Singapur  / Artykuł

Jak próbowano mnie oszukać w owianym złą legendą markecie z elektroniką

W sierpniu zapytałem na polskim forum singapurskich expatów na Facebooku, gdzie najlepiej rozglądać się za laptopem. Odpowiedzi generalnie ograniczały się do stwierdzenia, że najprościej zamówić przez internet, ale jeśli chciałbym sprzęt z salonu producenta, to sklepów też ci dostatek.

Szczególnie zainteresowała mnie jedna przestroga - "Nie idź do Lim Square, bo w najlepszym wypadku po tygodniu wysiądzie ci dysk, w średnim procesor, a w najgorszym sprzęt okaże się kradziony". To była zachęta jakiej potrzebowałem!

Ponoć w Lim Square kantują każdego, a obcokrajowców dwa razy - na sprzęcie, a czasami jeszcze na karcie kredytowej. Nie wiem czy jest to prawdą, ale słyszałem opowieści, że kupującym pokazywano na wyświetlaczach inne sumy niż ściągano z ich kont.

Budynek w kształcie sześcianu wznosi się dumnie na granicy dzielnicy kolonialnej z mnóstwem hoteli i małych sklepików wielkich marek, a także Little India, miejsca sprawiającego najwięcej problemów singapurskiemu rządowi.

Przed wyjściem wywieszona jest karteczka z mapą pokazującą lokalizacje wszystkich sklepów. Pod

spodem znajduje się także ostrzeżenie od sprzedawcach, na których w ostatnim okresie wpłynęło szczególnie dużo skarg. Stanowią jakieś 5 proc. ogółu - czy to dużo?

Z pozoru może się wydawać, że nie. Przecież to tylko czarnych owiec w morzu białej wełny. Ale...
- Oni mają bardzo ciekawą strategię. Kiedy wpłynie na nich dostatecznie dużo skarg, to zmuszani do zamknięcia sklepu i zebrania swoich manatek. Zawsze wracają jednak po kilku tygodniach i założeniu sklepu na innego słupa.

Czy Policja się nimi nie interesuje?

- Singapurska Policja jest niezrównana przy tropieniu przemytów czy poważnych przestępców, np. morderców, ale takie sprawy puszcza płazem. Nie chce się mieszać w mafijne sprawy, bo to właśnie takie rodziny często prowadzą sklepy.

Każdy z przedsiębiorców wynajmuje od najemcy swój własny kąt na jego powierzchni sprzedaje elektronikę wszelkiej maści - od komputerów, przez kamery, telefony, konsole, telewizory, po lodówki, pralki, przedłużacze i żelazka.

Najniższe pietra nie różnią się praktycznie niczym od alejek w naszych supermarketach. Artykuły w plastikowych pudełkach lezą uporządkowane na swoich półeczkach i czekają na zaniesienie prosto do kasy. Prawdziwa ekstrawagancja zaczyna się wyżej.

Jeden ze sprzedawców prezentuje jakość swoich żelazek zaczepiając ludzi proponując, że za darmo wyprasuje ich koszule. Nie cieszy się ogromną popularnością. Miejscowi mają przecież w domu

maid, które zrobią to za nich. Zaraz obok skosztować można jajka na patyku wypiekanego w specjalnym szyjce, ryżu z nowego modelu automatu, albo kukurydzy ugotowanej na parze. Przeważnie ekspedientki samodzielnie konsumują swoje wypieki i niezbyt zainteresowane są przyciągnięciem uwagi kupujących.

Zupełnie inaczej jest na najwyższych piętrach. Kiedy wysiądzie się z windy to sprzedawcy najpierw łowią nas spojrzeniem i zaczynają przekrzykiwać się próbując zaciągnąć do własnego stanowiska. Kiedy to nie wychodzi podchodzą z rękoma wypełnionymi sprzętem i próbują wcisnąć nam jakikolwiek z produktów.

Generalnie nie są niemili, ale mocno natarczywi - prawie jak w biedniejszym krajach Azji Południowo-Wschodniej, gdzie zdarza się chwytanie za rękę i cięgniecie do własnego sklepu.

Na górze jest także multum miejsc, gdzie można sprzęt naprawić. Specjaliście siedzą w swoich bujanych fotelach i za pomocą lutownicy, młotka i śrubokręta stawiają na nogi popsute odkurzacze, pralki, a nawet komputery.

Sąsiadują z nimi sex-shopy, które reklamują się bardzo dyskretnie, wcale nie krzykliwie. Niestety w czasie kiedy byłem w Lim Square oba były jeszcze zamknięte.

Na własnej skórze nie doświadczyłem oszukania ani razu

[sony]

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst