REKLAMA

Ograłem Forza Horizon 6 i mam problem. Zamiast Tokio Drift jest wesoła wycieczka

Forza Horizon 6 zachwyca oprawą, ale pod warstwą fajerwerków, lakieru i odbić liczonych w czasie rzeczywistym kryje się dokładnie ta sama produkcja, co odsłony w Meksyku i Australii. Jeżeli liczyliście na unikalny klimat Tokio Drift, rozczarujecie się.

Ograłem Forza Horizon 6 i mam problem. Zamiast Tokio Drift jest wesoła wycieczka
REKLAMA

Forza Horizon to moja ulubiona seria zręcznościowych gier wyścigowych. Jest piękna, otwarta i z niezłym modelem jazdy. Problem w tym, że Horizona trawi niesamowita powtarzalność. Dwie poprzednie odsłony w Meksyku i Australii zlewają się w jedno. Dlatego liczyłem, iż wizyta w Japonii będzie egzotycznym powiewem świeżości. Niestety, zamiast tego dostajemy trzeci raz to samo.

REKLAMA

Miałem nadzieję, że Forza Horizon 6 odświeży serię. Liczyłem na Tokio Drift z pazurem i wyrazistą kampanią. Niestety…

Nie liczcie na fury z neonami odbijającymi się od asfaltu. Na nielegalne spoty, gdzie pali się gumę i kiwa do mocnego basu. Na wyszczekane postaci w trybie kariery. Tym bardziej na muzykę taką, że OST zacznie żyć własnym życiem. Zamiast tego Forza Horizon 6 proponuje sprany koncept wielkiego festiwalu motoryzacyjnego. Legalnej imprezy, która jest grzeczna, nudna i wygląda dokładnie tak, jak wcześniej w Meksyku i Australii.

Wielka, wielka szkoda. Japonia jak mało które miejsce pozwala twórcom gry wyścigowej zaszaleć z kierunkiem artystycznym. Tymczasem Forza Horizon 6 to dokładnie ta sama paleta barw, te same efekty i ten sam styl, co poprzednie odsłony. Zmieniają się widoczki, ale wszystko inne zostaje po staremu. Mamy gigantyczną powtórkę z rozrywki, tylko meksykańskie winnice zamieniają się na pola ryżowe.

Japonia czy Australia? Może Meksyk? Forza Horizon 6 zlewa się z poprzednikami
Leć Adaś, leć. Otwierający wyścig Forzy jak zwykle jest szalony

W Forzy Horizon 4 festiwalowe myśliwce latające nad głowami robiły wrażenie. Tak samo motocykliści przeskakujący nad maską i pociągi sunące obok drogi. Wszędzie wybuchało konfetti, sztuczne ognie rozjaśniały niebo… no ale ile można. Gdy twórcy po raz kolejny próbują zachwycić mnie absurdalnie efektowną jazdą otwierającą, to wiem, co się święci. Znam te sztuczki i przypuszczam, co będzie dalej.

Boli mnie, że twórcy nie próbowali zaszaleć z bardziej filmową, wyrazistą narracją.

Ileż bym dał na bardziej osobisty tryb kariery, w którym gracz musi udowodnić lokalnej społeczności kierowców, co potrafi. Marzy mi się czarna lista rodem z Most Wanted, na której skreślamy kolejne nazwiska, zyskując respekt i poważanie w podziemnym środowisku. Dodajmy do tego wyrazistego rywala, kokietującą femme fatale, świetnie zrealizowane spoty oraz imprezy, ciekawe nocne życie i mamy samograja jadącego na skojarzeniach z Undergroundem i Tokio Drift.

Zamiast tego w Forzy Horizon 6 absurd goni absurd. Dosyć powiedzieć, że główny bohater przylatuje do Japonii na festiwal, ale… zapomina fury. W wesołym, kolorowym świecie Horizona to jednak nie problem, bo koleżanka ma aż nadto aut i ochoczo daje mu jedno, a także pożycza dwa kolejne. Nie mamy żadnego długu do odpracowania, żadnej głębszej historii stojącej za gestem. Po prostu wszyscy się kochają, trzymają za ręce i tańczą w kółeczku.

W Forza Horizon 6 furki nieco słabiej trzymają się nawierzchni. Można driftować
Wjazd to Tokio. Największa aglomeracja w historii serii

Widmo rozdawania samochodów lekką ręką napawa mnie lękiem o balans kampanii. Znowu Lamborghini w czipsach?

Największy grzech serii Forza Horizon to lekkomyślne rozdawanie graczom topowych samochodów. Wystarczy pokręcić się trochę po otwartym świecie i okazuje się, że stodoły są pełne bezpańskich McLarenów i Lamborghini. W ten sposób błyskawicznie możemy brać udział w wyścigach zarezerwowanych dla maszyn o największej mocy. Przeskakujemy kilka kategorii, przez co poczucie progresu i rozwoju kompletnie znika.

W takim Gran Turismo 7 działa to znacznie, znacznie lepiej. Tam każdy kupiony samochód to owoc pracy gracza. W GT7 fury nie wypadają z czipsów, ale są efektem przemyślanych zakupów. Dlatego każda odblokowana maszyna cieszy, a gracz aż się rwie, żeby testować ją na torze. W ten sposób powstaje wieź między kierowcą i pojazdem, której w Horizonie kompletnie brakuje. W Forza Horizon wszystko mamy podane na tacy. Jesteśmy jak znudzony lew w zoo, któremu rzuca się mięso do paszczy.

Producenci deklarują poprawę. Ma być mniej skoków, a więcej liniowych postępów w karierze, usystematyzowanych mechaniką opasek (rang). Niestety, wersja preview udostępniona mi na Xboksie nie pozwala tego ocenić. Mam tu wyłącznie 3 pojazdy do wyboru, 3 początkowe eliminacje do festiwalu, a aktywności otwartego świata są przetrzebione. Salon samochodowy także nie działa. Na ten moment mamy więc obietnice producentów, kłócące się z „rozdawniczym” klimatem początku kampanii.

Esencją obietnic twórców ma być równoległa kampania Discover Japan, prowadzona obok głównego festiwalu. W niej silniej zetkniemy się z kulturą ulicznych wyścigów i driftu, ale… zniknie restrykcyjny podział na kategorie samochodów. Od samego początku będziemy mogli pruć rakietą, o ile mamy taką w garażu. Czyli twórcy trochę wzięli sobie krytykę do serca, a trochę nie rozumieją skąd wyrastają korzenie problemu.

Aż się prosi o neona pod podwoziem. I wielki głośnik w bagażniku
Odbicia w lusterkach igła. Przynajmniej w trybie Quality

Za to Forza Horizon 6 kompletnie urywa zderzak oprawą. Spójrzcie na ten zasięg renderu, to szaleństwo!

Na poniższym zrzucie ekranu możecie zobaczyć, jak daleko są renderowane obiekty na prostej drodze. Zasięg widzenia jest fenomenalny. Pojawia się realne poczucie głębi i dystansu, którego brakuje większości wyścigówek na rynku. Zatrzymując na chwilę brykę, będziecie w stanie dostrzec masę kapitalnych ozdobników, także oddalonych o setki metrów. Panorama pełna obiektów to duża siła FH6.

Natomiast przyznam, że nie rozumiem zachwytów recenzentów dotyczących Tokio. Okej, stolica Japonii faktycznie jest spora, porównując ją do aglomeracji z poprzednich Horizonów. Tyle tylko, iż jednocześnie wydaje się mocno kartonowa oraz powtarzalna. W Tokio brakuje życia, za dnia jak i w nocy. To naturalna konsekwencja trzymania pieszych za barierkami, ale przez to kluczowe miejsca – jak skrzyżowanie Shibuya – wydają się puste i pozbawione życia.

Za to plenery – o mamo! Zjazd z ośnieżonych szczytów japońskich gór do nizin pełnych wiosek oraz pól ryżowych to prawdziwa atrakcja turystyczna. Środowisko jest przepiękne, chociaż momentami zbyt powtarzalne. Za dużo zagajników, za mało zabudowań. Wiem jak wygląda japońska prowincja i widzę, że twórcy momentami szli na duże skróty. Przez to otwarty świat jest największy w serii, ale unikalnych miejscówek mogłoby być trochę więcej. Mam wrażenie, że Meksyk był ciekawszy, głównie poprzez skondensowanie.

Ależ kosmiczny zasięg widzenia!
Recenzenci zachwycają się Tokio, ale mnie nie powaliło
... w przeciwieństwie do odbić miasta liczonych w czasie rzeczywistym

Zgrzyt polega na tym, że w wielu miejscach japońska Forza Horizon 6 wygląda dokładnie tak samo jak FH4 i FH5. Sunąc piaszczystym wybrzeżem za kierownicą bestii 4x4, równie dobrze moglibyśmy grać w odsłonę osadzoną w Australii. Wiem, że producenci starali się wiernie odwzorować Japonię, ale poprzez brak unikalnej, wyrazistej linii artystycznej nowa produkcja mocno zlewa się z poprzednimi. Na wielu odcinkach miałem wrażenie, jakbym wrócił do Australii i Meksyku.

Za to efekty pogodowe – palce lizać. Podoba mi się zwłaszcza śnieg, powoli opadający na malutkie wioski położone w górach. Nieziemski klimat. Technologicznie imponują opady deszczu, tworzące błyskawicznie kałuże w których widzimy odbicia liczone w czasie rzeczywistym. Niestety, takie wizualne rarytasy zostały okupione tym, że musiałem grać w 30 klatkach. Wersja preview nie umożliwiała zabawy w 60 fps, ale pełna gra na premierę ma to naprawiać. Ciekawe jakim kosztem.

Forza Horizon 6 to po prostu więcej tego samego. Twórcy grają bezpiecznie tam, gdzie nie powinni.

W czasach Xboksa One seria Forza Horizon zachwycała oprawą, rozmachem i strukturą. Jednak teraz marka zaczyna zjadać własny ogon. Meksyk, Australia i Japonia zlewa się w jedno doświadczenie. Jasne, stojące na wysokim poziomie, przepiękne wizualnie i obfite w zawartość, ale chciałoby się czegoś więcej. Na przykład wyrazistej kampanii, ciekawych postaci, klimatu Tokio Drift, unikalnego rysu artystycznego.

Japońska prowincja to najmocniejszy wizualnie element gry, zaraz obok skutków opadu deszczu
Spójrzcie na te odbicia na masce. Mniam

Co świetnie rokuje:

  • Gra to graficzny cukierek. Zwłaszcza pogoda zachwyca
  • Dobrze znany, świetny zręcznościowy model jazdy
  • Bardzo zróżnicowane formy wyścigów. Niezły drift
  • Dwie równoległe kampanie. Festiwal i ulica
  • Wracają zmienne pory roku
  • Tona zawartości. Idealny wypełniacz Game Passa
  • Twórcy obiecują, że nie będzie Ferrari w czipsach…

O co mam obawy:

  • …ale początek kampanii nie pozwala tego ocenić
  • Brakuje klimatu Tokio Drift. Plenery wyglądają podobnie
  • Ależ bym chciał filmową karierę z wyrazistymi postaciami
  • Ten sam męczący, przestarzały interfejs

Oczywiście czekam na pełną wersję i na pewno wbiję w niej wiele godzin. Jednak na ten moment FH6 to bardziej wypełniacz Game Passa niż objawienie na miarę Gran Turismo 7. Mamy do czynienia z rzemiosłem dopracowanym do perfekcji, ale bez pierwiastka artystycznego geniuszu. Czuć, że twórcy zdecydowali się na bezpieczne odcinanie kuponów. Liczą, iż opadające liście wiśni na pudełku zrobią resztę.

Pozostałe opinie o grach na Spider's Web:

REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-09T21:22:06+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T20:23:56+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T19:07:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T18:35:09+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T17:18:44+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T14:44:46+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T13:47:57+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T12:49:51+02:00
Aktualizacja: 2026-04-09T11:42:30+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA