1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

"Matrix Zmartwychwstania" hejtuje cię za to, że chcesz go obejrzeć. Ten eksperyment nie mógł wypalić

"Matrix 4" nie doczekał się tak jednoznacznie pozytywnego odbioru jak inny filmowy powrót po latach w wykonaniu "Spider-Man: Bez drogi do domu". Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, ale jeden wybija się ponad wszystkie. Lana Wachowski zrobiła film, który trochę nienawidzi tego, że istnieje. "Matrix Zmartwychwstania" źle podszedł do kwestii nostalgii.

matrix 4 zmartwychwstania recenzja opinia lana wachowski

Uwaga! Tekst zawiera liczne spoilery z 4. części cyberpunkowej serii. Recenzję "Matrix Zmartwychwstania" bez spoilerów znajdziecie na Rozrywka.Blog.

"Matrix Zmartwychwstania" nie jest ani tak dobrym filmem, jak to sugerują niektórzy rozentuzjazmowani krytycy, ani tak złym jak twierdzą jego hejterzy (tych drugich jest znacznie więcej). To produkcja absolutnie w stylu Wachowskich, co tłumaczy bardzo sprzeczne reakcje widzów. Poza pierwszym "Matriksem" właściwie każda produkcja tych sióstr budziła mieszane emocje. Choć tym razem za kamerą stanęła tylko Lana Wachowski, pod tym względem nic się nie zmieniło.

Jestem daleki od jednoznacznego potępienia "Matrix Zmartwychwstania", ale mam rosnące z każdą godziną poczucie, że ten eksperyment nie mógł się udać. Bezpośrednio po zakończeniu filmu czułem głównie rozczarowanie. Nie wynikało ono jednak z nadmiernych oczekiwań przed seansem. "Matrix 4" po prostu zapowiada się jak zdecydowanie ciekawsza opowieść niż ta, którą ostatecznie dostajemy. Mnóstwo niezwykle pasjonujących konceptów gubi się gdzieś po drodze, a sam scenariusz mniej więcej od połowy coraz częściej wpada na mielizny.

"Matrix Zmartwychwstania" to film bardzo ciekawych pomysłów i przeciętnej realizacji.

Produkcja zaczyna się w sposób budzący skojarzenia z ekstremalną nostalgią prowadzącą do kopiowania własnych pomysłów. Po raz kolejny oglądamy bowiem kultową ucieczkę Trinity przed agentami, ale tym razem nakręconą w zdecydowanie gorszy sposób. To jednak tylko pretekst do zawiązania się nowej historii. Znajdujemy się wewnątrz fałszywego świata stworzonego przez Neo, który umieszcza tam nowego Morfeusza. Ten spotyka na swojej drodze nową bohaterkę imieniem Bugs i wspólnymi siłami postanawiają uratować Thomasa Andersona.

Główny bohater trylogii w nowej wersji matriksa jest światowej sławy projektantem gier wideo. W przeszłości zasłynął trylogią nazwaną "Matrix" i przedstawiającą w interaktywnej formie wydarzenia znane nam z poprzednich części. Pomimo tych sukcesów Anderson nie czuje się jednak szczęśliwy. Od dawna ma problemy z odróżnianiem prawdy od fikcji, ma poczucie wielkiego osamotnienia, a w dodatku jego szef narzuca mu pracę nad 4. częścią "Matriksa".

Wszystko to prowadzi dawnego Neo na skraj załamania nerwowego i pierwszego nieudanego spotkania z Morfeuszem. Wyzwolenie Wybrańca okazuje się możliwe tylko w bardziej sprzyjających okolicznościach, a te udaje się dopiero wykreować poprzez bezpośrednie nawiązanie do wydarzeń z 1. części. Nowy Morfeusz w otoczeniu ujęć z pierwotną wersją siebie daje Andersonowi po raz kolejny wybór między czerwoną i niebieską pigułką. Wybór, który w rzeczywistości nie jest wcale wyborem.

"Matrix 4" nie cierpi sequeli, dlatego tak bardzo dziwi jego przemiana w klasyczny sequel.

Do momentu opuszczenia matriksa przez Neo "Matrix Zmartwychwstania" to film interesujący. Specyficzny, miejscami nieco kiczowaty i dla wielu widzów z pewnością zbyt meta, ale na pewno interesujący. Otwarta kpina ze strony scenarzystów wobec Warner Bros., Hollywoodu i pandemii "sequelozy" w połączeniu niepewnym "ja" głównego bohatera i typową dla matriksa zabawą z konceptem "rzeczywistości" prowadzi film w nietypowe dla blockbusterów rejony. Gdyby Lana Wachowski do końca trzymała się podobnej estetyki i fabularnej gry z widzem, to wyszłoby jej dzieło dziwne i przez to w sumie godne zapamiętania.

Niestety, od momentu przejścia do świata realnego "Matrix 4" zatraca wszystkie swoje niedopowiedzenia. Wchodzi za to na scenariuszowe mielizny. Warto co prawda docenić chęć poszerzenia tego świata o wydarzenia, które nastąpiły po "Matrix Rewolucje". Niestety, nie można powiedzieć, by wizyta w Io i spotkanie z dawną znajomą w osobie Sati prowadziły całą historię w stronę czegoś odrobinę mniej schematycznego niż "główny bohater z pomocą przyjaciół wyzwala ukochaną z rąk złowrogiego przeciwnika".

Niejednoznaczne do tej pory postaci Analityka czy nowego agenta Smitha w drugiej połowie filmu błyskawicznie wpadają w utarte tory. Finał w żadnym razie nie poprawia tego coraz gorszego wrażenia, bo jest w zasadzie całkowicie pozbawiony suspensu. Z góry można przewidzieć wszystko, co się w nim wydarzy. Od strony formalnej "Matrix Zmartwychwstania" też trudno chwalić. Produkcja Wachowskiej początkowo ma swój własny wizualny styl, ale później zostaje on zastąpiony wyglądem podobnym do każdego współczesnego science fiction.

Bardzo szybko w oczy rzuca się też zdecydowanie gorsza choreografia walk, której obserwowanie mocno utrudniają dominujące nad podobnymi ujęciami szybkie cięcia i bliskie kadry. To oczywiste, że Keanu Reeves nie był w stanie fizycznie znieść wyzwań związanych z rygorystycznym treningiem, na pewno dało się to lepiej zamaskować. Trudno mieć o to do niego pretensje, zresztą i tak jest najlepszą częścią nowego "Matriksa".

"Matrix Zmartwychwstania" nie mógł się udać, nawet jakby był lepszym filmem. Winna jest temu Lana Wachowski.

Schematyczna od pewnego momentu fabuła, pojawiające się znikąd postaci, które mają kolosalne znaczenie dla powodzenia misji Neo, czy nijakie walki to oczywiście istotne problemy. Widzę tu jednak głębszy zgrzyt. "Matrix 4" od początku do końca sprawia wrażenie, jakby Lana Wachowski nie chciała robić tego filmu. Brzmi niewiarygodnie, prawda? Nikt jej przecież nie zmuszał. Dość powiedzieć, że jej siostra Lilly Wachowski była przeciwna powrotowi i odcięła się od sequela. Skoro Lana nie zrobiła tego samego, to chyba zależało jej na zrobieniu 4. części.

matrix 4 zmartwychwstania
Foto: Matrix Zmartwychwstania - recenzja

Czemu w takim razie na każdym kroku ustami swoich bohaterów krytykuje ideę tworzonych taśmowo sequeli? Dlaczego otwarcie kpi z ikonicznych momentów z oryginalnego "Matriksa" i szydzi z uwielbianego przez fanów Morfeusza? Jako współtwórczyni kultowej trylogii ma oczywiście do tego prawo, ale podobne podejście jawi się jako dosyć naiwne w trakcie prac nad sequelem tego, z czego się nabijamy. Z mojej perspektywy tego typu zabawa z oczekiwaniami fandomu wydaje się całkiem ciekawa, ale nigdy nie byłem psychofanem kolejnych części "Matriksa". Uwielbiam film z 1999 roku, ale do pozostałych elementów tego świata jestem nastawiony znacznie bardziej neutralnie.

Nie dziwi mnie więc, że wielu fanów czuje się oszukanych i wyśmianych przez reżyserkę. Trudno im docenić pełen odniesień początek, a robiona w nostalgicznym stylu 2. połowa filmu nie porywa, bo wydaje się tylko nędzną kopią czegoś dużo lepszego. Wszystko to zaś oglądamy zaledwie kilka dni po tym jak "Spider-Man: Bez drogi do domu" pokazał światu, w jaki sposób można pożenić nostalgię z fenomenalną opowieścią. I jak dołączyć elementy z przeszłości w ramach czegoś więcej niż tylko banalnego, kilkusekundowego cameo. Marvel i Sony wysłały list miłosny do fanów Spider-Mana. Lana Wachowski najpierw dla żartu przesłała swoim wielbicielom nakaz eksmisji, a potem dosłała do tego zaproszenie na imprezę z cyklu "już to widzieliście". Z takim podejściem zawojowanie świata wydawało się po prostu niemożliwe.