Tech

Android 4.1 Jelly Bean przetestowany - niesamowicie szybki, dopracowany i inteligentny system

276 interakcji
dołącz do dyskusji

Kupując Galaxy Nexusa wiedziałam, że będzie on miał możliwość uruchamiania najnowszych wersji Androida jako jeden z pierwszych albo nawet pierwszy. Tak też się okazało – od wczoraj używam Androida 4.1 Jelly Bean. Jelly Bean to bardzo ciekawa ewolucja, która zmienia bardzo dobry system w porządne, dopracowane narzędzie. Jest świetnie i bardziej elegancko. A Android jeszcze nigdy nie działał tak szybko. Sam system stał się bardzo “smart”.

Właśnie, szybkość – to pierwsze nasuwa się od uruchomienia Jelly Bean. Nie narzekałam na płynność i szybkość Ice Cream Sandwich, ale po przesiadce na Jelly Beal wszystko zauważalnie stało się przyspieszone i gładsze. Animacje, przewijanie, reagownie na polecenia dotykowe jest błyskawiczne. Odpowiada za to Project Butter omawiany na wczorajszej konferencji I/O, i faktycznie nazwa projektu cały czas chodzi mi po głowie. Masło kojarzy się z płynnością i pewną miękkością, i taki właśnie stał się cały interfejs – miękki i gładki. Jest diabelnie płynnie – jeśli wydawało się, że Android 4.0 na Galaxy Nexusie, Samsungu Galaxy S II i HTC One X (czyli topowych, jakby nie patrzeć, telefonach) jest szybki, to wystarczy sobie wyobrazić, że Jelly Bean jest o odczuwalnie dużo, dużo szybszy. Poza tym, choć to nieoficjalna wersja, jest stabilny – mimo męczenia go popołudniem i przez pół nocy nie zawiesił się ani nie złapał czkawki ani razu.

Od pierwszego momentu obcowania z Jelly Bean wiadomo też, że Google kontynuuje swój trend czynienia Androida bardziej ludzkim i przyjaznym. Zamiast “zaloguj się na konto Google” zostajemy zapytani o to, czy takie posiadamy i poinformowani, że chodzi też o GMaila. Może w ten sposób uda się skłonić większy odsetek użytkowników do synchronizowania telefonu?

Zmiany w Jelly Bean nie rzucają się mocno w oczy. Wizualnie podrasowano i dopracowano wiele elementów – jak powiadomienia (które teraz są mniej futurystyczne, ale bardziej eleganckie i solidne) czy okienka wykonania akcji. Szlify wydać w wielu miejscach, ale dopiero po przypatrzeniu. Lockscreen zyskał nowy wygląd, teraz kropeczki podpowiadają, co robić, i nową opcję – przejścia bezpośrednio do Google Now. I tutaj zaczyna się zabawa i prawdziwe zmiany.

Do Google Now można też dostać się wykonując gest z przycisku Home w górę. Google Now to inteligentny asystent, który oprócz wyszukiwania głosowego posiada karty. Karty to informacje, które możemy sami wybrać, i które będą wyświetlały się w zależności od sytuacji. Wybierając na przykład kartę Waluty Google Now za każdym razem, gdy przekroczę granicę, wyświetli informacje o aktualnym kursie. Now wyczuje, gdy wracamy do domu i pokaże, ile nam to zajmie i umożliwi łatwe przejście do nawigacji. W ustawieniach znajdziemy karty: Pogoda, Ruch, Następne spotkanie, Podróż, Loty, Transport publiczny, Miejsca, i Sport. Niestety wiele z nich, zwłaszcza dotyczących transportu, w Polsce nie zadziała, bo usługi te nie są dostępne u nas.

Z ustawionym językiem angielskim Google Now nawet w Polsce daje przedsmak możliwości. Po otworzeniu wystarczy powiedzieć “google”, a usługa uaktywnia mikrofon i można dyktować polecenie głosowe. Wyszukiwanie w Google oparte na Knowledge Graph nie jest jeszcze idealne, ale na pytania o pogodę czy znaczenie słów Google Now pokazuje odpowiednie karty i odpowiada głosem miłej pani. W większości jednak pytania trafiają do Google i dostajemy możliwość przełączenia się między widokami wyników. Dyktując “Play nazwaartysty” Google pyta, czy chcę posłuchać go z Google Music, czy może z YouTube’a. Jeśli językiem systemu jest polski, to niestety z Google Now robi się zwykłe wyszukiwanie głosowe.

W dyktowaniu głosowym też czeka nas niespodzianka – dodano możliwość rozpoznawania głosu offline, jednak na liście języków nie ma jeszcze naszego. Biorąc jednak pod uwagę to, że Google dosyć szybko wprowadził do swoich usług rozpoznawanie mowy u nas, to można spodziewać się i mieć nadzieję, że dyktowanie tekstu bez połączenia z siecią będzie i u nas dostępne już niedługo. Świetna opcja, tym bardziej, że poprawiono same wprowadzanie głosowe – jest ładniejsze o bardziej przejrzyste.

 

Automatyczne przesuwanie i skalowanie widżetów na pulpitach po prostu działa. Gdy chcemy dodać widżet, to inne “rozjadą” się dookoła i zrobią miejsce na nowy. Mała, ale przydatna rzecz.

Jedną z najciekawszych nowości w Jelly Bean są jednak powiadomienia, które można rozwijać i reagować na nie bezpośrednio z paska powiadomień. Dla mnie jest to tak zwany “killer ficzer”. Jak do działa? Ostatnie powiadomienia pojawiające się na pasku jeśli tylko mogą, powiększają się i pokazują swoją treść. Czyli na przykład podgląd dosyć dużego kawałka e-maila czy wykonanego screenshota, którym notabene możemy podzielić się dalej właśnie z paska. W momencie, gdy ktoś dzieli się ze mną wpisem na Google Plus, to widzę jego podgląd i mogę dać mu +1 lub przesłać dalej. Domyślnie rozwinięte jest jedno, ostatnie powiadomienie, jednak ręcznie można rozwijać i zwijać je dowolnie dwoma palcami.

Przyznam, że podchodziłam do tej funkcji z rezerwą, ale jest świetna i sprawdza się w korzystaniu: dostałam cztery maile na GMailu, rozwija, widzę nagłówki wszystkich czterech i decyduję, czy warto je wyświetlać, czy nie etc. Czekam z niecierpliwością, aż zewnętrzni deweloperzy zaczną wykorzystywać nowe możliwości powiadomień, bo te są ogromne. Wchodzenie w interakcję z aplikacją bez jej otwierania jest naprawdę wygodne.

Jedną z moich ulubionych nowości, ponieważ robię telefonem dosyć dużo zdjęć, jest ulepszona aplikacja obsługi aparatu. Po pierwsze dodano świetną możliwość robienia zdjęć w gorszym oświetleniu lub całkowitej ciemności (która, jak się dowiedziałam, była dostępna też w Androidzie 4.0.4, ale miałam na swoim Nexusie 4.0.2, więc dla mnie to nowość:)): po ustawieniu lampy i tapnięciu ekranu aparat najpierw naświetla miejsce, by złapać ostrość, a dopiero potem wykonuje zdjęcie. Dzięki temu w końcu zdjęcia z mroku wychodzą naprawdę ostre – tutaj przykład.

Jednak to nie wszystko. Denerwujący i utrudniony podgląd zrobionych zdjęć z poziomu aparatu (trzeba było dotknąć miniaturę, potem jeszcze dotknąć zdjęcie i poczekać, aż otworzy się rolka aparatu) został usprawniony. Na włączonym aparacie wystarczy przejechać palcem w bok, by wyświetlić podgląd. Za pomocą dwóch palców można ustawić ostatnie zdjęcia tak, że po lewej stronie wciąż wyświetla się podgląd aparatu i można wykonywać zdjęcia. Dzielenie się nimi stało się tak na oko 3 razy szybsze.

Z prawej strony podgląd zrobionego już zdjęcia, z lewej aparatu z widokiem na żywo

 

No ale cały Android stał się szybszy. Niesamowite, jak błyskawicznie uruchamiane są aplikacje. Galeria, która potrafiła na Ice Cream Sandwich nieźle zalagować zwłaszcza, gdy miało się wiele albumów, teraz uruchamia się błyskawicznie i najpierw ładuje zdjęcia z aparatu, a dopiero potem pojawiają się pozostałe albumy, tak, że praktycznie najczęściej odwiedzane miejsce dostępne jest od ręki. Ta szybkość i płynność odczuwalna jest w każdym miejscu i naprawdę ciężko to opisać.

Cały system wciąż ma futurystyczny wygląd, jednak już nie tak bardzo. Solidniejsze, pełniejsze elementy czy nowe powiadomienia sprawiają, że łatwiej odnaleźć się w menu i innych miejscach, a mimo wszystko wciąż jest “lekko”. Mam jednak sporą obawę co do tego, czy przeciętni użytkownicy znajdą się w miejscach, w których trzeba wykorzystywać dwa palce i gesty – mimo podpowiedzi konieczność użycia dwóch palców na raz na smartfonie, który często obsługujemy jedną dłonią może być niewygodna, a w ten sposób rozwija się powiadomienia czy ustawia zdjęcia obok podglądu aparatu. Jednak nie tylko Google idzie w stronę wielodotyku i gestów, bo przecież iOS wykorzystuje to od dawna, a Windows 8 wykorzystuje te funkcje w interfejsie Metro na każdym kroku i do nawigacji po aplikacjach.

Podsumowując: Android 4.1 Jelly Bean to nie rewolucja, a spora ewolucja w optymalizacji i funkcjach, które stanowią o przedrostku “smart” w smartfonach. Mam nadzieję, że jest to też preludium do wypuszczenia jesienią pięciu nowych Nexusów, bo szkoda, żeby tak wspaniały system został “popsuty” przez często lagujące, ale co najważniejsze psujące wrażenia z korzystania nakładki.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst