Social media  / Felieton

Facebook ma podobno problem. Nie dziwne, bo stracił ważne połączenie z użytkownikami

186 interakcji
dołącz do dyskusji

Facebook ma podobno problem. Ludzie - tacy zwykli, z krwi i kości - udostępniają coraz mniej treści. W 2015 roku użytkownicy udostępnili o 21 proc. mniej osobiście tworzonych treści, całościowo dzieląc się o 5,5 proc. rzadziej. Facebook podobno wpadł w panikę i powołał zespół zaradzenia kryzysowi, w tym samym czasie tworząc też Facebook Live i sprawiając, że 800 tys. osób ogląda na żywo eksplodującego arbuza.

Facebook ma problem z określeniem tożsamości. Lata temu Zuckerberg obiecywał, że będziemy dzielić się wszystkim w czasie rzeczywistym - tym, jakich utworów słuchamy, jakie artykuły i książki czytamy, co oglądamy i gdzie jesteśmy. To oczywiście nie wyszło, bo w sieci robimy zbyt dużo wstydliwych rzeczy i tak naprawdę nie lubimy sporej części naszych facebookowych znajomych.

Facebook chciał stać się miejscem dla firm - promował tworzenie fanpejdży, zachęcał marki do dołączania, obiecywał złote góry. Gdy odniósł w tym sukces i gdy nawet warsztaty samochodowe i pralnie z Koziej Wólki stworzyły sobie profile, by promować biznes, okazało się, że profili jest tak dużo, iż przebić się do ludzi bez wydawania pieniędzy niemal się nie da.

W międzyczasie Facebook ogłaszał większe zmiany w algorytmie dobierającym to, co widzimy: a to promowane będą zdjęcia, a to jakościowe posty, a to dziennikarstwo, a to coś innego.

Facebook próbował i wciąż próbuje stać się magazynem z treściami. Sam stworzył profile wybierające ciekawe posty z serwisu, zaczął zachęcać serwisy do przenoszenia treści bezpośrednio na Facebooka. Gdzieś pomiędzy tym wprowadził obsługę hashtagów chcąc konkurować z nieporównywalnie lepszym w ogarnianiu wydarzeń na żywo Twitterem. Chcąc konkurować z YouTube’em unowocześnił swój odtwarzacz, zaczął promować te treści.

Tych pomysłów na siebie Facebook miał mnóstwo.

Większość z nich przyjmowała się, ale nie tak, jakby chciał Zuckerberg - nie masowo, nie w pełni, a tylko częściowo. Facebook nie zrewolucjonizował nic, raczej płynął z prądem zmian, których kierunek wyznaczali inni. Czasem, jeśli nie umiał poradzić sobie z konkurowaniem, kupował konkurencję.

Kilka dni temu Facebook zapowiedział wprowadzenie streamowania wideo na żywo dla wszystkich użytkowników. Wideo to wielka rzecz dla portalu, bo pozwala mu walczyć z coraz potężniejszymi aplikacjami i serwisami, przywiązuje i angażuje użytkowników, i jest odpowiedzią na rosnącą w niesamowitym tempie konsumpcję treści audiowizualnych w sieci.

Tymczasem raporty donoszą, że Facebook martwi się niechęcią użytkowników do publikowania własnych treści. Dziwi się, że kombajn jakim się stał nie zachęca do wrzucania fotek z wakacji czy tekstów o tym, co słychać.

Ludzie przenoszą się w miejsca, w których można publikować szybciej, gdzie nie wszystko jest permanentne i będzie wracać przez lata. Gdzie komunikację prowadzi się tylko z wybraną grupą osób i w których prywatne rzeczy nie będą wyświetlane obok wideo BuzzFeeda z wybuchającym Arbuzem, pomiędzy clickbaitem z jakiegoś fanpejdża a informacją o tym, że znajomy, którego nie widziało się 3 lata, dołączył do jakiegoś głupiego wydarzenia. Jest takie powiedzenie, że jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Jest w nim wiele prawdy.

Facebook stał się wielką platformą, jednak przy okazji zaczął swoją wielkością odstraszać nas, małych szaraczków. Stracił też emocjonalne połączenie z użytkownikami. A bez zaangażowania użytkowników staje się tylko dostarczycielem treści do biernych osób, które klikają lajki, serduszka i emoji. I oglądają wybuchające arbuzy.

Bierny użytkownik też przyniesie przychód, jednak będzie miał mniejsze opory, by porzucić platformę.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst