebrane w dziesiątym tomie "Opowieści niesamowitych" opowiadania nie miały wyjść drukiem. Antologia, będąca pomysłem Mirona Białoszewskiego i Jadwigi Stańczakowej, powstała jako prezent dla Polskiego Związku Niewidomych. Białoszewski najpierw wybrał opowiadania, a następnie je czytał, wszystko nagrywając na taśmę. 

bialoszewski

Jakość nagrania była domowa, jak zauważa Justyna Sobolewska we wstępie. Dlatego związek nie skorzystał z prezentu. "Antologię nagrywali z Jadwigą prawdopodobnie na japoński magnetofon z osobnymi mikrofonem, jeszcze nie nadeszła era magnetofonów Grundig" - pisze Sobolewska. Coś, co lata temu okazało się przeszkodą, by zrealizować pierwotny pomysł, dziś sprawia, że nagrania są jeszcze bardziej wyjątkowe. Szumy, trzaski i wszelkie inne niedoskonałości "przenoszą w tamten czas".

W 1986 r. Stańczakowa zaproponowała wydawnictwu Czytelnik wydanie opowiadań wybranych przez Białoszewskiego. Przekonywała, że gdyby wyszły w druku, "stałyby się bestsellerem fantastyki naukowej", której wówczas było "wciąż mało", jak przekonywała poetka. Na propozycję nie odpowiedziano. Dziś zbiór - wraz z opowiadaniem "Wydłużona ręka", napisanym przez Białoszewskiego i Stańczakową - mógł ukazać się w idealnej formie. Kod QR w książce prowadzi do nagrań, więc opowiadania można wysłuchać i przeczytać. To potężne słuchowisko, trwające przeszło 14 godzin. 

10 tom "Opowieści niesamowitych", wydawanych przez PIW, jest więc wyjątkowy za sprawą tego prostego pomysłu połączenia dwóch koncepcji w jedną, rozszerzoną, wreszcie zrealizowaną. Ale nie tylko. Wrażenie robią same opowiadania. 

Wybór Białoszewskiego był niezwykle ciekawy, pokazujący, jak bardzo pojemną szufladką jest ta z napisem "niesamowitości". Mamy tutaj i horrory, i opowiadania grozy, i science-fiction: loty w kosmos, odkrywanie nieznanych planet, kontakty z obcymi cywilizacjami. 

Niepokój tych opowiadań wcale nie zwietrzał

Owszem, można byłoby się spierać choćby z narratorem opowiadania Edgara Allana Poe, czy nadal bycie pogrzebanym za życia jest "niewątpliwie najostateczniejszą okropnością, jaka może przydarzyć się człowiekowi śmiertelnemu". Pewnie nadal wielu się tego boi, choć dziś to lęk znacznie mniej racjonalny niż tych 200 lat temu. Obecnie bardziej angażującym zagadnieniem jest to, co powinno się zrobić, by wymknąć się śmierci wcześniej, zanim wsadzą nas do grobów - jak udoskonalić swoje ciało, aby było nieśmiertelne albo chociaż mogło żyć znacznie dłużej niż teraz. Co, swoją drogą, też budzi grozę i każe zadawać pytania o ewentualne konsekwencje. 

Czytaj też: Najbogatsi ludzie szykują się na koniec świata. Sami do niego doprowadzają

Kiedy jednak szalony naukowiec, jeden z bohaterów świetnego opowiadania Edmonda Hamiltona, wykrzykuje, że "ludzie to tylko obiekt doświadczeń" i trzeba zrobić "wszystko dla prawdy", można tylko powtórzyć za Piotrem Pazińskim, autorem posłowia: tak, stare lęki wróciły. Nadal nie brakuje jednostek przekonanych o swej genialności i tym, że ludzkość gotowa jest na wielkie poświęcenia, aby tylko zrealizować ich wizję.

Lęki nawet nigdzie nie musiały się ruszać. Tych znajomych wątków jest zaskakująco więcej w zebranych opowieściach - ot, weźmy historię o bardzo dziwnych polowaniach odbywających się na wyspie. Bogacze i dziś - szczególnie dziś? - w ukryciu robią bardzo złe rzeczy…

Może niektóre opowiadania trącą banałem, szczególnie te dotyczące podboju kosmosu - choć wizja marsjańskiej osady w opowiadaniu "Zaczarowane miasto" była fascynująca - i spotkań z innymi cywilizacjami. Ale i to nie jest wielkim minusem, szczególnie że przesłanie dalej powinno poruszać. To człowiek, ze swoimi kolonizacyjnymi zapędami, przynosi zło i nieszczęście. Obiecuje postęp i technologie, a nawet te obietnice spełnia - tylko co z tego, skoro koszt jest wysoki. 

Nie znajdziesz tu - ciągnął - kwitnącej niegdyś sztuki, literatury, muzyki. Same tanie naśladownictwa wyrobów solarskich lub nędzne podrabianie zamarłych rodzimych tradycji, fałszowaną romantykę przeszłości. Nie znajdziesz nauki, która w swej istocie nie byłaby solarska, maszyn innych aniżeli solarskie; coraz mniej domów, które można odróżnić od szablonowego mieszkania ludzkiego (...) Nie ma już - mówił dalej - ręcznie lepionych naczyń, ręcznie wyrobionych tkanin. Wszyscy noszą to, co produkują fabryki. Nie ma dawnych poetów i bardów, nikt zresztą by ich nie słuchał. Wszyscy siedzą przy telewizorach. Nie ma filozofów ze szkoły araklejskiej czy vranamauskiej, są tylko podrzędni komentatorzy Russela i Korzybskiego… - narzeka jedna z postaci opowiadania Poula Andersona. 

I niech sobie będzie to niezbyt oryginalna krytyka globalizacji i kultury zachodu, ale wcale mi to nie przeszkadza, skoro uderza w moje czułe struny. Świetna rzecz! 

Adam Bednarek
Redaktor

„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.