Filmy  /  Felieton

Sprawdziły się koszmary fanów MCU. „Czarna Wdowa” pokazuje, że 4. faza cierpi na brak gwiazd

czarna wdowa film 4 faza mcu opinia

Najnowsza faza Marvel Cinematic Universe od początku miała postawione przed sobą wielkie wyzwania. Odejście największych aktorskich gwiazd, próba gry na dwa fronty, masowa obecność „klonów” słynnych postaci. Wszystko to wskazywało, że Marvel może być w kłopotach. „Czarna Wdowa” w zasadzie wszystko to potwierdziła.

Uwaga! Tekst zawiera spoilery z filmu „Czarna Wdowa”. Naszą recenzję bez szczegółów fabularnych znajdziecie na Spider's Web.

Nie jestem jedyną, ani nawet pierwszą osobą, która wyraża swoje zaniepokojenie stanem Marvel Cinematic Universe na starcie 4. fazy. Rozmaite głosy wskazujące na słabości Marvela po „Avengers: Koniec gry” można znaleźć rozsiane po całym internecie, nawet jeśli przyznawane masowo od krytyków pozytywne oceny na Rotten Tomatoes zamazują obraz nowych produkcji Marvel Studios. Mówiąc całkiem szczerze, firma zarządzana przez Kevina Feige'ego stoi właśnie przed potężną ścianą. Nie będzie łatwo ją przeskoczyć, a niektóre decyzje szefów Marvela jeszcze to utrudniają.

Dwa miesiące temu pisałem, że plan na 4. fazę Marvel Cinemati Universe jest ryzykowny, głównie przez pryzmat swoistego „ataku klonów”. Właściwie każda opublikowana lub zapowiedziana produkcja Marvela z ostatniego roku pełna jest alternatywnych wersji istniejących postaci. Biały Vision, dwóch nowych Kapitanów Ameryka, cała grupa Czarnych Wdów, nowa Thor, prawdopodobnie nowi-starzy Spider-Meni... Lista na tym się nie kończy, ale problem jest wystarczająco jasny.

Najwieksze aktorskie gwiazdy po latach grania w uniwersum w większości już zrezygnowały, a w przypadku kilku kolejnych sprawa jest niejasna. Nie jest wykluczone, że Robert Downey Jr, Chris Evans czy Scarlet Johansson jeszcze kiedyś powrócą, ale raczej nieprędko do tego dojdzie. A kilkadziesiąt nowych filmów i seriali trzeba kimś zapełnić, więc dostajemy następców, alternatywne rzeczywistości czy niedoskonałe klony. Tylko, czy to do czegoś Marvela doprowadzi?

Czarna Wdowa” też jest pełna klonów, ale paradoksalnie to akurat okazało się najmniejszym problemem.

Wszystko dlatego, że akurat Florence Pugh jako Yelena Belova wypadła naprawdę udanie. Widać wyraźnie, że aktorka dobrze poczuła się w tej roli i nie chciała na siłę podążać tym samym tropem co Scarlett Johansson. Chemia między dwoma gwiazdami jest wyczuwalna przez cały film i dlatego nie czuć aż tak bardzo, że postać Belovej w zasadzie nie dodaje nic nowego do MCU. Angielskiej aktorce będzie zapewne trudniej, gdy przyjdzie jej udźwignąć film czy serial w pojedynkę, ale do tego nie dojdzie zbyt szybko. O ile w ogóle.

Inna sprawa, że Czarnych Wdów jest w tym filmie o wiele więcej i wszystkie wypadają znacznie gorzej od Belovej. Rachel Weisz jako starsza wersja radzieckiej super-szpieg prezentuje się okropnie blado i jednowymiarowo. Nowe Wdowy szkolone w Czerwonym Pokoju zostają z kolei pozbawione wolnej woli, więc nie można na ich temat powiedzieć zupełnie nic ciekawego. Służą tylko do tego, by Marvel mógł zebrać trochę punktów od fanów Girl Power! Trudno sobie wyobrazić nudniejsze przeciwniczki. Skoro zaś o nijakich antagonistach mowa...

Marvel znów poświęca dobre nowe postaci na ołtarzu ideologii i fabularnego twistu.

Do tej pory okazało się to największym problemem przy okazji „Kapitan Marvel”, ale tutaj nie jest wcale lepiej. Głównie ze względu na postać Taskmastera. To nigdy nie był jakiś wyjątkowo popularny złoczyńca, ale pojawia się w komiksach już od 1980 roku. Na pewno ma swoich fanów, którzy zawsze cenili sobie jego możliwości adaptacji, zróżnicowany styl walki i relacje z takimi przeciwnikami jak Spider-Man, Kapitan Ameryka i Ant-Man. Cóż oni sobie pomyślą na widok jego wersji z „Czarnej Wdowy”? Cały charakter, wszystkie motywacje a nawet płeć Taskmastera zostały poświęcone w imię dwóch fabularnych twistów. Obu przeraźliwie głupich i aktywnie przeszkadzających tej postaci w zaistnieniu szerzej w MCU. W zasadzie tylko po to, żeby pokazać kolejnego starego mężczyznę wykorzystującego młodą kobietę do swoich celów.

W „Black Widow” nieco lepiej wypada inny wieloletni bohaterMarvela z drugiego (a właściwie nawet trzeciego) komiksowego, czyli Red Guardian. David Harbour daje tej postaci od siebie dużo charakteru i specjalnie nadszarpniętej charyzmy. Dlatego właściwie wszystkie sceny z jego udziałem są w jakimś stopniu ciekawe. Niestety, Marvel w zasadzie sprowadził go do roli ekranowego śmieszka i nie miał większych motywacji, by dać mu zaistnieć w roli bohatera nadgryzionego przez ząb czasu. Co jest z mojej perspektywy wielką szkodą, bo akurat David Harbour spokojnie poradziłby sobie w Marvel Cinematic Universe.

Gdzie te cameo z dawnych lat? „Czarna Wdowa” wypada wyjątkowo blado od tej strony.

Na przestrzeni ponad dekady Marvel Cinematin Universe zasłynęło z liczby swoich mocnych i zaskakujących cameo. Aktorskie gwiazdy mogły pojawić się zupełnie niezapowiedziane w samym środku filmu lub scenie po napisach. Nic nie było pewne oprócz tego, że Marvel Studios bardzo zależy na połączeniu swoich tytuł w wielką i bardzo ekscytującą całość. Z czasem MCU urosło tak bardzo w siłę, że gościnne występy zamieniły się w role drugoplanowe, a one w prawdziwe grupowe spektakle. „Black Widow” wypada okropnie blado w porównaniu nie tylko do „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”, ale nawet „Spider-Man: Homecoming”, „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” czy nawet „Kapitan Marvel”.

W całym filmie mamy do czynienia de facto z tylko dwoma małymi cameo. Pierwszym z nich jest Sekretarz Stanu Thaddeus Ross, a drugim obecna w scenie po napisach Valentina Allegra de Fontain, która pojawia się też w serialu „The Falcon and the Winter Soldier”. Nawet najwięksi fanboye Marvela muszą przyznać, że to bardzo skromny duet. Nie sposób tego porównywać z czasami 2. czy 3. fazy MCU. Jest to po części wina samego Marvel Studios, które postawiło mocno na produkcje serialowe i to właśnie tam oddelegowała swoje drugoplanowe gwiazdy. Vision i Scarlet Witch wystąpili w „WandaVision”, Falcon, Zimowy Żołnierz oraz Sharon Carter zajęli „The Falcon and the Winter Soldier”, a Loki rządzi w produkcji nadawanej właśnie na Disney+. Wszyscy ci bohaterowie mogliby wzmocnić filmową część MCU, ale zamiast tego Kevin Feige oddał ją nowicjuszom.

Czy to mądra strategia? To się jeszcze okaże, ale „Czarna Wdowa” potwierdziła wszystkie kłopoty, jakie wielu z nas widziało przed 4. fazą. Dalej zresztą wcale nie musi być lepiej. „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” interesuje widzów głównie z Azji (choć mały entuzjazm w innych częściach świata wywołał zwiastun z cameo Abomination i Wonga), a „Eternals” zapowiadają się na przeraźliwie nudny film. W porównaniu do tych tytułów „Czarna Wdowa” teoretycznie startowała z wyższego pułapu, ale jej lądowanie zdecydowanie nie było na „dziesiątkę”.